There was a house in New Orleans
They called the Rising Sun.
It’s been the ruin of many a poor girl,
and me, O God, for one.

Nie ma już Domu Wschodzącego Słońca. Nie rujnuje już dziewcząt, sam jest ruiną. A jeżeli jeszcze stoi, to ma podmyte fundamenty i trzeba mu sprawdzić statykę budowli. Prawdopobnie jest złupiony.

Wszędzie woda. Japonię i Chiny atakują tajfuny, jesteśmy gdzieś przy siedemnastym. Nawet w Szwajcarii powodzie przerwały linie kolejowe – dziwacznie wyglądał wiszący w powietrzu odcinek szyn. W Bernie gapie (w tym ja) gapili się z mostu na wodę, rwącą położoną w dole ulicą, zafascynowani wystającymi dachami (cudzych na szczęście) samochodów. A jak nie woda, to ogień.

Standard wymagałby tu paru uwag na temat George’a Dablju Busha. Nie o niego mi tu jednak chodzi. Na pewno wpływamy na nasze otoczenie, poddani jesteśmy jednak przede wszystkim gigantycznym mocom, które nas przerastają. Raczej nie ludzie spowodowali mini-epokę lodową w XVII wieku – pamiętamy zamarzniętą bieliznę w filmie „Dziewczyna z perłą”? Przyczyną był chyba długotrwały spadek aktywności słonecznej. Do końca nie jest to jasne.
Kilkanaście tysięcy lat temu skończyła się ostatnia epoka lodowa, powoli czas na następną. Czy mamy na to wpływ? To chyba na nas zbyt potężne siły. Chociaż ostatnio spotkałem się z hipotezą, że pojawienie się rolnictwa jakieś 5000 lat temu, a co za tym idzie zmiana parametrów atmosfery oraz współczynnika odbicia światła od powierzchni Ziemi, właśnie nas od tego uratowało. Kto wie – może efekt cieplarniany przedłuży nasz interglacjał?
Co się stanie, to się stanie, może czyha już na nas asteroida? Bądźmy uważni, lecz nie popadajmy w histerię. Kiedyś pewnie zaczniemy się zastanawiać, co zmajstrowaliśmy, że Indie włażą na Chiny i na miejscu urodzajnych równin stanęły Himalaje. Z kolejnej strony organizmy żywe jak najbardziej mają wpływ na Ziemię w skali ogólnej – bakterie tlenowe wyparły metanowe, doprowadzając do gigantycznej katastrofy ekologicznej, całe pasma górskie są organiczne, białe klify Dover to sprasowane szkieleciki morskich żyjątek (co na to muszelkowy Greenpeace?).

Przyroda jednak będzie nas zaskakiwać. Trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, a do tego katastrofy wywołane przez człowieka: wojny i zamachy terrorystyczne. Na ile jesteśmy przygotowani, na ile powinniśmy?

W Szwajcarii pod każdym domem, dużym i małym, piwnicę da się wykorzystać jako schron przeciwatomowy – ryglowane, betonowe drzwi, filtry powietrza i takie tam. Wymagały tego przepisy wydane w czasie zimnej wojny. Zalecały też posiadanie rezerw żywności (ryż, makaron, konserwy…) na czarną godzinę. A tu wojna nie przyszła i cały wysiłek poszedł na marne. No, może jeszcze się w Bazylei zdarzyć jakaś katastrofa chemiczna. Więc opłaciło się, czy nie?
Nie da się zabezpieczyć przed wszystkim, nie zawsze ma to sens. Można wyburzyć Warszawę i postawić wyłącznie budynki wytrzymujące do 7 stopni w skali Richtera, tylko po co?

Zastanawiałem się czasem, co się robi po nalocie dywanowym, huraganie, czy po innej katastrofie niszczącej całe miasto. Kanapy huczą od krytyki – znów rząd zawiódł! Ale uczciwie – co się wtedy robi? Przed Katriną setki tysięcy uciekło, setki tysięcy przesiedlono. Mają na razie dach nad głową, koce i coś do jedzenia, ale co dalej?
Wielkie miasto ma złożoną sieć zależności międzyludzkich. Załóżmy, że sprzedaję sandwicze. U piekarza zamawiam bułki, kupuję masło, szynkę, majonez i pomidory, w gniazdku jest prąd, lodówka chłodzi produkty. W południe przychodzą ludzie z okolicznych firm, wiem co lubią, kiedy kupują więcej. I nagle wszyscy lądujemy w Superdome, skąd nas wywożą do Astrodome, a po Katrinie przychodzi Rita i goni nas dalej. Mamy wspomniane koce i zupę, ale cała struktura jest zniszczona. Niby mogę pracować, ale gdzie, jak? Gdzie kupię bułki, kto je ode mnie kupi? Jak w wykarczowanej dżungli amazońskiej, sieć symbiozy jest zniszczona, wdziera się piasek.
Oczywiście, po czasie struktura się odradza – odgruzowano Warszawę i Hamburg, Nagasaki jest tętniącym życiem miastem, a epicentrum zaznacza jedynie trudno dostrzegalny pomnik. Ale to trwa i zależy od tego, czy zostało zniszczone wszystko dookoła, czy zachował się obszar buforowy, potrafiący podciągnąć region katastrofy. Po wojnie Ameryka z rozpędzoną gospodarką zaoferowała Europie Plan Marshalla, uciekinierów z Luizjany przyjął Teksas.

