Dla mojej Babci wyzwaniem była pralka automatyczna. Długo nie mogła uwierzyć, że rzeczy po takim praniu naprawdę mogą być czyste, więc żeby im przydać czystości, wszystko prała w temperaturze 90 stopni, ale po ugotowaniu kilku swetrów, uznała, że stosowanie się do instrukcji obsługi ma jednak jakiś głębszy sens. Moja Mama w ogóle nie kwestionowała tego, że pralka zamienia rzeczy brudne w czyste, a po kilku próbach pokazania urządzeniu, kto tu rządzi, polegających na nagłym i spontanicznym podejmowaniu decyzji o momencie otwarcia drzwiczek, zauważyła prawidłowość, że z takich sparringów pralka zawsze wychodzi zwycięsko, a w dodatku mści się za brak zaufania wylaniem paru litrów wody na podłogę w łazience. Jednak nawet moja Mama nigdy nie nauczyła się obsługiwania magnetowidu, natomiast Babcia i Dziadek w obliczu przewidywanych komplikacji technicznych, nawet nie podjęli próby kupna takiego urządzenia. Kiedy mój mąż, studentem będąc, kupił komputer, a po kilku miesiącach użytkowania komputer dostał wirusa, moi przyszli teściowie uznali, że jednym wyjściem jest oddanie sprzętu do sklepu, żeby go wymienili na niezepsuty.

Nie pamiętam, jak nazywał się pierwszy model komputera, jaki widziałam w życiu, ale dokładnie pamiętam okoliczności. Pan od fizyki dumnie pokazał nam ten zaawansowany technologicznie sprzęt, zastrzegając, że absolutnie nie można dotykać tylko popatrzeć z daleka, na jadowicie zielonym tle kursor w postaci żółwika rysował rozetę, co zajęło mu całą lekcję, a my wszyscy z wielkim uznaniem mówiliśmy „Oooo…”
Kiedy w 1989 roku pojechałam do rodziny do Kanady, pierwszy raz w życiu zobaczyłam bankomat. Korzystanie z niego wydało mi się czystą magią i miałam najszczerszą nadzieję, że ten diabelski wynalazek nigdy nie zawita do Polski no bo to przecież niemożliwe, żeby się nauczyć wyciągania pieniędzy ze ściany.

Młodym małżeństwem będąc, postanowiliśmy się szarpnąć na kuchenkę mikrofalową, tym bardziej, że ja, obeznana w wielkim świecie, miałam już z nią styczność w kraju bankomatów i jako światowiec mogłam nawet pozwolić sobie na pewną nonszalancję w ocenie popularnego w tamtych czasach poglądu, że mikrofale szybko spowodują, że ich użytkownikom powyrastają ogony. Pierwszy wieczór naszego życia w towarzystwie nowego przemądrzałego urządzenia, spędziliśmy gotując i odgrzewając w nim wszystkich produkty jakie mieliśmy w domu, wgapiając się w oświetloną szybkę jak w telewizor i witając gromkim aplauzem wybuch nadmiernie podgrzanej parówki. Kiedy urodziło się nam dziecko, w mikrofali podgrzewałam butelki z zawartością Bebilonu 2, w związku z czym rodzina rzuciła na mnie klątwę, bo w końcu co innego można zrobić z zatwardziałą dzieciobójczynią.

W ludzkiej naturze leży jednak zdumiewająca zdolność przystosowywania się do zaistniałych warunków i te nasze marne kilka procent wykorzystywanych możliwości mózgu pozwalają nam na uczenie się nowych sztuczek. Nauczyłam się korzystać z bankomatu oraz zaprogramować video, jakoś dogaduję się ze zmywarką, a nawet mam za sobą kilka udanych epizodów z suszarką do ubrań. Jednak świat rozwija się znacznie szybciej niż moje nędzne procenty mózgu i coraz częściej łapię się na tym, że nie nadążam. Mam w biurku szufladę pełną najrozmaitszych instrukcji do zakupionych i otaczających mnie urządzeń mechanicznych i bardzo nie lubię tej szuflady, gdyż jest niczym więcej jak tylko wyrzutem sumienia, uzmysławiającym mi, że wystarczy, żebym się dokładnie wczytała w jej zawartość, a wszystkie moje urządzenie pokochają mnie miłością najszczerszą, mikrofala objawi skrywaną dotąd umiejętność gotowania przy jednoczesnym odtwarzaniu arii z Turandota, lodówka będzie mi wysyłać listę zakupów na służbowego mejla, a suszarka nie dość, że wysuszy mi ubrania to jeszcze wyprasuje i pozestawia kolorystycznie, posiłkując się wiedzą o aktualnych trendach, zaczerpniętą prosto z Elle.

