Czy to tylko ja, czy wy też zawieracie (jednostronne) umowy z Panem Bogiem? Pertraktacje wyglądają zawsze tak samo: początkowe warunki dotrzymania umowy drastycznie kurczą się wraz z odsuwaniem się opresji w przeszłość. Potem boję się, że przecież w końcu nadejdzie dzień, że przyjdzie się rozliczyć. Pan Bóg wyciągnie wtedy moje kartoteki i zobaczę czarno na białym:

1. Pamiętasz jak po imprezie, na której wypaliłaś chyba ze trzy paczki papierosów, stwierdziłaś u siebie straszną chorobę? I co obiecałaś? „Panie Boże, spraw, żeby to nie było to, a na pewno tym razem rzucę palenie.” Po trzech tygodniach wielkiego szumu stwierdziłaś, że może tak całkiem rzucać to nie, ale ograniczysz do pięciu dziennie. Po miesiącu, kiedy zapomniałaś już o bólu gardła, pomyślałaś – „Eeee, tak tylko mi się powiedziało, Pan Bóg na pewno nie słyszał”.

2. Kiedy przez siedem miesięcy szukałaś bezskutecznie pracy, twój mąż w międzyczasie stracił swoją, przeładowaliście limity na wszystkich kartach kredytowych, solennie obiecałaś jadąc na kolejną rozmowę: – „Panie Boże, jeśli dostanę tę pracę, to pierwszemu napotkanemu żebrakowi dam dwadzieścia dolarów”. Prace dostałaś. W drodze do metra bezczelnie zaczęłaś się targować: – „No, dwadzieścia to nie, przecież sama nie mam pieniędzy. Dychę? Eeee, to co mnie zostanie?” – W końcu dałaś piątaka. Jasne, żebrak się ucieszył…
Ale gdzie jest moje piętnaście dolarów?

3. Przynajmniej raz do roku (w okolicach Świąt Bożego Narodzenia) obiecujesz, że w tym roku na pewno, ale to NA-PEW-NO „adoptujesz” Murzynka. Powiem ci szczerze, że mi już ten twój Murzynek kością w gardle staje. Popatrzysz na te kolorowe broszurki, pożalisz się nad Murzynkiem, pomyślisz: – „Co tam. Trzydzieści dolarów na miesiąc mogę poświęcić.”
Święta mijają, telewizja przestaje nadawać reklamy World Vision, a ty zaczynasz kombinować. „Te trzydzieści to właściwie powinnam własnemu dziecku na książeczkę wpłacać…”

***

    Jestem wierząca. Może nie zawsze ta moja wiara silna jak należy, ale jest we mnie. Tymczasem traktuję Pana Boga, jakby siedział w niebie z wielkim kijem i marchewką. Targuję się z nim jak przekupka, przebijam, blefuję. Później obrażam się jak dziecko, że za piątkę wrzuconą do puszki babiny na rogu, bank nie umorzył mi pożyczki.
A kiedy przychodzi moment, że oddałoby się ostatni grosz, żeby kupić odrobinę czasu – chociaż miesiąc, chociaż tydzień; można wyliczać zrzutkę na powodzian, honorowe krwiodawstwo, i to, że się w końcu Murzynka adoptowało, a nie dostanie się jednego, jedynego dnia, który może nas zbawić. Bo Pan Bóg nie działa na żetony. A dobroczynności nie należy mylić z czynną dobrocią. W ogóle nie należy się przesadnie własną dobrocią zachłystywać, bo to kojarzy mi się z balami dobroczynnymi u hrabianki Leckiej, gdzie pośród wyfraczonej socjety sierota z ulicy nie dostałaby nawet skrzydełka od bażanta.

Mają rację ci, którzy dobre rady wyciągają jak z zanadrza: – Świata nie zbawisz! Afryki nie wyżywisz!
Świata nie zbawisz, więc pomóż człowiekowi. Po drugiej stronie ogłoszenia w gazecie, apelu o pomoc w internecie czy w radio nie czekają statystyki – czeka chory, przerażony człowiek. Są zrozpaczeni rodzice, dla których Twoje 5 euro, 10 dolarów czy 20 złotych to nadzieja, że uda się wyleczyć ich dziecko. Jest przypomnienie, że w żadnej sytuacji nie jesteśmy zwolnieni z obowiązku bycia człowiekiem.

Bo z tego w końcu jednak przyjdzie się rozliczyć.