mc_jak-zaj.jpg

Zbliżają się Walentynki – jeszcze zostało tylko 10 i pół miesiąca – warto więc naszych ukochanych zaskoczyć jakąś oryginalną i romantyczną niespodzianką.

Na tą okoliczność warto wiedzieć, jak zrobić partnerowi laskę.

Nie jest to takie łatwe, ale też zadanie to nie przekracza naszych możliwości. Kluczową sprawą jest dobór dobrego drewna. Laska wykonana z naturalnego materiału jest i dla nas łatwiejsza w obróbce, i obdarowanemu sprawi większą radość.
Najlepszy do tego celu będzie dość gruby kij bukowy, bo buk jest twardy i wytrzymały, można nawet po nim skakać, a tak łatwo nie się złamie. Byłoby idealnie, gdyby kij posiadał naturalne odgałęzienie, z którego niewielkim stosunkowo nakładem pracy można wyrzezać rączkę.
Każdy obdarowany mężczyzna, który lubi się czuć po trosze jak James Bond, ucieszyłby się z dodatkowego gadżetu, jak cieniutka szpada ukryta w przemyślnie wywierconym otworze w lasce. Taki otwór jest dość trudny do wykonania, zwłaszcza dla początkujących, dlatego proponuję zamiast tego ukryć długą, ostrą szpilkę nasączoną jakąś trucizną. Currara jest dobra, ale nie za bardzo powszechnie dostępna. Wirus żółtaczki typu „C” też odradzam, bo co prawda wystarczy odrobina dla zainfekowania organizmu, ale można z tym żyć i przez 15 lat nie wiedząc, że się jest chorym i nagle zejść po tym czasie, nigdy się nie domyślając prawdziwych przyczyn. Jeśli jednak mamy surowego kurczaka, jest on przecież znakomitym źródłem salmonelli. Nie wiem, czy to się przenosi przez szpilki, ale na pewno szpilka zainfekowana kurczakiem nie będzie mniej skuteczna, a szanse są, że będzie bardziej.

Teraz muszę się przyznać do pewnej porady dotyczącej robienia laski, wyczytanej niegdyś w kolorowym czasopiśmie, którą nie do końca zrozumiałam. Otóż chodzi o to, żeby wziąć do ust trochę miętowej, przyjemnie chłodzącej pasty do zębów, ewentualnie kostkę lodu. No wzięłam, jedno i drugie, i w sumie nie pojęłam, po co. Zrazu myślałam, że to wyjdzie w trakcie, na przykład, jak, powiedzmy, nurek-poławiacz pereł może wiedzieć, że powinien mieć usta pełne oliwy i nawet jeśli nie będzie wiedział, po co — zaraz sam się domyśli, kiedy trafi na małż, zawierającą potencjalną perłę, ale tak zardzewiałą, że bez oliwy ani rusz się jej nie da otworzyć, żeby sprawdzić. Wtedy zakrzyknie wesoło „aha!”, uwolni z ust oliwę, zapuści w zawiasik i  muszla się ze skrzypem otworzy. No więc ja też na ten efekt „aha!” czekałam, ale nic. Owszem, kiedy stosuje się eleganckie, metalowe kucia przy lasce, to pasta do zębów się przydaje dla wypolerowania ich na glanc, ale po co brać ją w usta? Moja się rozmemłała i do polerowania musiałam wycisnąć nową pastę z tubki. Lód okazał się jeszcze mniej użyteczny, bo się rozpuścił. Więc ja ani pasty, ani lodu w sumie nie polecam.

Jak wiadomo, relacje damsko-męskie obchodzone są szczególnie uroczyście w Walentynki (co nie zwalnia od dbania o ukochanych w innych porach dnia i roku) i opierają się w dużym stopniu na doznaniach zmysłowych. A więc nie można ich sprowadzać do prezentów tyleż uciesznych, co w praktyce praktycznych.

Odrobina przypraw naszemu pożyciu doda smaku. Dlatego zawsze warto wiedzieć, jak dobrze pieprzyć. Pieprz mielony na przykład dodaje się pod koniec gotowania, a taki w ziarenkach wprost przeciwnie. Można zrobić steka w pieprzu – banalna potrawa nabiera nowych walorów oraz wyszukanej nazwy „steak au poivre” .

