ilustr.ydorius/pinezka.pl

Pierwszy raz mogło się to przydarzyć w 1985 albo 1986 roku. Ale wtedy oczywiście nie zwróciłam na to uwagi. Nie dał mi żadnych szans. W kolorowej telewizji szły czarnobiałe filmy, szarzy ludzie odczytywali kłamliwe wiadomości. Choć wiosna zieleniła się jak zwykle, a Żoliborz nigdy nie był chyba tak piękny, nie było czego pamiętać. Byliśmy już starzy i nic nam się od życia nie należało.

    Może zapytałam go wtedy nawet, w tym pierwszym momencie, w tej chwili, gdy pierwsza zwapniała płytka stanęła na drodze przeskakującym elektronom, a on odpowiedział „nie pamiętam”? Ale po co było cokolwiek pamiętać. Nasza pamięć była uwięziona na sepiowych fotografiach, gdy świat nie był jeszcze kolorowy.

    Miał w głowie wojnę, choć rodzice ze wszystkich sił starali się go przed nią obronić.  Ja też ją pamiętałam, choć z dala od wielkiego miasta zupełnie inaczej to wyglądało. Tak sobie to wyobrażałam wtedy, tak sobie to wyobrażałam potem. Nie mam żadnych sepiowych zdjęć stamtąd, nie ma mnie młodej w sukienkach, nie ma jego w za dużych spodniach po bracie, więc wszystko mogło by być zielone w tej pamięci. A jednak jest szare. A potem, dużo potem, pytani przez ludzi w płowych płaszczach, mówiących naszym językiem, ale skażonym obcym akcentem, mówiliśmy zgodnie, jak on teraz. Że nic nie pamiętam, że nic nie pamięta.

    Snuje się po domu. Po trzy razy muszę wszystko opowiadać, prosić. Przynosi herbatę, ale stawia za daleko. Donosi cukier, ale odnosi herbatę. Mylą mu się imiona, nazwiska, miejsca. Czasem kładzie się przy mnie i wygląda wtedy jak wielki pomarszczony embrion. Czasem zasypia, bo zapomniał już, że zwykle sypiał gdzie indziej. W pokoju dziecięcym dla nieistniejącego dziecka.

ilustr. ydorius/pinezka.pl
 

    Umierał w każdej chwili, a ja chciałam mu przynajmniej umożliwić spoczęcie na poduszkach. Całe życie to jedno wielkie chwytanie skrawków powietrza w dusznych urzędach, odcinków mięsa rzucanych znienacka i bez żadnego planu do osiedlowego sklepu. To szarpanie, to znoszenie idiotów. Dyktatura ciemniaków? Oczywiście, że tak. I to niepamiętanie, które weszło nam w obieg krwi, a u niego jeszcze dalej nawet, do głowy. Za dużo aluminium. Podobno.

    Więc cóż było pamiętać z dzienników telewizyjnych i wyprowadzań sztandarów. Nielicznych amerykańskich filmów i wielu zgoła innej produkcji (bo Ameryka tak daleko, a kraj “innej produkcji” – bliżej). Po co było opowiadać o kolejkach, o zdobywaniu i traceniu, o małych idiotach na górze i małych idiotach na dole, o całych piramidach ludzi złej woli i ze zniewolonymi sercami? Pytałam o czym było, a on odpowiadał „nie pamiętam”. Jak miałam się zorientować, że to już inna niepamięć?

    Profilaktyka. Profilaktyka, droga pani, sprawiłaby, że nie byłaby pani dziś ciałem na czterech niewielkich skrzypiących kółkach. To ona wybawiłaby panią od zgryzot. Być może za którymś razem, idąc do domu, skręciłaby pani zużytą nogę w zużytej kostce i coś zaszwankowałoby we wszechświecie. Tak powinno być, to naturalne. Nie wiem, ile jeszcze, może zresztą nie teraz. Ręce za słabe na pani ciało. Sugerowałby mi położenie się do szpitala, ale kto o mnie będzie wtedy pamiętał, prócz respiratora. On nie. On już jest przecież gdzie indziej, choć widzi, co się dzieje. Ćwiczy. Wiem, że ćwiczy. Złości go ten powolny ruch w tył. Kroczek za kroczkiem w odmęty wiecznej niepamięci. Może tak miało być od zawsze, tylko za krótko żyliśmy?

