Zeszliśmy z drzew. Wymyśliliśmy koło, prąd, bombę atomową i komputery. Już się nie iskamy, w każdym razie nie publicznie. Używamy za to dezodorantów, perfum, żelu do higieny mniej lub bardziej intymnej i prawie całej tablicy Mendelejewa. Zrobiliśmy, co tylko można, żeby oderwać się od pierwotnej natury z jej wydzielinami i płynami organicznymi, a jednak, jak to mówią, shit happens.

Powrót do pierwotnej natury odbywa się w moim życiu codziennie. Pierwotną naturę zbieram co chwila w ścierki i ręczniki jednorazowego użytku. Czasem powrót do natury odbywa się wyjazdowo, np. w samochodzie. Pakuję kota do transporterka i przypinam pasami z przodu, psa wrzucam na tylne siedzenie i wiozę menażerię do weterynarza. Kot drze się jak obdzierany ze skóry, więc pies rusza mu na ratunek z tylnej kanapy, włażąc mi na dźwignię biegów. I tu okazuje się, że być może są dezodoranty, które doskonale sprawdzają się w warunkach biegu przełajowego przez pustynię, jednak nie radzą sobie ze zwierzęcym wrzaskiem stereo w samochodzie, na którym autobus właśnie wymusza pierwszeństwo, a z tyłu pcha się tir. W takiej sytuacji pierwotna natura wyłazi ze mnie każdym milimetrem skóry i ubranie zaczyna się intensywnie kleić. Skutek wyprawy: gruntownie obsikany przez kota transporterek oraz narzygane na tylnej kanapie.

Nie twierdzę, że obracam się w jakimś super hiper hajlajfowym towarzystwie, jednak moim znajomym daleko do sfer określanych mianem marginesu społecznego. I chociaż nie przejawiamy żadnych ekshibicjonistycznych ciągot,  nasze rozmowy obracają się głównie wokół zagadnień mocno naturalistycznych. Wygląda to mniej więcej tak:
Ja – Jak tam Jasiek, nocnikuje?
Koleżanka, matka dwuletniego Jaśka – Owszem, ale bez sukcesów, natomiast podwórko działa na niego moczopędnie.
Ja – Wspaniale, to jest właśnie to, do czego zmierzam w przypadku mojego psa. Ale pies ma odwrotnie, podwórko go hamuje. Może się wymienimy?

Wiek dziecka rozpoznaje się po wysokości plam na odzieży rodziców – plama na ramieniu oznacza, że dziecko jest niemowlakiem, plamy na wysokości kolan – że już chodzi. Życie mojej koleżanki podporządkowane jest tzw. „tupie”. „Tupa” jest sygnalizowana o dowolnej porze dnia i nocy i niekiedy znajduje się w zupełnie nieoczekiwanym, aczkolwiek poddającym się dedukcji miejscu, na przykład – z braku podwórka – wśród stojących na podłodze doniczek z domową roślinnością. „Tupa” bywa też znajdowana w małżeńskim łożu koleżanki, co implikuje nagłą wymianę pościeli, powiedzmy o trzeciej w nocy, a także fatalnie wpływa na tzw. pożycie. Rotawirus to jednak straszna choroba, szczególnie zawzięta na różnego rodzaju tkaniny. Nawet kiedy nie ma rotawirusa, tupa zajmuje poczesne miejsce w życiu osób posiadających dzieci i nie tylko dzieci. Ilekroć zadzwoni do mnie do pracy syn, relacjonując spacer z psem, zadaję nieodmiennie pytanie „Kupa była?”. Tę samą mantrę powtarza kolega z biurka za mną, ojciec trzylatka, kiedy dzwoni do niego żona, relacjonując dzień spędzony z dzieckiem. To samo pytanie zadaje do słuchawki mama Jaśka. Od kupy nie ma ucieczki, rzuca się na człowieka znienacka, zmuszając do zerwania się w środku nocy i półprzytomnego przelecenia ścierą trasy przejścia obiektu z nieokiełznanym przewodem pokarmowym.

