Długie zimowe wieczory, ciemno, zimno… Siadamy sobie czasem w naszej emigracyjnej kuchni i wspominamy domowe potrawy, które nie zawsze możemy „stworzyć” z produktów dostępnych na naszym rynku. Nie wszędzie są sklepy z polskimi specjałami. Do takich domowych, zimowych potraw należy właśnie żurek.

Tutaj, po drugiej stronie rzeki czy oceanu, zdani jesteśmy na przyjaciół, którzy przywiozą ów specjał z Polski – lub musimy zrobić go sobie sami. Ale kiszenie żurku trwa kilka dni. A co wtedy, gdy właśnie teraz i natychmiast mamy na niego ochotę, akurat do Polski nikt się nie wybiera, a nasz jeszcze nie jest gotowy?
Chyba właśnie w taki wieczór pełen desperacji udało mi się stworzyć namiastkę żurku dla emigrantów. Nie mogłam iść do „sklepu za rogiem”, by go kupić, ani do znajomej „baby”, by garnuszkiem nalała do butelki. Dedukując, doszłam do tego, jak ów erzac stworzyć. Oczywiście, nie jest to typowy żur, ale w smaku niewiele się różni.

Po pierwsze – gotujemy klasyczną kartoflankę, najlepiej na wędzonym boczku, kroimy ziemniaki w kostkę i wrzucamy do wywaru. Na patelni smażymy cebulę, czosnek, kiełbasę i ewentualnie dodajemy jakieś mięso z sosem, które zostało np. z niedzielnego obiadu. Wszystko z patelni wrzucamy do garnka z ziemniakami i gotujemy aż ziemniaki będą miękkie.

I w tym momencie pojawia się ów trick. Normalnie należy wlać żurek i dalej gotować, ale ponieważ go nie mamy… kruszymy kilka kromek żytniego chleba bez skórki, który nadaje smak i zagęszcza naszą zupę. Wszak żurek to zakwas z mąki żytniej, wody, czosnku, a gotowy chleb owe zalety posiada.


Oczywiście, potrzebujemy jeszcze czegoś kwaśnego. Tu ratuje nas sok z cytryny lub trochę octu. Uważam jednak, że cytryna jest lepsza, bo ocet zmienia smak, a cytryna tylko zakwasza. Gotujemy chwilę wszystko razem i odstawiamy z palnika na ok. godzinę, by wszystkie smaki się połączyły. Podgrzewamy potem jeszcze raz i już możemy się podelektować smakami dzieciństwa.
Smacznego życzę.

Zdjęcia autory