Jak powszechnie wiadomo, ślub jest jednym z bardziej stresujących wydarzeń w życiu.  Wziąwszy pod uwagę, że sami sobie z pełną świadomością i po namyśle to wydarzenie ściągamy na głowę, zdając sobie sprawę z długotrwałych konsekwencji naszego czynu (o ile można brać pod uwagę część doświadczeń i pożycie par z naszego otoczenia) – potrzeba poradnika wydaje się być paląca.

Przede wszystkim należy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy stres związany ze ślubem można zmniejszyć. Na miano najbardziej odpornych na stres zasługiwaliby ci, którzy w ślubne związki wchodzą kilkakrotnie w ciągu swojego życia. Zostawmy ich jednak na boku; przypadki takie zasługują na odrębny tekst. Zajmiemy się przede wszystkim tymi z naszej ludzkiej rodziny, którzy wchodzą w tę rzekę po raz pierwszy, nierzadko ostatni.

Czy właśnie nie to jest podstawowym warunkiem szczęśliwego poślubienia kogoś: wierzyć, że nie jest ważne, który raz się to robi, ale że robimy to po raz ostatni? W każdym razie to przeświadczenie powinno znacząco wpływać na złagodzenie ślubnego stresu. I wpływa!
Tego, że ślub jest cezurą w życiu, od małego uczą nas baśnie. Po pełnej dramatycznych zwrotów akcji kończą się sielankowym „Od tamtej pory żyli razem długo i szczęśliwie”. Nierzadko kronikarz poprzedza te słowa uświęconą wzmianką: „Wyprawiono huczne weselisko. I ja tam byłem, miód i wino piłem”. Ale – nie zawsze.

Dociekliwy czytelnik sięgnie nie tylko po bajki znane z dzieciństwa, ale również po filmy i całą bibliotekę książek i dramatów na ten temat (zresztą, istnieje pogląd mówiący, że baśnie i opowieści są czymś w rodzaju archetypowych zapisów osadzonych głęboko w gatunkowym doświadczeniu rodzaju ludzkiego; wedle tego poglądu baśnie, mity i legendy stały się zapisem najlepszych sposobów radzenia sobie z groźną rzeczywistością. Ponadto na ogół są doskonale przylegającą ramą dla naszego pojedynczego życia – patrz koncepcja mitu jako umniejszania lęku Hansa Blumenberga).
A więc sięgnijmy do skarbnicy ludzkiego doświadczenia: co może się wydarzyć? Któreś z narzeczonych może w ostatniej chwili uciec sprzed ołtarza czy oblicza urzędnika państwowego. Horror, prawda? Otóż nie, kino pokazuje, że takie historie kończą się dobrze, a powodem ucieczki zwykle nie jest przyszła druga połowa, ale skomplikowane przyczyny natury psychicznej, nieprzeciętna wrażliwość jednego z niedoszłych współmałżonków, chimeryczna natura miłości, czasem kłopoty w pracy lub… właśnie ogromniejący, gdy się zaniedba jego ujarzmienie, stres ślubny.

Wiele i wielu z nas dręczy naturalna wątpliwość – czy na pewno ten jedyny jest tym właściwym?  Jeśli nie chcemy, by stres ślubny powtarzał się w naszym życiu niczym wańka wstańka, z pewnością nie od rzeczy jest przeanalizować raz jeszcze (a być może po raz pierwszy?) co nas łączy, a co dzieli. Moment radosnego i spontanicznego podejmowania decyzji na całe życie w stanie zakochania mamy już za sobą. Owszem, zdarza się, żeśmy jak jedno, ale trzeba być przygotowanym na raptowne i normalne chwile rozdwojenia i powrotu do indywidualnej postaci.

Teraz właśnie nadszedł czas rzeczowej – ale bez patyczkowania się! – oceny przyzwyczajeń, nawyków, poglądów politycznych, wyobrażeń na temat wychowania potomstwa i estetycznych upodobań wybranka oraz – last but not least – tzw. sprawdzianu z tubki pasty do zębów.

