ilustr. Anna Fudyma

Dla mElodii

   Określając ludzkie życie lubimy używać sformułowań wysiłkowych – ktoś zdał egzamin (z przyjaźni na przykład), spisał się na medal, zawalił sprawę, dał dupy, sprostał wyzwaniu, stanął na wysokości zadania, nie podjął trudu, wygrał, przegrał. Wygląda na to, że nasze życie to jedno wielkie pasmo egzaminów, poprawek i konkursów, przerywane niekiedy spoconym galopem na dystansie maratońskim.  Takiej wizji sprzyja nasza chrześcijańska tradycja – mamy cały wielki panteon Świętych, z którymi aż się prosi przeżyć męczeńską śmierć po latach trudów, znojów i przeciwności losu. Nasi Święci cierpią wręcz pokazowo, mieszkając pod schodami własnego domostwa, zżerani przez wszy i zlani pomyjami,  przez większą część życia obywają się bez seksu, a niekiedy także bez jedzenia, ze stoickim spokojem patrzą jak im się wyrzyna w pień całą najbliższą rodzinę, a jeśli zachodzi potrzeba, to i własną ręką mogą nieletnią dziatwę, krew ze swojej krwi, wyprawić do lepszego świata. A potem umierają odkrywczo i innowacyjnie, usieczeni strzałami, przypiekani na wolnym ogniu lub pożarci przez dzikie zwierzęta. Biorąc żywoty Świętych za punkt wyjścia, recepta na sukces życiowy wydaje się całkiem prosta – umęczyć się maksymalnie, a potem efektownie umrzeć.

Spuścizna literatury narodowej w zakresie podstawowej wiedzy każdego obywatela także nie pozostawia złudzeń w kwestii definicji przyzwoitego życia. Żeby się na nie załapać należy mieć potomstwo, które odumrze nas we wczesnym dziecięctwie albo ukochaną, która nas nie chce, a jeśli – nie daj Boże – jednak chce,  to i tak uczucie nie może zostać skonsumowane w wyniku licznych przeciwności losu. Na wszelki wypadek, jeśli chcemy żyć godnie, to wybierając obiekt uczuć, musimy się upewnić, czy aby na pewno jesteśmy pozbawieni jakichkolwiek szans. W przeciwnym razie szukamy aż do skutku, który obowiązkowo musi być opłakany.
Nawet jeśli nam się w życiu układa, zdobyliśmy wykształcenie lub sensowne pieniądze i wpływowych przyjaciół, których nie odstraszyła nasza wiecznie skwaszona gęba, to jeszcze nic straconego, zawsze możemy dać się położyć wrogą kulą. W tym celu, jeśli chcemy się poszwędać po mieście, to wybieramy takie miejsca jak czoło nielegalnej manifestacji, barykady skazanego na klęskę powstania; ewentualnie można się położyć na torach, ale w tym wypadku na dwoje babka wróżyła, albo się uda, albo nas ktoś odciągnie. Jeśli zachodzi ta druga okoliczność, to natychmiast idziemy wysadzić się w powietrze.
Rozwijanie licznych możliwości, jakie stwarza wielka literatura, mogłoby trwać jeszcze dowolnie długo. Można się przecież jeszcze truć w wyniku nieszczęśliwej miłości, stoczyć się do rynsztoka, zostać wywiezionymi na kupie gnoju albo pójść do klasztoru, oczywiście tylko w wypadku jeśli nie czujemy ani krztyny powołania, w końcu nie żyjemy dla przyjemności, tylko żeby się umęczyć.
Po ekstrawaganckiej śmierci także nie mamy możliwości zaznać spokoju, gdyż w dobrym tonie jest pochować serce w innym miejscu niż resztę zwłok. I niby czemu mamy poprzestać tylko na dwóch częściach, skoro nasze ciało stwarza znacznie więcej opcji – samych palców mamy przecież dwadzieścia i w zasadzie nic nie przemawia za tym, że powinny pozostać wszystkie razem.

W obliczu tego wszystkiego człowiek, który się swoim życiem nie męczy, jest pospolitym trutniem. Nic odkrywczego nie wymyśli, bo wszystkie idee mają obowiązek rodzić się w bólach. Trudno go nakłonić, żeby cierpiał za miliony, bo – racjonalista jeden, fuj! – dokładnie wie, jak się nazywa i nie ma tam żadnych zer, tylko same litery. Nie ma z niego pożytku żadna partia polityczna, bo każda żywi się frustracją, a tu – ani na lekarstwo. Nawet ruch feministyczny nie ma nic do roboty, kiedy trafi na kobietę, która jest szczęśliwa z bycia kobietą i radośnie goli sobie nogi, bez cienia refleksji, że właśnie składa swe owłosienie na ołtarzu ofiarnym krwiożerczego patriarchatu.
Dlatego właśnie nie endometrioza, nie wrzody żołądka, nie zatwardzenie, ani nawet sraczka, nie problemy z prostatą są najbardziej wstydliwym z ludzkich problemów. Jest nim szczęście.