Prawdopodobnie – wierzę w to najszczerzej – gdybym tylko znalazła w sobie wystarczający hart ducha, żeby przekopać się przez instrukcje, napisane w języku, który do złudzenia przypomina polski, moje życie zaczęłoby płynąć zupełnie innym torem. Kto wie, czy lodówka poprzestanie na skompletowaniu listy zakupów? Może gdzieś w instrukcji kryje się sposób takiego jej dopieszczenia, żeby zechciała sama pojechać do supermarketu. A ja tylko będę leżeć i pachnieć. Więc oczywiście cyklicznie powtarzam sobie seans z rozpatrywania niewykorzystanych szans, co fatalnie wpływa na mój nastrój, a depresję pogłębia dodatkowo fakt, że jakkolwiek często rozumiem, co się do mnie mówi, potrafię nawet czytać ze zrozumieniem, to przy instrukcjach obsługi doznaję niemiłego uczucia ograniczenia umysłowego.

Podobnych uczuć doznaję na widok pilota do wszystkiego, którego jestem dumną posiadaczką i który podobno potrafi obsługiwać cały kombajn RTV, zajmujący mi pół ściany. Pilot posiada małe wredne pokrętełko oraz mnóstwo przycisków, które mają rozliczne znaczenia i następstwa, zależne od tego, w jakim położeniu znajduje się wredne pokrętełko.  Dogłębna analiza znaczenia przycisku w kontekście pokrętełka zazwyczaj kończy się tym, że wolę się zwlec z kanapy, podczołgać do kombajnu i załatwić sprawę ręcznie. Możliwe, że dzięki mojej tępocie w zakresie technologii domowej, moja pupa mimo stałej tendencji rosnącej, nadal trzyma się w jako takich ryzach, podczas gdy brzuch mojego zaawansowanego technologicznie małżonka, przyzwyczajonego do sterowania kombajnem ze z góry upatrzonej pozycji, powoli wymyka się spod kontroli.

Mam znajomych, którzy uwielbiają gadżety. Są posiadaczami kilku rodzajów tosterów do grzanek o zróżnicowanych kształtach i przeznaczeniu, grilla nastołowego, miksera do mięsa, ciasta, surówek i sałatek, z opcją sokowirówki, wyciskarki do cytrusów do obsługi ręcznej oraz wyciskarki do cytrusów zasilanej prądem oraz zestawu do domowej produkcji jogurtów. Myślę, że do przechowywania instrukcji potrzebują więcej niż jednej szuflady, więc jakkolwiek jest dla mnie zupełnie jasne, że ich życie wśród tych wszystkich cudów zyskało inną, wyższą i niedostępną dla mnie jakość, nie mam problemów z opanowaniem zazdrości.

Szczerze podziwiam osoby, które bez najmniejszych problemów posługują się na co dzień tak magicznymi przedmiotami jak odtwarzacze mp3, nagrywarki do płyt i palmtopy oraz wiedzą, że telefony komórkowe nie ograniczają się funkcjonalnie tylko do wybierania numerów. Mój się ogranicza, to znaczy jest ograniczany przeze mnie, gdyż przecież jakbym mu tylko pozwoliła, także by fotografował, nagrywał, rozsyłał po całym świecie, a w czasie upału nawilżyłby mi twarz orzeźwiającą mgiełką z wody termalnej. Ale ma pecha, bo trafił  na mnie, a ja nie pozwalam mu rozwinąć skrzydeł. Wstyd powiedzieć, ale ja ciągle jeszcze posługuję się notesem i długopisem i zamiast zaprogramować sobie w telefonie przypominajkę na okoliczność rocznic ślubów, imienin, urodzin i różnych jubileuszów, mam to pozapisywane w notesie.

Niedawno odbyłam rozmowę telefoniczną z osobą, której miałam przekazać pewien numer telefonu. I wynikł  impas, gdyż mój rozmówca potrzebował tego numeru natychmiast, był z dala od komputera, więc nie mógł odebrać mejla, a jego telefon komórkowy zapadł na niewyjaśnioną przypadłość, polegającą na nieprzyswajaniu esemesów. Kiedy już wydawało się, że nijak z tego nie wybrniemy, wpadłam na pomysł, że przedyktuję ten numer, a mój rozmówca zapisze sobie na kartce. Nie było łatwo, ale w końcu się udało. Mąż mojej redakcyjnej koleżanki, Spinelli, kolekcjonujący z upodobaniem efektowne kuchenne gadżety, przeżył podobną traumę, gdy spragniony jajek na miękko, zagubił gdzieś specjalne urządzenie do ich gotowania. Bez urządzenia ugotować się  nie dało.

Zakładając, że kataklizm kosmiczny, atomowy czy wynikający z apokaliptycznej klęski żywiołowej oszczędziłby nie tylko karaluchy, ale i jakieś niedobitki ludzkości, cofając nas do epoki kamienia łupanego, jakbyśmy poradzili sobie bez komputerów, Internetu, telefonów, o zestawie do produkcji jogurtów nie wspomnę? Z mojej cywilizacyjnej bocznicy nie wygląda to bardzo tragicznie, ale co mają powiedzieć ci, którzy są w głównym nurcie?

Ilustrowała: Joanna Titeux