Test jest prosty i wymowny zarazem. Otóż (możliwe, że ta regularność została zbadana w laboratoriach i testach na parach ochotników, ale na razie nic mi o tym nie wiadomo), żeby wykonać test z tubki pasty, wystarczy obserwować przez kilka poranków i wieczorów własne reakcje na kształt tubki jaki pozostawia po sobie po jej użyciu nasz wybranek (lub wybranka). Jeśli ten na pozór niewinny szczegół wyprowadza nas z równowagi do tego stopnia, że zamiast myć zęby wpadamy  w złość, irytację, wreszcie rwiemy włosy z głowy nad tym, jak można wyciskać pastę tak nieekonomicznie, nieestetycznie, niepraktycznie czy też nieergonomicznie, jednym słowem tak „kompletnie bez sensu” – sprawy mają się niedobrze. Test z tubki należy potraktować jako ostrzeżenie, jako symptom drobiazgu, który we wspólnym pożyciu urasta do rangi groźnej blokady dławiącej nieskrępowaną ekspresję osobowości wyciskającego. Wydaje ci się, drogi czytelniku, że przesadzam? Nie należy lekceważyć drobiazgów – przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka; przyzwyczajenie daje poczucie bezpieczeństwa, dlatego jest najtrwalsze i z czasem przechodzi wręcz w nawyk. (Trwałością i kulturową funkcją nawyku, a zwłaszcza chaosem następującym w chwili jego naruszenia, np. naruszenia granic ciała, z powodzeniem zajmował się Pierre Bourdieu; patrz koncepcja habitusu).

Wiele teraz zależy od tego jakie kroki podejmiemy. Można sprytnie wymienić tubkę pasty na typ stojący na główce (nakrętce). Ale nie lekceważmy znaczenia drobiazgów, również w życiu ukochanego, nie mówmy „po co się spierać, to tylko drobiazg” – to odpowiedni moment by stawić czoła i raz (no, może nie na zawsze) określić do nich stosunek pamiętając, że nieszkodliwe nawyki nadają życiu skromne znaczenie, tworzą delikatny kościec codziennego bycia sobą i, jak to bywa z innym rzeczami delikatnymi i ulotnymi, majstrowanie przy nich w imię normalizacji, kończy się trudnymi do opisania wewnętrznymi konfliktami.
Czy pamiętasz czytelniku Wiek niewinności Edith Wharton? Wprawdzie akcja powieści toczy się w czasie, gdy tubek pasty  jeszcze nie wynaleziono (zęby czyszczono zapewne obrzydliwym proszkiem) i być może to sprawiło, że ta historia jest taka długa… Anyway,  Archerze, sięgnąć nie mogłeś po tubkę – przekonałbyś się od razu, że to May (z racji charakterystycznej dla niej dyskretnej praktyczności) wyciska ją w sposób absolutnie właściwy, ujmujący, jedyny, który znieść możesz „do śmierci”. Hrabina Olenska natomiast – cóż, uosabiała część życia Archera związaną z pociągiem do podróży, malarstwa i śpiewu… Ale tubka z pastą z pewnością zsychałaby się porzucona w połowie w rogu hotelowej łazienki, lub, o zgrozo, między tubkami z farbą na dnie malarskiego przybornika… Wielce znaczące pomieszanie tubek. A fe!
Archer Newland wybrał w końcu życie u boku May.
Chcąc nie chcąc żyjemy w micie. Na przykład micie Pierwszej Miłości. Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, sięgnij choćby po powieść Morze, morze Iris Murdoch. Jak straszne skutki może mieć ściganie obrazu swojej ukochanej, utraconej dawno temu i szczęśliwie wydanej za mąż… za kogoś innego! Francuskie porzekadło On n’ame qu’une fois la premiere ciąży jak fatum nad życiem niemłodego i wciąż wierzącego w szczęście reżysera teatralnego. Zwróć więc uwagę czytelniku, jakim zdaniem karmisz swe marzenia!