Weźmy przeciętny wieczór przeciętnej rodziny, na przykład mojej. Syn sygnalizuje, że rusza mu się mleczny ząb. Zalecam pozbycie się wszelkich karkołomnych pomysłów dotyczących zęba i wysyłam dziecko do wanny. Kiedy wchodzę podać ręcznik, ząb już jest po ekstrakcji i leży na brzegu wanny, a mój syn Nosferatu siedzi na podłodze, umazany krwią i mówi, że mu trochę słabo. Daję chusteczkę higieniczną i każę zagryzać, po czym zmywam krew z wanny i podłogi. W międzyczasie pies, który ukradkiem nażarł się Danio, dostaje sraczki na dywaniku w sypialni. Doprowadziwszy syna do porządku, zabieram się za pranie dywanika oraz tylnej części psa. Po czym myję łazienkę. W chwili gdy wieszam uprany dywanik na balkonie, zastanawiając się, czy są w sprzedaży detalicznej klamerki, które umożliwiają zrobienie tego samego z psem, mąż donosi z przedpokoju, że kot zwymiotował.
Zamykam psa w łazience, ale w drodze na miejsce wymiotu dobiega mnie wołanie syna, że teraz mu krew leci także z nosa. Zbaczam z drogi, żeby wyjąć z lodówki kostki lodu i każę dziecku trzymać u nasady nosa, zawinięte w ścierkę. Mąż sprząta po kocie, a ja wracam do łazienki, zupełnie niepotrzebnie, bo gdybym w porę uciekła z domu i została misjonarką w Trzecim Świecie, nie dowiedziałabym się, że psie kłopoty jeszcze się nie skończyły i muszę znów umyć łazienkę oraz psa. Zmieniam dziecku zakrwawioną pościel, czyszczę kocią kuwetę – kot też ma swoje potrzeby, chociaż jedynie w sporadycznych przypadkach organizuje ich ekspozycje w przedpokoju, po czym czuję specyficzną woń, która każe mi domniemywać, że pies wyczerpany harcami swoich jelit, postanowił zaznać ukojenia w łóżku w sypialni, które nieopatrznie pościeliłam pół godziny wcześniej, kiedy jeszcze byłam młoda i głupia i myślałam, że poleżę w wannie, zrobię piling, a potem od razu wskoczę do łóżka. Tymczasem „tupa” została sfinalizowana na kołdrze, co trochę modyfikuje moje plany.
Pies, ucieszony tak szczęśliwym przeczyszczeniem żołądka, nabiera energii, za którą ja musiałabym zapłacić fortunę na wczasach odnowy biologicznej i w te pędy leci rozgrzebać ziemię w doniczce z fikusem,  jednocześnie kot zauważył jakąś muchę idiotkę, która zamiast latać sobie przed blokiem, koło kwiatków i krzaczków, zapędziła się na ósme piętro, a teraz pewnie pluje sobie w brodę, bo nie sądzę, żeby dobrowolnie zgłosiła się na mistrzostwa świata w skoku wzwyż. Dziecko też się lepiej poczuło i mówi, że coś by zjadło, a niestety nie mogę mu zaproponować muchy na dziko, która byłaby o tyle szczęśliwym rozwiązaniem, że niewymagającym specjalnych zabiegów kulinarnych.

Więc kiedy spotykam się z ludźmi, logiczne, że tematy z cyklu „shit happens” dominują większość towarzyskich rozmów. Kupa dwulatka wydobyta metodą odkrywkową z łóżka, kupa huskiego koleżanki hodowczyni, odnaleziona niespodziewanie w kuchni, nieudane szkolenie psa, który nażarł się trawy i kiedy wszystkie psy wykonywały komendy, on rzygał – to kamienie milowe w życiu kobiet, które nieopatrznie zdecydowały się na powiększenie rodziny ssakiem dowolnego gatunku. Może mniej wzniosłe niż najnowsza powieść Rushdiego i mniej atrakcyjne niż premiera nowych perfum Mulgera, ale za to znacznie bardziej namacalne i wymagające zaangażowania wszelkich dostępnych człowiekowi zmysłów.