Jak się wszyscy już zapewne domyślają – a jeśli nie, to się właśnie dowiedzą – jestem z Krakowa, czyli z C.K. Galicji, jak to się kiedyś nazywało.
Dziś więc coś w tym klimacie, czyli danie obiadowe, które podobno jest w austriackiej kuchni czymś tak podstawowym, jak u nas pierogi ruskie czy ryba po grecku. Gdyby zapytać o te dania przedstawicieli wspomnianych nacji, zapewne ze zdziwienia oczy zrobiłyby się im tak wielkie, jak guziki na mundurze galowym Naszego Najjaśniejszego Pana, Franza Josefa.

Tak samo jest zapewne z tą potrawą – lepiej nie pytać o nią rodowitego Węgra, bo po co ma się zdziwić – a nawet, jeśli jakimś cudem zrozumie i będzie chciał nam wytłumaczyć, że to dziwne, to pozostaje jeszcze problem jak my zrozumiemy to, co on chce nam powiedzieć. Trudna jest sztuka zrozumienia Węgra, szczególnie dla kogoś, kto niestety Węgrem nie jest – wiem, bo kiedyś próbowałem (a ten, nie powiem jaki, Miklosz znad Balatonu ni w ząb nie kumał nawet po rosyjsku – straszne doświadczenie życiowe, naprawdę – zwłaszcza, że na końcu się okazało, że chciał postawić mi piwo, dopiero po czwartej wódce jakoś się nam udało na migi pogadać).

Podobno opisywana potrawa jest do dziś często spotykana w różnych lokalach gastronomicznych, szczególnie na terenie Czech i Austrii (tak samo, jak u nas pierogi ruskie – których w Rosji w ogóle nie uświadczysz). Nie wiem, niestety, czy to prawda, bo jakoś się tak zdarzyło, że nie byłem jeszcze osobiście w tych rejonach Europy – postaram się jednak nadrobić ten ewidentny brak, jak tylko finanse na to pozwolą (więc powiem dyplomatycznie – w jakże nieokreślonej, aczkolwiek nieuchronnej przyszłości).

Podstawą całości jest kawał ładnej, wieprzowej łopatki. Kilogram powinien wystarczyć na porcję dla czterech osób. Mięso należy pokroić w dość grubą kostkę, jak to do gulaszu. Zanim jednak będziemy je obsmażać, najpierw musimy drobno posiekać dwie duże cebule i zeszklić je (czyli podsmażyć, aż zrobią się szkliste), najlepiej na roztopionym w rondlu smalcu dobrej jakości – aczkolwiek może też być masło (choć oczywiście smalec jest bez porównania lepszy).
Następnie należy dodać posiekane mięso i lekko je zrumienić. Potem zalewamy całość wodą w ilości ok. pół szklanki – czyli mniej więcej 110 ml. Dodajemy do środka posiekany i zmiażdżony (lub starty na tarce) duży ząbek czosnku, po dwie łyżki stołowe (czyli takie, którymi je się zupę) kminku i słodkiej papryki, dwie kostki rosołowe, solimy i dusimy pod przykryciem jakieś 40 minut.
Po tym czasie dodajemy posiekaną kiszoną kapustę (jeden woreczek, czyli ok. 80 dkg), dalej dusząc całość na małym ogniu, aż nam kapusta zmięknie (czyli jeszcze jakieś 15-20 minut).
Gdy kapusta jest już miękka, powoli zagęszczamy całość, wlewając do środka pół szklanki śmietany zmieszanej z łyżką stołową mąki.
Po dokładnym wymieszaniu dajemy gulaszowi „popyrkać” delikatnie jakieś 5 minut, po czym danie gotowe jest do podania – najlepiej na głębokim talerzu i koniecznie przyozdobione solidnym kleksem kwaśnej śmietany.

Potrawę tę, jak zwykle, testowałem na swojej żonie – bardzo jej smakowała. Być może to jest jakiś sposób na kobiety. Szczególnie „w tych” dniach… ;-).

Wspomniane połączenie kminku z wieprzowiną i duszoną kapustą jest podobno jednym z charakterystycznych dla środkowej Europy smaków. Być może – jak kiedyś powiedział pan Robert Makłowicz (mój krajan, oczywiście ) – jest to jeden z ważniejszych powodów, dla których CK Austria nie miała zamorskich kolonii. Bo skąd w takiej Afryce, czy Ameryce Południowej wytrzasnąć kminek albo kiszoną kapustę?

Z CK. pozdrowieniem z K.u.K. Krakowa

hawajski …;-{}