I wszędzie źle, gdzie jesteśmy. Na przykład jest bardzo źle, gdy znajdziemy się w oku cyklonu. Albo na Ukrainie w czasie drugiej tury wyborów. Co prawda dobrze, że jesteśmy w Iraku, ale i to też źle. A świat zapewne wygląda jak wygląda, ponieważ my, Polacy, jesteśmy praktycznie wszędzie.

Okazuje się, że zawlokło nas, prawdziwy naród wybrany, aż do Azji. W Azji szalejące tsunami zabiło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Kilkadziesiąt tysięcy to już jest liczba, którą nawet trudno sobie wyobrazić. Niewyobrażalna liczba ludzi straciła życie w ciągu paru dni.

W polskich mediach pojawiają się informacje o rosnącej liczbie ofiar, o tragedii nieprzeliczonych rzesz ludzi, którzy, cudem przeżywszy, wcale nie patrzą z optymizmem w przyszłość. Azja co prawda jest daleko i nikogo z nieżyjących nie znaliśmy zapewne osobiście, ale i tak jesteśmy poruszeni. Poruszenie to jest wzmacniane przez informacje, że wśród zaginionych – czyli prawdopodobnie zmarłych – znajduje się czterech, ośmiu, trzynastu a może nawet 28. obywateli polskich. 28 osób, które potencjalnie mogliśmy znać – zaginęło.

W tak olbrzymim kataklizmie zginęło też zapewne kilkadziesiąt, kilkaset, być może nawet tysiąc obywateli innych krajów niż te, które tsunami dotknęło bezpośrednio. Zapewne każdy z tych krajów skupia się na własnych obywatelach. Tylko czy to psychologicznie uzasadnione zachowanie nie jest odrobinę dziwne?

Chiny, jak co roku, nawiedziła potężna powódź, wraz z którą, również jak co roku, odpłynęło kilkaset ludzkich istnień. Wśród ofiar nie było Polaków. Co za ulga. Dwa tysiące anonimowych Chińczyków spłynęło wraz z nurtem do Morza Żółtego, no i trudno. Na szczęście „naszych” nie było wśród ofiar.

Podobnie jest z wypadkami autokarów, zatonięciami statków, zderzeniami pociągów. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

Na świecie żyje ponad sześć miliardów ludzi, z czego większości – nie bójmy się tego stwierdzić – nigdy nie znaliśmy i nie poznamy. Ich życie jest nam równie obce co ich śmierć. Gdy jednak natura bądź drapieżnik, zwany z łaciny homo podobno sapiens, urządza hekatomby – znajmy umiar. Niech tysiące anonimowych ofiar mają pierwszeństwo nad garstką „naszych” – równie tragicznych w jednostkowości, lecz pozostających pyłkiem w całej masie – śmierci.

P.S.  w trakcie dyskusji nad tym felietonem sięgnąłem po informacje prezentowane przez jeden z wiodących polskich portali informacyjnych. Artykuł dotyczący tragedii liczył prawie 300 znaków. Artykuł opisujący niepewny los Polaków w regionie dotkniętym tsunami: blisko 10 razy więcej…