Piękna Ulka była… piękna. Bardzo piękna. Oczywiście miała też wiele innych zalet, miała też wady, ale wszyscy widzieli tylko to jedno. Wysoka, zgrabna, czarnowłosa, o naturalnej, złocistej, opalonej karnacji i jasnych, bursztynowych oczach przyciągała wzrok jak magnes. Odkąd sięgała pamięcią, słyszała – najpierw: aaach, jakie piękne dziecko…, potem: jaka piękna dziewczynka…, ach, och, ach….
Tata mówił: moja śliczna córeczka, mama: moja piękna Ulka, młodsza siostra: moja piękna siostrzyczka. Ja nazywałam ją w myślach – dobra Ulka.

Poznałam ją, gdy była w VI klasie podstawówki i zachwyciłam się… jej dobrem, życzliwością, chęcią niesienia pomocy – wielkim sercem po prostu. Bo już wtedy pomagała wielu. Robiła sąsiadce zakupy: – Och, jaka z ciebie piękna dziewuszka – słyszała w podziękowaniu. Pomagała szkolnej sprzątaczce: – Tak pięknej pracowniczki jeszcze ta szkoła nie miała – słyszała od dyrektora szkoły. Potem nastały czasy Niewidzialnej Ręki i gdy jeden sąsiad nakrył ją przy wnoszeniu narąbanego drzewa do szopki zachwycił się: – Aaaa, maaamy, maaamy naszą rączkę, a cudna wyjątkowo, aaach, jaka piękna…

Po podstawówce poszła do Liceum Medycznego. Wbrew woli rodziców: – No bo przecież  – powiadali – niechby została aktorką albo choć lekarką! Z taką urodą na pigułę?! Okropne! Ale Ulka postawiła na swoim. Potem były praktyki, wszystkie podobne – zawsze pielęgniarki przyjmowały ją niechętnie i dopiero, gdy widziały, że robi wszystko z pasją, zaczynały traktować lepiej… Zaś pacjenci niezależnie od płci i wieku mówili – aaach jaka piękna siostrzyczka… taka panienka piękna, nie szkoda do takiej ciężkiej pracy?… Że też rodzice pozwolą, z taką urodą panna się tu zmarnuje… och, jak spojrzę na panny cudną buzię to od razu mi lepiej… A jeden chłopczyk powiedział – mamo, tak na pewno wyglądają anioły.
A Ulka? Cóż, uśmiechała się tylko i skrywała piękne oczy za długachnymi rzęsami, cały czas zażenowana tymi zachwytami. Poznała fajnego chłopaka, jednak po tym, gdy zrobił jej awanturę pod tytułem „masz więcej czasu dla głupich staruchów, leżących pijaków i szpitalnych śmierdziuchów, niż dla mnie” – mimo, że zakochana bardzo – odeszła od niego.

Po szkole poszła do pracy w pogotowiu. Powiedziała: – Byłam tam kiedyś z siostrą,  jak sobie rękę rozcięła i widziałam – tam są różne przypadki – ludzie zestresowani, zagubieni, potrzebujący opieki, pomocy ale też i dobrego słowa, uśmiechu .
I tak samo jak na praktykach – na początku przyjęto ją nieufnie, wkrótce jednak stała się jedną z najbardziej cenionych i zapracowanych siostrzyczek. Uwagi pacjentów również się nie zmieniły. Gryzła się tym, bo już wtedy wiedziałam… Widziałam, jaka jest szczęśliwa, gdy do niej mówiłam: – Ulka, jakaś Ty dobra i kochana. Widziałam, jak gaśnie, gdy ktoś znowu zachwyca się jej ciałem. Nieraz dziwiła się: – Przecież ciało to mało, uroda minie, starość oszpeci. Ważne to, co w środku, w człowieku – tam właśnie piękno prawdziwe, jedyne i cenne być może. Chociaż… jeśli spojrzenie na mnie przynosi tym ludziom ulgę, to też oczywiście wspaniale. Tylko wiesz… czasem… czasem wkurza mnie słowo „piękna”… Dziwiłam się – Ulka z wszystkich otaczających mnie osób miała najwięcej niekłamanej, bezinteresownej dobroci i życzliwości dla ludzi. Czyż inni tego nie widzą? Owszem, jej piękno i mnie oczarowało, jednak to sercem wielkim rzuciła na mnie prawdziwy urok.

