Biedny, biedny kwiecień-plecień. Prawie każdy miesiąc ma coś dla siebie. Grudzień – Gwiazdkę, styczeń – Nowy Rok, luty – Walentynki, marzec – Dzień Kobiet, maj – Święto Pracy, czerwiec – Dzień Dziecka i Noc Świętojańską, lipiec, sierpień – święta kościelne i państwowe, wrzesień i październik – kolejne rocznice, listopad – swoje smuteczki.
A „biedny” kwiecień co? Nic! Żadnego pewniaka, bo nawet Wielkanocą się czasem z marcem musi dzielić.

Trzeba było coś wymyślić, żeby mu choć trochę w tym smutku ulżyć. Przynajmniej na początek i koniec miesiąca. To oczywiście z przymrużeniem oka, bo prima aprilis – z łaciny pierwszy kwietnia właśnie, swą genezę ukrywa gdzieś w mroku dziejów, począwszy od bogini Demeter, szukającej swej córki Persefony, porwanej do Hadesu, którą echo wywiodło w pole, poprzez datę urodzin Judasza, a skończywszy na duchach, w które wierzono jeszcze parę wieków temu. Duchy ponoć mściły się owego dnia na ludziach lub robiły złośliwe psikusy, w zależności od humoru i nastroju. To duchy huncwoty kisiły świeżo dojone mleko bądź szkodziły ile wlezie wiejskim gospodarzom.
Z czasem ludzie poszli po rozum do głowy i postanowili odpowiedzieć pięknym za nadobne pozaziemskim istotom. Zaczęto robić psikusy także sobie nawzajem. I oczywiście nie wypadało się w tym dniu na nikogo obrazić.

Miesiąc zaczyna się wesolutko, jednak ostatnią noc kwietniową lepiej spędzić we własnych czterech ścianach. A już szczególnie, jeśli mieszka się w okolicach Gór Harzu, gdzie tradycyjnie w Noc Walpurgii zbierają się czarownice i wszelkie siły nieczyste, które przypadkowego wędrowca starają się sprowadzić na manowce. Tym bardziej, że w dawnych czasach wierzono, że małżeństwa zawarte pierwszego majowego dnia są najszczęśliwsze. Łakomym kąskiem były więc młode panienki i młodzieńcy.
Czasem przyłapywano kochanków, konsumujących swą niewinność pod osłoną ostatniej kwietniowej nocy, a jako że cudzołóstwo było surowo karane, wytłumaczeniem było opętanie przez złe moce. By owe  moce nieczyste odegnać zapalano ogniska i młodzież płci obojga tańczyła w kole, zrzucając kolejno swe szatki. Nie było to jednak wstępem do orgii, lecz postępowaniem w myśl starego przesądu, że kto o świcie umyje się w pierwszej porannej majowej rosie, będzie piękny i zdrowy przez cały rok.
Po kąpielach w rosie należało nazbierać ziół i zielonych gałązek, by symbolicznie wprowadzić wiosnę pod swój dach. To tak bardzo ogólnie o starych obrzędach i pochodzeniu Święta kawalarzy, psikusów i dowcipnisiów.

A ponieważ nasza pinezka.pl to miesięcznik z domieszką absurdu i wieloma artykułami z przymrużeniem oka, więc koniecznie musiał narodzić się w miesiącu kawalarzy.
I cóż? Nawet się nie spostrzegliśmy, jak przeminął roczek i zabłysła jedna (pierwsza) świeczka na urodzinowym torcie pinezki.
Dzięki staraniom wielu wspaniałych osób odpowiedzialnych za całokształt naszego pisma, tęgich głów komputerowych, autorów, korektorów, możemy sobie dziś poświętować, życząc wiernym i przyszłym Czytelnikom, a także całej Redakcji spotkania za rok o tej samej porze przy zdmuchiwaniu kolejnej świeczki na torcie.

Sto Lat Pinezko! ! !