Jak co roku, pod koniec marca z przerażeniem zaczynam wyglądać na ulicę. Delikatnie odchylam rolety i patrzę, czy już się zaczęło. Jeszcze zalega śnieg, już zaczyna się plucha, więc z zaburzonym, ale jednak spokojem odchodzę od okna i siadam w fotelu. Tajemnicze zjawisko, które lada dzień nastąpi, nie daje mi spokojnie żyć.

Na bok odkładam każdą gazetę, nie potrafię się skupić na najprostszych czynnościach. Ledwo zaczyna się przejaśniać i słońce daje znać o sobie, wpadam w drżenie.
Znów zza rolet dałby się zauważyć osobie postronnej mój zalękniony wzrok, gdyby tylko ktoś chciał patrzeć w moje okna.
Nawet nie chodzi o przerażenie, chciałbym być w tym miejscu dobrze zrozumiany, tylko o niewyjaśnioną tajemnicę, o której milczą wszelkie podręczniki wychowania seksualnego, wobec której bezradne są największe autorytety od przygotowania do życia w rodzinie.

W końcu To następuje. Pewnego marcowo – kwietniowego dnia słońce przedziera się przez warstwę chmur na tyle, że wszędzie jest jasno i ciepło. Ale to nie słońce mnie budzi, lecz wrzask. Zsynchronizowany lub narastający crescendem, chaotycznie wibrujący lub układający się w mandelbrotowski, samopowtarzalny ryk.
Pojawiły się. Jak spod ziemi. Wysypały się z klatek schodowych (może trzymane przez całą zimę w piwnicach, może w skrzyniach okutych żelazem?), lecz wydaje się, że wyłażą z każdej kanalizacyjnej studzienki (może wyłażą?), że wyrastają z umęczonych miejskich drzew wraz z pączkami liści (może wyrastają?).

A ja znów rzucam się na mądre książki, próbuję znaleźć odpowiedź na dręczące mnie co roku pytanie, na które przez tyle lat odpowiedzi nie znalazłem: skąd się biorą te dzieci, których nie było całą zimę?
Te tłuste i dobrze wyglądające dzieci pojawiające się wraz z pierwszym mgnieniem wiosny?