ilustr. Joanna Titeux

W życiu większości ludzi przychodzi taki czas, kiedy trzeba uświadomić sobie, że już nic nie będzie takie, jak wcześniej, że my nie będziemy tacy, jak do tej pory, że oto nadeszła chwila, kiedy trzeba przewartościować wszystkie swoje priorytety i zacząć życie od nowa, jako ktoś zupełnie inny.

Nie oglądając się za siebie, porzucamy dom, dzieci, męża, inwentarz zwierzęcy, stos kolorowych czasopism z nowiutkimi sesjami mody oraz pasjonującą książkę o operacji Overlord i wstępujemy na wyboistą i krętą ścieżkę naszego nowego życia. Zapominamy o wszystkich ważnych dla nas do tej pory osobach, takich jak najbliższa rodzina, Leszek Kołakowski, Kazimiera Szczuka a nawet ksiądz Rydzyk, gdyż od tej pory najważniejszym człowiekiem w naszym życiu będzie Pan Jacek.
Pan Jacek zazwyczaj jest mężczyzną słusznego wieku i słusznej postury, obdarzonym silnym, nie znoszącym sprzeciwu głosem i tendencją do wygłaszania bardzo autorytatywnych opinii. Jego głos i jego opinie będą odtąd najważniejszymi wyznacznikami naszego życia, brzmiąc nam w uszach w dzień i w nocy, a naszym najważniejszym zadaniem stanie się postępować tak, żeby Pan Jacek na nas nie krzyczał.

Kiedy po raz pierwszy wsiadam do samochodu z dużą literą L na dachu,  jestem jeszcze w zasadzie pozbawiona większych kompleksów, przekonana, że jakoś sobie daję radę w życiu, może nawet dysponuję cechą o nazwie „pewność siebie”. Początkowo nawet czuję dreszczyk przyjemnej emocji na myśl, że oto podejmuję działania umożliwiające mi wkroczenie z dumnie podniesionym czołem do ekskluzywnego klubu ludzi potrafiących obsługiwać pojazd silnikowy. Bardzo szybko jednak zdaję sobie sprawę z tego, że żyłam w ułudzie. Gdyż Pan Jacek zdaje się być całkowicie przekonany, że o wartości człowieka decyduje umiejętność jednoczesnego śledzenia sytuacji we wszystkich trzech lusterkach, patrząc przy tym przed siebie, skręcając kierownicą, włączając kierunkowskaz i zmieniając bieg. Pozostaje przy tym głuchy na moje oratorskie wywody, że posiadam o wiele za mało oczu oraz kończyn, żeby temu wymaganiu sprostać.

Pan Jacek może traktować kursanta (kursantkę) na trzy sposoby – po ojcowsku lub po kumplowsku, lub też mieszać obie te konwencje. Bez względu na to, ile mamy lat, ile lat mają nasze dzieci i jakie stanowisko zajmujemy w naszej firmie, nie możemy liczyć na to, że Pan Jacek – zarówno w opcji kumplowskiej jak i ojcowskiej, będzie się zwracał do nas „pani” lub „pan”. Taka opcja wykluczałaby tzw. wyjście z nerw, a Pan Jacek „z nerw” wychodzi często. Sytuacja, w której jesteśmy całkowicie przekonani, że możemy spokojnie przejechać przez pasy, rozjeżdżając góra trzy osoby, a pozostałe pięć, w tym starszą panią o kulach, nakłonić do nagłego przejścia w sprint, uniemożliwia Panu Jackowi objawienie względem nas jakiejkolwiek kurtuazji. Pan Jacek woli wobec tego nawoływać nas „córcia” lub „synku”, a w wersji kumplowskiej nadać nam nowe imię własne i nie dziwmy się, jeśli będzie brzmiało „Zuzia”.

Między mną i Panem Jackiem wytwarza się więź właściwie intymna. To on jest świadkiem moich wzlotów i upadków, on widzi moją euforię, kiedy po raz pierwszy uda mi się bezbłędnie wjechać w łuk, mało wjechać!, wyjechać także, jest przy mnie, kiedy z głową na kierownicy łkam wniebogłosy „pierd… samochód!”,  tłumaczy, kiedy występuję z pretensją „no bo on mi tak nagle skoczył”, a kto mógł przypuszczać, że jeśli się puści sprzęgło, zostawiając bieg, to się coś takiego zdarzyć może. Dzięki Panu Jackowi nagle uświadamiam sobie, że ulice wprost usiane są mnóstwem informacji o  zakazach, nakazach i ostrzeżeniach, a nie, jak dotąd przypuszczałam, jedynie o ciekawych wyprzedażach w Arkadii. Mało tego – uświadamiam sobie również, że po jezdniach jeździ więcej samochodów niż tylko ja w mojej szkoleniowej Corsie. Zdecydowanie Pan Jacek staje się moim guru i szybko dochodzę do wniosku, że cokolwiek usłyszę od kogokolwiek innego, nie może się równać z tym, co powie mi Pan Jacek.