Dobrze popieprzona potrawa warta jest popchania deserem. Trudno o lepszy pomysł niż zrobienie ukochanemu człowiekowi loda. Przez żołądek do serca, nieprawdaż.
Kiedyś czytałam książkę, ona taka bardziej z tych poradniczych, w której właśnie pewna dama opisywała swoje perypetie z nauką robienia loda, a to z pomocą przyjaciela – bo chciała się dobrze naumieć, zanim zrobi swojemu chłopakowi. No, trening czyni mistrza, nieprawdaż. Jedna bardzo ważna rada zawarta w tamtej wypowiedzi, czyli cytat z tego przyjaciela, brzmiała „pamiętaj o jajach! nie zapominaj o jajach!”
No i mnie też się wydaje, że jaja w tym wypadku są ogromnie ważne. Najlepiej żeby były z ekologicznej uprawy, świeżutkie, tylko trzeba je porządnie umyć i coś z nimi zrobić, żeby się pozbyć salmonelli, która lubi być w surowych jajach. Na obozie harcerskim myśmy je płukali w czymś, tylko nie pamiętam w czym. Wczoraj w jednej książce wyczytałam zwrot „pasteryzowane jaja” i też nie wiem, o co chodzi. Ale jakieś sposoby są, zawsze można takie lody podlać gorzałką i salmonella, nieprawdaż, ginie w męczarniach. Ale jeśli ktoś jest tak zaangażowany w miłość, że jedną ręką robi laskę, a drugą loda, to przed pasteryzacją jaj może nieco tej salmonelli uskrobać, żeby zatruć nią poręczną szpilkę obronną, którą się wkłada do laski.

mc_laska.jpg

No i tak, z tymi lodami to jak z chodzeniem do burdelu: każdy facet zapytany czy był w burdelu, odpowiada że on nie, ale zna takich, co tak. I tak samo tutaj: nie znam nikogo, kto by zrobił choć raz z sukcesem lody domowej roboty, ale każdy zapytany odpowie, że wie że się da, są przepisy w Internecie. Więc ja proponuję wzorem mistrza Słodowego wyjąć na blat składniki i strzałkę, trochę poomamiać, na przykład laską, a potem nagle wyjąć spod blatu już gotowe lody kupne.
Ale dla hardkorowców i majsterkowiczów wersja zrób to sam jest dostępna tutaj.

Z jakiegoś powodu ludzie zainteresowani robieniem lodów i pieprzeniem wykazują też w konwersacjach upodobanie do ciągnięcia druta. Ja osobiście uważam, że ramy naszego małego poradniczka są niewystarczające dla omówienia tego zagadnienia, trudno bowiem o tym rozmawiać bez niezbędnego przygotowania technologicznego: drut przecież może być jedno lub wielożyłowy, może być izolowany lub nie, może mieć różne stopy oraz fi, że o długości nie wspomnę. Na pewno to wpływa na technikę ciągnięcia, w końcu tylko beztroski dureń mógłby zaryzykować w tym wypadku twierdzenie, że rozmiar nie ma znaczenia. Oczywistym jest, że inaczej się ciągnie drucik do miniaturowego urządzenia elektronicznego, a inaczej taki, co się go wiezie ciężarówką na drewnianej szpuli. I na tym bym temat druta zakończyła, ostatecznie są Google i Wikipedia, jak ktoś chce temat drążyć.

Na zakończenie mała uwaga w temacie wyrywania lasek. Otóż, młodym mężczyznom nieraz zdarza się chwalić, że idą „wyrywać laski” podczas przechadzki po mieście. Ja osobiście nie pochwalam. No bo, proszę sobie wyobrazić, idzie taki człowiek z laską – skoro ją ma, to widać mu do czegoś potrzebna, taka laska to dla niego prawie jak trzecia noga. Czy komuś z państwa byłoby przyjemnie, gdyby ni z tego, ni z owego, jakiś osiłek wyrwał państwu nogę? Nie? Tak właśnie przypuszczałam. Wyrywaniu lasek mówię stanowcze „nie”. Oczywiście, istnieją sytuacje wyjątkowe,  na przykład szybko jest potrzebna laska, żeby jakiemuś niesubordynowanemu obywatelowi obtłuc łeb, ale wtedy zawsze można kogoś o laskę poprosić – szybko, stanowczo, a wciąż uprzejmie, nie posuwając się do wyrywania.

Tu już widzę pobłażliwe uśmieszki tych czytelników, którym zwrot „wyrywać laski” kojarzy się z czymś zgoła innym i wydaje im się, że ja tak po prostu chcę uniknąć tego drażliwego tematu. Otóż nie, wypowiem się właśnie. Wyrywać laski w tym drugim znaczeniu też nie jest dobrze. Każdy przecież wie, że da się wyrywać laski jedynie bardzo młodziutkie i niedojrzałe, bo takie podrośnięte to już mogą stawiać opór, trzeba wykopywać lub zgoła wycinać. A jaki jest sens wyrywania takich ledwo od ziemi odrosłych? Niechże mają szansę zamienić się najpierw w porządne lasy, które są, jak wiadomo, zielonym płucem naszej planety. Oraz źródłem surowca, na przykład na laski. Z dorosłego lasu jest o wiele więcej pożytku niż z wyrwanego za młodu.
Nawet, gdyby ktoś argumentował, że powiedzmy plany zagospodarowania danego terenu nie przewidują na nim zieleni, tylko na przykład parking, warto mimo wszystko najpierw laski odhodować, a potem wyciąć. Ponieważ, jak kiedyś wyczytałam w gazecie, i trudno się nie zgodzić z logiką tego rozumowania, wycinając lasy chronimy makulaturę.

Ilustrowała: Anna Fudyma/pinezka.pl