Być szczęśliwym, to tak jak być trędowatym i ciągle do rozważenia jest propozycja noszenia przez ludzi szczęśliwych specjalnego dzwoneczka ostrzegawczego. Spotykając osobę szczęśliwą na początku oczywiście dajemy jej szansę, w końcu zostaliśmy wychowani w duchu humanitaryzmu. Ostrożnie sondujemy, czy stan jest nieuleczalny, czy może jest jeszcze cień szansy. Czy czasem ktoś z rodziny nie powiesił się ostatnio? Może nastąpiła wywałka z pracy i związane z nią bankructwo? Zdrada małżeńska, najchętniej połączona z brazylijskim dramatem w postaci nieślubnych dzieci, które nieświadome łączącego ich pokrewieństwa, zakochały się w sobie i spłodziły kolejnego obciążonego klątwą potomka? Może chociaż jakieś malutkie raczątko z przerzucikami, no cokolwiek, co pozwoliłoby nam tolerować taki wybryk natury. A tymczasem, bach – nic z tego, i mamy oto przed sobą kobietona parszywego, który bezczelnie wygląda na dziesięć lat mniej niż ma w metryce, w tle kochający małżonek kwiecie u stóp ściele, na dachu domu przepięknego, w sielskiej okolicy, już wiecha wisi, a kobieton jeszcze koralikami się bawi, co je ma na szyi, przywiezione właśnie z Bali. No nic, miejmy nadzieję, że przynajmniej nie mogą mieć dzieci, a jeśli już to niech chociaż one będą nieślubnie realizowały brazylijski scenariusz.

ilustr. Anna Fudyma

Z punktu widzenia osoby szczęśliwej sprawa wygląda jeszcze gorzej. Zasiada się któregoś wieczoru przy kuchennym stole i, jak codziennie, robi się przegląd zmartwień. Pieniądze… A nie, są. Kłopoty małżeńskie – brak. Kłopoty wychowawcze – brak. W pracy stabilnie, z tendencja wzrostową. Szok! Przerażenie! Panika! Noooo, teraz jak się posypie, to dopiero będzie! Łuszczyca co najmniej. Bo przecież posypać się musi, nie ma innej opcji. Nie można tak sobie po prostu siedzieć i cieszyć się ze swojego życia. A gdzie krzyż do dźwigania? A gdzie uszlachetniające cierpienie? Coś sobie natychmiast trzeba wynaleźć, przecież TAK żyć nie uchodzi. O, coś strzyka w barku, ani chybi reumatyzm, no nareszcie!

Na wypadek gdyby akurat nie strzykało w barku, mam do podrzucenia kilka  mrożących krew w żyłach życiowych horrorów. A zatem awans – no, to jest kompletna mogiła, zaraz ktoś się kapnie, że na ten awans zupełnie nie zasłużyłyśmy i wyjdzie na jaw, że z naszymi trzema fakultetami nadajemy się tylko do smażenia frytek w restauracji fast food. Poza tym na pewno sobie nie poradzimy. Podwyżka – kanał, przecież same najlepiej wiemy, że tak naprawdę my i nasza praca nie jesteśmy warte więcej niż pięć złotych, a wkrótce stanie się to także jasne dla naszego szefa. Podgrzanie nastrojów sypialnianych – z całą pewnością mąż ma kogoś na boku i dla niepoznaki udaje, że się na nowo w nas zakochał. Dziecko wychwalane przez wszystkich nauczycieli – pewnie zaraz się okaże, że jest dilerem narkotyków i prowadzi podwójne życie. Dobre wyniki badań lekarskich – podmienione w przychodni. Świeżo kupione porsche po okazyjnej cenie – na pewno ma jakiś feler i za moment trzeba będzie robić generalny remont silnika. Jedynym pozytywnym aspektem jest to, że rozwiąże nam problem niezasłużonej i psim fartem otrzymanej podwyżki. Zanim nam ją odbiorą oczywiście, z odsetkami, a o porsche upomni się policja, bo kradzione. Ktoś deklaruje, że nas lubi – ciekawe, jaki ma w tym interes…

Moim zdaniem naprawdę można sobie coś z tego wybrać. Byle szybko, gdyż dłuższe pozostawanie w stanie szczęścia grozi utratą kręgosłupa moralnego, większości znajomych, o szansie na zbawienie wieczne nie wspomnę.

Ilustrowała: Anna Fudyma/pinezka.pl