Jej rodzice, zawiedzeni zawodowymi wyborami córki, marzyli teraz o jednym. Dobry mąż. I poznała takiego – dobry, przystojny, niebiedny Darek wielbił ją ponad wszystko. Po ślubie, gdy urodziła Marysię, zmieniła plany: – Będę miała duuuuużo dzieci, i jeszcze z domu dziecka wezmę, i będzie wspaniale. Wszak moi pacjenci i tak we mnie tylko ładną buzię widzą, a takich naokoło niemało. Darkowi jednak nie bardzo jej decyzja do gustu przypadła – przeciw adopcji zaprotestował zdecydowanie! Gdy tego dnia do nich wpadłam, radził mi się – jak jej powiedzieć, że więcej dzieci, niż dwoje on nie chce mieć – bo to i życia nie można używać, i jeszcze mu zbrzydnie małżonka od porodów i roboty… Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo najpierw zdrętwiałam przerażona – myśląc – cholera, nie jest dobrze – a potem weszła Ulka z herbatą. Zaraz też zauważyła, że coś nie tak, więc Darek postanowił wziąć byka za rogi i nie wspominając o używaniu życia (pewnie z obawy, że jego altruistyczna połowica opieprzy go za egoizm) powiedział tylko, że dwójka dzieci im starczy, bo więcej dzieci może źle na nią wpłynąć a on zawsze, zawsze odkąd pamięta, marzył, żeby mieć taką żonę… Ula zdziwiona, nie rozumiejąca spytała: – Źle wpłynąć? Nie rozumiem… ale zaraz, zaraz, JAKĄ żonę??!! Więc Darek – też zdumiony jej pytaniem – odrzekł: – … No jak to jaką? PIĘKNĄ! Przecież to w tobie najcenniejsze.

Ula skamieniała. Patrzyła na niego wielkimi, nieruchomymi oczyma zranionej łani. Po kilku minutach dotarło do mnie, że potrzebna tu jestem jak dziura w moście – pożegnałam się i wyszłam. Potem kontakt się urwał. Nie dzwoniła. Gdy ja, albo ktoś inny dzwonił, to przeważnie jej nie było.
W końcu spotkałam jej siostrę. Alina mnie oświeciła: – Ooooch, Uuuula? Wyobraź sobie, w końcu zmądrzała. Przedtem ciągle aby tylko ze swoim dzieciakiem siedziała, i albo gadała o powrocie do pracy, albo – jeszcze głupiej – że wielodzietną rodzinę założy i jeszcze cudze bachory weźmie! A teeeraz… Kochaaana, przejęła od mamy firmę i ty pojęcia nie masz, jak jej to idzie! Firmę rozwinęła, forsy natrzaskała, chałupę postawiła jak się patrzy! I nareszcie zaczęła dbać o siebie! Ubierać się modnie! Malować! No mówię ci, nie poznasz jej teraz…

Taaak, już czułam, że nie poznam… I wcale nie dlatego, że przedtem się nie malowała – aj, jaki był hałas przed ślubem – w końcu uległa i pomalowała sobie rzęsy i usta. I nie dlatego, że ubierała się niemodnie – no, ściśle mówiąc, w ogóle nie zwracała uwagi na to co ma na sobie, byle by schludne było…
Przyjechała do mnie pięknym samochodem…. Taaak, to już była inna Ulka – nie uśmiechnięta jak zazwyczaj do całego świata… Wyciszona, skupiona… Dalej biło od niej niesamowite ciepło, ale jak spojrzałam w bursztynowe oczy… Z wierzchu niby kamienne, a pod spodem… Niobe. Po roku jednak już tego bólu nie było widać, raczej jakąś straszną, krwiożerczą drapieżność…

Kilkanaście lat ciszy… Dopiero w tamtym roku… Jechałam na cmentarz i gdy autobus przystanął na chwilkę, zauważyłam tego człowieka. Leżał bez ruchu na chodniku – dość elegancko ubrany, wokół rozsypane kwiaty, znicze… Przerażona chciałam prosić o otwarcie drzwi, ale spojrzałam… do leżącego zbliżała się Ona. Odetchnęłam z ulgą. Pamiętałam oczywiście, że kilka razy oberwała, pomagając leżącemu pijakowi, a raz od jakiejś zazdrosnej kobiety, która zamiast się ucieszyć, że pomogła jej mężowi (dostał wylewu na ulicy), zrobiła jej awanturę, posądzając o erotyczne zapędy – ale nigdy się tym nie przejmowała. Teraz podeszła do tego człowieka, spojrzała i… dała krok przez niego. Zdrętwiałam. Autobus ruszył powoli, ale jeszcze ją widziałam… szła powoli, delikatnie kołysząc biodrami i spokojnie patrząc przed siebie… w dal… Nadal piękna. Bardzo piękna. Spokojna. Niewzruszona jak skała. Zimniejsza od lodu. Taki obraz mam teraz pod powiekami, gdy o niej pomyślę… czasem… piękna Ulka…