Ciekawe jest pytanie, na ile system, w którym żyjemy, jest odporny na większe katastrofy, na ile jest w stanie przejść stosunkowo łagodnie na poziom obniżonej aktywności. Moi rodzice przeżyli wojnę – każdy albo sam żył na wsi i hodował świnie, albo miał na wsi rodzinę lub znajomych. Jak sprzedam rąbankie, słonine, kaszankie… Można było się skoncentrować na biologicznym przeżyciu i przeczekiwać. Do tego system dawał się oszukać – w amatorskiej pracowni dało się zrobić lewe kenkarty, podmienić zdjęcie, wpisać miejsce pracy.
Wspomniane świnie – oficjalnie rezerwowane dla Niemców – u dziadków rosły dziwnie wolno, zakolczykowaną zabijano, a kolczyk przekładano na następną. O ile trudniejsze by to było przy paszportach z danymi biometrycznymi i świniach z wszczepionymi chipami z GPSem! W latach osiemdziesiątych podniecano się filmem „The day after” o wojnie atomowej. Wizja była straszna, ale to mogło przerażać ludzi Zachodu, ja byłem spokojny – u nas już było, jak już po bombie, byliśmy gotowi.

Dawno, dawno temu, za czasów myśliwsko-zbierackich, katastrofy naturalne miały chyba mniej tragiczne skutki – przy trzęsieniu ziemi trochę potrzęsło, przy powodzi zalało nadrzeczne łąki, ale nie zawaliły się autostrady, nie zalało piwnic, nie zniszczyły się dane na dyskach. I zawsze można było pójść dalej.

Dziś wszystko jest rozplanowane do ostatniego, nie ma żadnych rezerw. Zabudowany jest każdy skrawek nad wodą, uregulowana rzeka rozlewa się natychmiast na miasto. A wszystkie plany są na dobrą pogodę. Systemy produkcji przewidują dostawy surowców just in time, magazynowanie jest marnotrawstwem. Dla oszczędności stosuje się outsourcing – programy wykonywane są na serwerach odległych o sto kilometrów, tamże przechowywane są strategiczne dane. A strategiczny know-how również przejmuje najtańszy dostawca, któżby utrzymywał własnych specjalistów na pełnym etacie! Są przecież szybkie sieci, tani transport, wszystko chodzi jak w zegarku. Jednak czasem, nie za często, łącza się przerywają, a hale serwerów znajdują się pod wodą, czasem zalewa całe miasto, cały region. Co wtedy?

Wtedy okazuje się, że kilka dni braku prądu kładzie sprawę. W telefonie bateria pada po dniu, mam zapasy żywności, lecz oops! otwieracz do konserw jest elektryczny. Przeżyłem kilka dni w Adelboden, odciętym od świata przez orkan Lothar. Robiło się coraz chłodniej, gorący posiłek był problemem. niektóre wpadki były dość głupie: nie dało się w restauracji umyć rąk, lecz nie z powodu braku wody, ale dlatego, że sensor przy umywalce nie działał. Nie można było sprawdzić, czy pokój będzie wolny, bo dane „były w komputerze”. Działało bateryjne radyjko. Gdy za komuny wyłączano prąd, telefonem o bakelitowej tarczy dało się połączyć z elektrownią. Nie miał pamięci ani polifonicznych dzwonków, lecz tuk-tuk-tuk wytwarzane przez obracającą się tarczę przekładało się bezpośrednio na odbieralny sygnał.

Nie chcę nawet myśleć o utracie danych. Bank po padzie dysków może zamykać interes. Kiedyś śmialiśmy się z urzędów, które wprowadzały komputery, ale sprawdzały obliczenia ręcznie. Ale kto wie, co jest lepsze. Dziś w mniej przewidującym urzędzie zawsze jest ryzyko, że po paru latach dokumentów nie będzie dało się odczytać, bo na nośnikach magnetycznych rozmagnesują się domeny lub po prostu nie uda się znaleźć funkcjonującej maszyny i wersji software’u. A taki kamień z Rosetty przeleżał 2000 lat w piasku i przetrwał. Więc obywatele – kujcie w kamieniu!

I nie zapomnijcie o kartoflach w ogródku i świni w wannie.