Godzina ósma rano, poniedziałek. Jemy sobie spokojnie śniadanie – jedna z nielicznych chwil spędzonych razem przed dniem pełnym zajęć – kiedy nagle odzywa się dzwonek mojego telefonu komórkowego. Patrzę na wyświetlacz, który zwykł jest wielkodusznie informować mnie (za darmo!) kto zacz ma interes i dzwoni. Tym razem jednak oznajmił mi mgliście, że nie kto inny, ale NUMER PRYWATNY chce ze mną rozmawiać.

Nie odbieram telefonów od anonimowych person wychodząc z założenia, że nie mają się czego wstydzić i mogą się ujawnić, a jak nie chcą, to niech do mnie nie dzwonią. Z wdziękiem naciskam przycisk nie odbierając połączenia i wierząc w użyteczność poczty głosowej. Niestety. NUMER PRYWATNY zawziął się i dzwoni jeszcze dwa razy. Podejrzewając (jako, że początek nowego roku mamy), iż to mój tajny agent ubezpieczeniowy dzwoni z zamiarem nachalnego zwerbowania mnie na setki nowych planów, taryf tudzież innych systemów ubezpieczeniowych, wyrażam swoją niechęć do przeprowadzenia jakiejkolwiek rozmowy z owym cichociemnym, na co małżonek mój z nutką współczucia rzecze: „Toż on jakiś niewychowany…! Żeby o 8 rano dzwonić na prywatną komórkę!”

I właśnie tutaj, moi drodzy, tkwi haczyk. Otóż nie ma czegoś takiego, jak prywatna komórka. Nie, żeby kiedyś nie było, skądże. Sama pamiętam mój pierwszy telefon wielkości walkie-talkie, którego w buntowniczym okresie zażądałam od rodziców, grożąc im, że nie będę latać z rozwianym włosem w poszukiwaniu budki telefonicznej tylko po to, aby poinformować ich, że dotarłam bezpiecznie nocnym pociągiem na drugi koniec Polski. Wybrali zgodnie mniejsze zło i zakupili mi telefon.
Telefon nosiłam od czasu do czasu wyłączony w torebce i włączałam tylko wówczas, gdy to ja chciałam się z kimś porozumieć. Inni nie mieli przyjemności skontaktować się ze mną w dowolnym momencie. Był to mój prywatny telefon i miał takowy może co trzeci, jak nie co czwarty Polak. Tenże Polak krzyczał w tramwaju do słuchawki, że właśnie jest w tramwaju!!! i wyłączał komórkę po wejściu do domu, w głębokiej trosce o baterię.

Nie minęło czasu wiele, a Polska tup, tup, tup, rychło dogoniła Europę i telefon komórkowy stał się niezbędnym wyposażeniem każdego człowieka. Sieci zagwarantowały nam taryfy do wyboru, do koloru, w cenach przeróżnych – tak, że prawie każdego stać już na luksus stałego dostępu do środka łączności.
Więc zaczęliśmy łączyć się stale z całą rodziną, z samymi swoimi, z drugą połówką i trzecią ćwiartką. Dzwonią do nas dzieci z podwórka, żeby im zrzucić piłkę oknem, dzwonią matki, żeby kupić majonez, czekać tylko, aż zadzwoni nasz pies, z prośbą o paczkę Pedigree.

ilustr. joanna Titeux    Wszystko byłoby pięknie – w końcu potrzeba jest matką wynalazku, a wniosek z tego, że wynalazek był nam potrzebny – gdyby nie fakt, że popadliśmy w małą, psychologiczną pułapkę. Otóż mamy cały czas włączony telefon, ponieważ wydaje nam się, że jeśli wyłączymy go choć na chwilkę, natychmiast stanie się coś strasznego i nie będziemy mogli zainterweniować, gdy, na przykład, cioci Gieni złamie się (odpukać) noga w samym środku szczerego pola. I będzie dzwonić biedna ciotka, a tu włączy jej się poczta głosowa i uprzejmie poprosi o zostawienie wiadomości. Przecież ciocia gotowa na zawał zejść. Tym bardziej, że może jej z kolei przyjść do głowy jakaś straszna wizja nas samych: mieliśmy wypadek w tramwaju i telefon porażony siłą uderzenia wyłączył się, a my bez pomocy konamy gdzieś w świecie.

Tak więc nie wyłączamy telefonów, bo a nuż widelec ktoś ważny zadzwoni? Jesteśmy na smyczy i mamy na smyczy naszych znajomych. A największą smycz trzyma w swych wszędobylskich dłoniach sieć komórkowa, która codziennie wabi kolejne ofiary łączności omnipotentnymi telefonami za złotówkę i szeregiem nieograniczonych gadżetów, czyniących nas szczęśliwcami i wybrańcami losu.

Tak więc, decydując się na posiadanie komórki, decydujemy się na utratę prywatności. Nie ma już prywatnych komórek. Są jeszcze tylko prywatne numery.

ilustr. Joanna Titeux/pinezka.pl