    Czasem mnie przeprasza, jakby to była jego wina, że na drodze między dziennikiem telewizyjnym a magazynem przechowywania informacji stanęła mu zwapniała płytka. Ale potem znów pyta, czy czegoś nie potrzebuję. A ja przecież cały czas czegoś potrzebuję. Dobrze, że kobieta opuściła mnie kilkanaście lat temu, bo resztę jest w stanie zrozumieć. Ale kobiety, jak zawsze, nie.

    Więc leżę. Jeśli chcę się przewrócić na bok, muszę uciekać się do modlitwy, łokci, oparcia, światła, ciśnienia, śniadania. Jestem swoją własną protezą i swoim własnym dobrym/złym dniem. Leżę i wszystko sobie przypominam, tym bardziej sobie przypominam, im dalej on od tego ucieka, choć to nie jego przecież wina, że wraca z zamkniętymi oczami. Czasem piszę dla siebie.

    Czasem piszę dla niego. Do niego. Liter nie zapomina. Chyba są za głęboko, porządna przedwojenna maszyna do pisania wybiła mu litery twardą czcionką. Może ojciec wyżłobił mu je swoją przepiękną kaligrafią. Czyta, stara się, choć nie pamięta potem nic, choć nasze zajmujące rozmowy są od dawna suche i martwe, jak gałąź zbutwiałego drzewa. A przecież tyle… A przecież miało być do końca.

    Przypominam sobie, jak się obsługuje pralkę, piszę. Wyjąć szufladkę, nasypać proszku, nastawić na 4, sprawdzić czy 60 stopni, sprawdzić czy prąd, sprawdzić czy pół prania, sprawdzić czy delikatne tkaniny. Powciskać wszystko, potem guzik „on”. Potem poczekać. Potem otworzyć, wyjąć, rozwiesić, ale sprawdzić, czy nie ma poprzedniego, jeśli jest, to zdjąć. Ja to robię machinalnie, wszystko jednym, płynnym ruchem. Może to był błąd i trzeba było mu pozwolić… Ale tyle jeszcze tego jest… Kuchenka, bo częściowo elektryczna, więc piekarnik, nastawić, poczekać, rozgrzać tłuszcz na patelni, przygotować zawczasu wszystko… Chyba, że znów czujemy się gorzej. Mleko z solą ciężko zepsuć.

    Rachunki. Nie mogę się nawet podnieść do pionu. Coraz częściej zdarza mi się zaglądać na drugą stronę ludzkiej niewytrzymałości. Podobno tak jest przy porodzie. Podobno tak jest, mój poród skurczył się do przygotowania dziecinnego pokoju i dziecka wypływającego ze mnie w kolejce po cokolwiek. Po wszystko. Kolejce po życie.

    Nie pamięta, więc muszę mu znów opowiedzieć. Lekarstwo. Trzeba. Ty też. I ja. Tylko inne. Ty chodzisz, ja pamiętam. Razem jesteśmy człowiekiem, jak kiedyś, tylko bardziej. Wiem. Nie pamiętasz. Wystarczy, że ja pamiętam. Podaj mi proszę dwie zielone, jedna niebieską, jedną dużą białą na P, druga małą białą na W, jedną jasnoczerwoną z literką omega na sobie. Ty bierzesz wszystko z małego pudełeczka, po jednej, dobrze? Dobrze.

    Instrukcja obsługi człowieka. Podobnie jak pralki. Sprawdź czy jeszcze boli, jeśli boli to znaczy, że żyjesz. Weź swoje protezy w pastylkach, żeby tylko nie bolało za bardzo; myśl i pamiętaj, bo po tobie już nikt tego nie zrobi. Świat jest już co prawda kolorowy, ale między światem a rzeczywistością aż roi się od wapiennych płytek. Świat się porusza, ale żeby coś zrobić, potrzeba mu modlitwy, pieniędzy, ludzi, chęci i dużej ilości et caetera. Czy ja na pewno niczego nie zapomniałam? Instrukcje są: lodówka na lodówce, żelazko w pudle z żelazkiem, pralka przypięta do pralki. Instrukcja obsługi martwego, teoretycznie kobiecego, pomarszczonego ciała, po brzegi wypełnionego pamięcią też już jest na swoim miejscu. Mam tylko nadzieję, że…

Ilustracje: ydorius/pinezka.pl