Poszłam ja wczoraj po chleb do mojego sklepiku osiedlowego. Wszelkie zakupy wolę robić na osiedlu. Wiem, gdzie co jest dobre. Masło się kupuje „Koło Emila”, chleb „U Czubaka”, mrożonki w Kercelaku, kabanosy drobiowe w „Śmierdzącym kapustą”, warzywa i jajka „U pani Bożenki”, herbatę „U pana od herbaty”, mięso „W budzie”, a pozostałe produkta w „Albercie” albo w „Zawsze czynnym”. Hipermarkety są nie dla mnie. W szczególności szlag mnie trafia, kiedy muszę stać z trzema produktami w gigantycznej kolejce za ludźmi, którzy mają wózki wyładowane po brzegi. A taki Carrefour najbliższy mnie, nie ma kasy dla ludzi, którzy kupują tylko to, co im potrzebne.

– Poproszę ćwiartkę chłopa – rzekłam, gdy doszła moja kolejka.
Chłop to skrót myślowy, jak się można domyślić. Chłop to chleb chłopski.
– Ćwiartkę tylko? – zdziwił się facet stojący za mną, a młodszy ode mnie z piętnaście lat. – Jak chłop, to połowę chociaż potrzeba.
– Dolną połowę – dodał jego kumpel.
Na co stojąca za nimi pani z wnuczkiem rozchichotała się niemożliwie.
– Dla mnie pół chłopa – rzekł ten facet za mną.
Wtedy pani z wnuczkiem zauważyła:
– Do czego to doszło! Chłop o chłopa prosi. I to o połowę.
– Ale nie wiadomo, o którą połowę prosi ten pan. Może jednak o tę górną? – rzekłam.
Atmosfera zrobiła się radosna, familiarna, wiosenna, a z zaplecza przyleciały ze dwie pracownice.
– Ech! – westchnął facet, co brał pół chłopa. – W hipermarkecie to człowiek sobie ta nie pogada.
Ech! Co prawda, to prawda.

Chociaż hipermarkety mają zalety. Można w nich kupić rzeczy, które głupi człowiek rzeźbi sam w domu i jeszcze potem dorabia się żylaków przy zlewie. Taki quiche na przykład. Wczoraj robiłam, zamiast kupić gotowy.

Szklankę i i ćwierć szklanki mąki, pół kostki masła, jedne jajco i pół łyżeczki soli przerobiłam na ciasto. Te ciasto dałam Dzieciowi i on wykleił nim formę. Tak konkretnie – tortownicę, bo ja nie mam specjalnej formy do quicha, jeszcze czego.
Dwa pory pokroiłam i blanszowałam. Parę plastrów bekonu podsmażyłam (a konkretnie wraziłam do mikrofali). Kilka plastrów żółtego sera pokroiłam Dzieciem w drobną kostkę.
Ciasto podpiekłam w piekarniku nastawionym na 200 stopni.
Pizgłam pory wymieszane z bekonem na podpieczone ciasto. Na to pizgłam ser. Zalałam półtorej szklanki śmietany wymieszanej z trzema jacami i zapiekłam piekarniku nastawionym na 180 stopni.

A potem miałam zmywania od huka pana, zamiast tylko wyrzucić do kubła styropianową tackę. Tak, głupi to sobie robotę zawsze znajdzie.
Nawiasem mówiąc, mądry człowiek nie robi gofrów, tylko kupuje gotowe. A głupi człowiek co? Podpowiem, bo się nie rymuje: głupi gofry robi sam.


Ilustrowała: Joanna Titeux/pinezka.pl

Zajrzyj do bloga