…Przyniosłam sobie kiedyś do domu rybkę – gupika, zrobiłam jej domek ze słoja, zasadziłam roślinkę, dokupiłam drugą rybkę, żeby pierwszej nie było smutno. No i miałam rybki.
Po jakimś czasie mój starszy brat stwierdził, że on to by miał w doopie takie gówniane rybki – co to w ogóle za akwarium. Ojciec poparł go, że jak akwarium to prawdziwe… Po tygodniu w naszym pokoju brzęczało, syczało, śmierdziało kitem i… ciekło. Po miesiącu były już dwa potężne akwaria, kotnik, trzydzieści gatunków rybek, więcej grzałek, pompek, brzęczyków… i ciekło nadal.

Znalazłyśmy sobie z koleżankami budę. Taką zwykłą budę wielkości wychodka, co to się została po budowie i, jak to w komunie, nikt jej nie sprzątnął. Zrobiłyśmy sobie w budzie klub, wymalowałyśmy budę na niebiesko w czerwone ciapki.
Problem sie zaczął, gdy karty klubowej zażądali Andrzej G. i Tomek B. Wstępu nie dostali, a my musiałyśmy na drzwiach powiesić kłódkę, bo przyłazili, brudzili, grzebali w „papierach”.
Na drugi dzień zastałyśmy na miejscu naszego klubu kupę niebieskich desek w czerwone ciapki.

Założyłyśmy kiedyś z Lucyną teatrzyk, zrobiłyśmy najprostsze pacynki, przeciągnęłyśmy żyłki między oknem a biblioteczką, na żyłkach wisiały różne tła. Po pierwszym przedstawieniu widownia szalała, natomiast recenzje krytyków (starszy brat i jego kumpel Piotrek) były druzgocące: co to za gówniany teatr, a w ogóle co to za przedstawienia w JEGO pokoju (pokój był wspólny). Oni to dopiero zrobią teatr – TEATR WIELKI! A nasz won! Po namyśle jednak krytycy stwierdzili, ze nie mają kukiełek, sceny, kostiumów, scenografa, aktorów, reżysera, rekwizytów, pomysłów. Łaskawie wiec wydali zgodę na moje i Lucyny dalsze przedstawienia. POD WARUNKIEM, że podpiszemy zgodę na pełną aneksję naszego teatru MAŁEGO do ich TEATRU WIELKIEGO, oni w zamian gwarantują reklamę i protekcje.
Z rykiem podpisałyśmy. Teatr przeżył dwa tygodnie, sztuka o wilku i kózkach padła…