Francja powiedziała „non”. Holandia powiedziała „nee”. Co robić? Rozsądek by podpowiadał, że jeżeli odrzucony został projekt konstytucji europejskiej, to projekt ten należy poprawić. Nic bardziej błędnego. Odpowiedź brzmiała niewątpliwie „nie” – ale na jakie pytanie? Konstytucję prawdopodobnie mało kto czytał, nie o jej tekst tu chodzi. Jedni chcieli przyłożyć Chirakowi, przymierzając się do zbliżających się wyborów. Innym bało Europy za dużo. Jeszcze innym za mało. Holendrzy głosujący na „nie” obawiali się, że Europa ich zmusi do zniesienia liberalnego ustawodawstwa w sprawie eutanazji, partnerstwa homoseksualistów, narkotyków. Polacy głosujący na „nie” (gdyby ich ktoś zdążył zapytać) obawialiby się, że Europa ich zmusi do przyjęcia takiego ustawodawstwa.

Poza tym „nie” w starej Europie było odpowiedzią na niezadane przedtem pytanie o aktualne rozszerzenie i na pytanie o przyszłe rozszerzenia, które ze wzgędów bezpieczeństwa pewnie nie zostanie zadane. Było sygnałem na zwolnienie tempa, podobnie jak w filmie Dwunastu gniewnych ludzi wszyscy orzekają „winny”, by pójść na kolację, jeden Henry Fonda mówi „niewinny” – tylko po to, by się nad sprawą porządnie zastanowić. Bo również pytania podstawowe, zwłaszcza jaki jest cel całego eksperymentu, pozostają bez odpowiedzi. Podobnie, jak Alicja w Krainie Czarów, wiemy, że gdy będziemy iść odpowiednio długo, na pewno gdziś dojdziemy, tylko jeżeli kierunek będzie przypadkowy, osiągnięty cel może nas zaskoczyć. Konkretnie chodzi o to, do jakiego stopnia interesuje nas unia polityczna. Nie widzę przeszkód w wolnym handlu z Turcją, ale czy chcę być z Turkami w jednym państwie? To trochę hipokryzja, bo już z nimi jestem, ale na razie nie z tyloma. Z perspektywą Turcji jako najliczniejszego narodu Unii jest mi nieswojo.

W całej procedurze referendum zaskakujące jest, że eurospecjaliści, wysoce wykwalifikowani i niewątpliwie o wiele lepiej zarabiający ode mnie, nie przewidzieli w ogóle planu B. Jak można było założyć, że „tak” powie 25 krajów? Prawdopodobnie myślano, że konstytucję może odrzucić kilka „małych” krajów, którym się delikatnie zasugeruje powtarzanie głosowania, aż wymęczone zaakceptują, rozumując, że inaczej i tak nie będzie, więc zgodzić się trzeba – podobnie jak uczynny kolega proponuje wybór „co wolisz – mniejsze jabłko, czy nic”. Dlatego nie pomyślano o załatwieniu sprawy w jednym dniu.
Czy gdy znane są wyniki z Paryża, głosowanie w Marsylii można przerwać? Przecież nie. Ale formalnie przypominało to strzelanie karnych, gdzie po obronieniu kilku przez tańczącego Dudka, ostatnich już się nie strzela. Dudek z kolegami rzucili się w objęcia, mistrzem został Liverpool, ale co ma być z Europą? Nie chcę precyzować, gdzie znaleźli swe ręce eurokraci po przebudzeniu.

Referenda to śliski temat. Jeżeli nie ma fałszerstw, jedyne, co pewne, to parę liczb. Ale co one znaczą? Co oznacza frekwencja, co „tak”, co „nie”?
W 1991 roku Gorbaczow zadał pytanie swoim współobywatelom, czy uważają za konieczne zachowanie ZSRR jako odnowionej federacji suwerennych republik. „Tak” głosowało 76,4% przy frekwencji 80%, Niektóre regiony zbojkotowały je, w tym Litwa, nie uważająca się już za część Związku. W tekście zawarte są dwa pytania. Interpretacja „tak” jest prosta – i zachowanie i odnowa. Ale „nie”? Może to oznaczać nie dla zachowania Związku – więc jego rozpad, lub nie dla odnowy, więc jego zacieśnienie według starych wzorów.

Ostatnio Szwajcaria zaakceptowała przyłączenie się do traktatów w Schengen i Dublinie. Na jesień planowane jest głosowanie na temat rozszerzenia swobody ruchu osób na kraje „nowej Unii”. Mówi się, że po pierwszym „tak” drugie „nie” nie ma sensu, nie wiadomo, co z tym zrobić. Poza tym Unia może się zrobić nieprzyjemna.
Demokracja bezpośrednia, to piękna rzecz (choć już kiedyś pozwoliła na wygnanie z Aten Temistoklesa), a jej ukoronowaniem są referenda na konkretne tematy, ale jeżeli nie wiemy, co zrobić z ich wynikami, to po co pytać?