Gdy już – pozornie! – pozbyliśmy się największych wątpliwości, dobrze jest ustalić datę ślubu. Czy będzie to szczęśliwy numer, czy data urodzin ulubionego kompozytora, czy miesiąc, w którym się poznaliśmy – możliwości jest sporo. Jeśli przyszli państwo młodzi są nonkonformistami, wybiorą najpewniej maj lub inny miesiąc bez litery „r”. Nie wiadomo, dlaczego to takie ważne. Jak wszystko co niewytłumaczalne, tak po prostu się utarło i już. (Być może wcale nie chodzi o literę „r”. Jest też tradycja mówiąca, że miesiąc maj jest miesiącem poświęconym Maryi, a listopad jest miesiącem zmarłych… więc być może wcale nie chodzi o literkę, a o znacznie starsze, niemal zapominane już dziś znaczenia).

Teraz przystępujemy do etapu planowania naszego ślubu. Po przewertowaniu, odpowiednio wcześnie, specjalistycznych czasopism (nie, nie, bynajmniej nie chcemy, by wychodzenie za mąż stało się naszym hobby! zainteresowanych pozostawiam z pytaniem, kto jest stałym czytelnikiem tego rodzaju periodyków) oraz licznych witryn internetowych, które jako żelazny punkt podają przedślubny rozkład jazdy (terminarz, o czym należy pamiętać w którym przedślubnym miesiącu, a potem tygodniu, dniu… ) a które mają pomóc ułatwić i rozsądnie rozłożyć w czasie przygotowania – rzuć je w kąt, wykasuj z ulubionych! Po pierwsze, i tak okaże się, że już na coś jest za późno i jesteście karygodnie spóźnieni, po drugie, pamiętaj – i powtarzaj sobie niczym mantrę – że do ślubu wystarczające są trzy elementy: pannna i pan młody, dwaj świadkowie (nie ma znaczenia, czy są to wasi najdawniejsi przyjaciele z piaskownicy, czy np. parkingowy i przypadkowy przechodzień złapani pięć minut wcześniej przed Urzędem Stanu Cywilnego lub kościołem) oraz ksiądz lub/i urzędnik powyższego urzędu. Oraz ewentualnie obrączki, ale te można równie dobrze wypożyczyć… (w ogóle nie wdawajmy się w urzędową stronę przygotowań – to wszystko możesz znaleźć na odpowiedniej korkowej tablicy miejscowego USC, podczas gdy czekać będziesz w  kolejce po znaczki skarbowe). I nie martw się, że zlekceważyłeś, przeoczyłeś, nie zadbałeś o „niezbędne elementy budujące niepowtarzalną atmosferę tego wyjątkowego dnia”.

Jeśli jednak zrobiłeś ten błąd i odwiedziłeś nieopatrznie któreś tzw. targi ślubne (zazwyczaj odbywają się w najokazalszym hotelu w twoim mieście) narażając się na kolejne męki, podejdź do tego inaczej. Przypomnij sobie ślubne zdjęcia (być może zachowały się) swoich dziadków: panna młoda w letniej sukience uszytej ze spadochronu, pan młody w wypożyczonej marynarce lub – w innej wersji – w mundurze UNRRA, świeży bukiet sezonowych kwiatów, na głowie panny młodej mały toczek z kilkoma kwiatami i woalką… Nawiasem mówiąc, na ślubne zdjęcia wówczas również nie wydawano fortuny. Cóż, wiadomo, że zdjęcia mają tę właściwość, jak wszelkie pamiątki, że nabierają wartości, im bardziej wydarzenie jest odleglejsze w latach. W przeciwieństwie do naszych dziadków, żyjemy w epoce nieustannego robienia sobie zdjęć. Przy tym jest to epoka skażona nerwowym trendem gromadzenia pamiątek materialnych – jak gdyby w obliczu zagrożenia globalną katastrofą ich ilość zwiększała szansę, że przynajmniej część ocaleje i opowie nieznanej przyszłej cywilizacji „jakie też śluby ongiś bywały”…
Umówmy się – czy wiecznie musi nas zaprzątać kompletność i wyczerpywalność materialnych śladów naszej cywilizacji? W przypadku ślubu zachowaj umiar w skali – zamiast czterdziestu, poprzestań na dwóch lub trzech dobrych portretowych zdjęciach. Wnuki i tak będą ci wdzięczne.

14.04.2004 r.

 

Ilustr. Anna Fudyma/pinezka.pl