Już po kilku lekcjach zauważam, że kontakt z Panem Jackiem zaczyna w decydujący sposób wpływać na moją osobowość. Bo oto po dniach lub tygodniach niepewności i upadku wiary we własne siły, zaczyna się w bólach i znoju wykuwać mój nowy charakter. Kojąca obecność Pana Jacka w zasięgu sprzęgła i hamulca powoduje, że staję się lekko zawadiacka, a niekiedy nawet niebezpiecznie szarżuję, osiągając prędkość 60 km/godz. Różnie można dzielić ludzi – na sympatycznych i niesympatycznych, na mądrych i głupich, na feministów i antyfeministów, nagle jednak okazuje się, że dotychczasowe podziały są zupełnie nieistotne, a odwieczna zagadka ludzkiej natury sprowadza się do tego, czy ktoś umie prowadzić samochód czy też nie. A na samym szczycie hierarchii gatunku stoi oczywiście Pan Jacek.

Kiedy wracam do domu po dwóch godzinach spędzonych w samochodzie, Pan Jacek nadal jest intensywnie obecny w moim życiu. Wystarczy, że podkradnę się cichaczem do jakiejś ciekawej gazety, już w czasie czytania nagłówka, objawia się telefonicznie Pan Jacek „uczysz się teorii?”. Teoria to poważna sprawa, trzeba przeczytać czterysta sześćdziesiąt pięć pytań i przy każdym z nich zgadnąć, jakimi tajemniczymi motywami kierował się autor, decydując, która odpowiedź jest prawidłowa. Znak zakazu skrętu w lewo szybko okazuje się nie takim sobie zwykłym znakiem zakazu skrętu w lewo, ponieważ autor docieka, czy widząc taki podejrzany znak możemy pojechać prosto. A czy możemy skręcić w prawo? A zawrócić możemy? A czy na najbliższym skrzyżowaniu możemy skręcić w lewo? Nieeee? A na następnym? A na wszystkich skrzyżowaniach na tej drodze? A zaparkować można? A wysadzić psa na siusiu? A jak ty się właściwie nazywasz, szanowna kursantko? A, już nie pamiętasz, o, jaka szkoda!

Kiedy teorię mam wykutą na blachę, kosztem wieczorów wypełnionych ogłupiającym czytaniem w kółko tego samego oraz  żołnierzy połączonych armii alianckich wysadzonych właśnie na plażach Normandii i pozostawionych samym sobie, nadchodzi czas, kiedy z Panem Jackiem jedziemy się zapisać na egzamin. Ośrodek szkoleniowy sprawia wrażenie przedsionka piekła. Ściskając w ręku dokumenty wraz z zupełnie nietwarzowym zdjęciem, staję się świadkiem dramatycznych scen. Nastolatki wyciągają z portfeli pobladłych rodziców ostatnie pieniądze, kobiety łkają wsparte na męskim ramieniu, mężczyźni odpalają papierosa od papierosa, jakiś egzaminator stoi na środku placu manewrowego i wrzeszczy, Sodoma i Gomora, a ja, na własne życzenie, za moje własne pieniądze, wezmę udział w tym szaleństwie.
Wzięcie udziału w szaleństwie okazuje się jednak wcale nie takie bardzo stresujące. Tak naprawdę to nie mam pojęcia, jak zdałam, ponieważ w tym miejscu mam w pamięci czarną dziurę, która zaczyna się w momencie wjazdu w łuk, a kończy na werdykcie egzaminatora, że uzyskałam wynik pozytywny. Wierzę mu, że wie, co mówi.
Po zdanym egzaminie decyduję się jeszcze na kilka dodatkowych jazd u Pana Jacka. On zaś stawia sprawę jasno i zrozumiale – Zuzia, no to jakie centrum handlowe chcesz mieć najlepiej rozpoznane? Chwali mnie, kiedy wybieram Galerię Mokotów – podjazdy są strome, miejsca parkingowe ciasne, jeśli sobie tam poradzę to znaczy, że jest dobrze.
Nie jestem jeszcze czynnym kierowcą, nie siedziałam jeszcze w samochodzie całkiem sama, zdana na własne siły. Pozostaje mieć nadzieję, że w decydującym momencie Pan Jacek, niczym Obi Wan Kenobi objawi się w moich myślach i powie „uwierz w Moc, Zuzia”.