(przysłowie teksańskie)
ilustr. Anna Fudyma

Wszyscy moi krewni i znajomi wiedzą, co chcę znaleźć pod choinką. Gadżety kuchenne, egzotyczne przyprawy i książki kucharskie niezmiennie wywołują szczere zachwyty i wylewne podziękowania. W tym roku Św. Mikołaj przeszedł samego siebie, podarowując mi bilety na lekcje gotowania sosów u samego Jean Jacquesa T., wschodzącej gwiazdy kulinarnej. Sama chciałam sobie kupić taki bilet, ale kiedy zadzwoniłam do Instytutu Sztuk Kulinarnych, recepcjonistka oznajmiła głosem sekretarza Watykanu objaśniającego, że z papieżem należy się umawiać na audiencję, że wszystkie bilety zostały sprzedane trzy miesiące temu.

Instytut Sztuk Kulinarnych nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia, a kuchnia, w której miałam poznać tajniki przygotowania sosów demi-glace, nie różniła się niczym od setek innych kuchni, w których przyszło mi gotować. Zajęłam miejsce przy stole z drewnianym blatem i zaczęłam przyglądać się współuczestnikom. Jak zwykle przy takich okazjach, przyszło kilka par japiszonów, wśród nich także moich kolegów po fachu, szukających w lekcjach gotowania ucieczki od codzienności, która w naszym przypadku nie jest pełna kolorów, smaków i woni. Jestem jednak daleka od stwierdzenia, że praca adwokata jest zupełnie bezzapachowa.
Obok zachwyconych japiszonów przy stole siedziały dwie naburmuszone kobiety, które, jak się potem okazało, dostały karnet na lekcje gotowania od swoich dopiero co poślubionych mężów. Po ich minach łatwo było poznać, że wolałyby znaleźć się wszędzie, byle nie tutaj, i że bon towarowy do Sephory sprawiłby im większą przyjemność.

Właściwie wszyscy uczestnicy zajęć przyszli w parach. Wszyscy poza mną i ogromnym facetem z tatuażami na ramionach, długą brodą i fryzurką „pod garnek”, która sprawiała, że wyglądał jak skrzyżowanie Pana Zagłoby z Fidelem Castro.
„Jestem Big Bob” przedstawił się. „Gotujesz zawodowo czy dla przyjemności?” zapytał z teksańskim akcentem, który brzmiał szczególnie mocno, kiedy Big Bob powiedział for fun na końcu zdania. Wymawiane po teksańsku miało cztery, a nie dwie sylaby. „Dla przyjemności” odparłam i zaraz dodałam, bo umierałam z ciekawości, co ktoś taki może robić na lekcjach gotowania francuskich sosów, „a ty?”.

„Ja w sumie to byłem dostawcą ekologicznym” odparł Bob wyraźnie mając kłopot z długim słowem. „Nawozy od Willa tylko najlepsze – na pewno znasz, prowadziłem wozy dostawcze”. Przytaknęłam entuzjastycznie.
„Przed świętami pracowałem jak wół, a ten deadbeat nie zapłacił mi za nadgodziny! Więc mu rozwaliłem koparę”.
Kiedy w końcu dotarła do mnie metoda argumentacji Big Boba, za późno było, żeby zapanować nad wyrazem twarzy. Doszłam do wniosku, że lepiej nie informować Boba o tym, że Teksańska Komisja Pracy ukarałaby pracodawcę – deadbeata, każąc nie tylko płacić zaległe pobory, ale i karę im równoważną. Widząc moją minę Big Bob zwiesił głowę, „wiem, kucnąłem w ostrogach”. Bob użył teksańskiego powiedzonka, które nader plastycznie określa rezultaty nieprzemyślanych decyzji. „No i facet nie tylko mi nie zapłacił i wywalił z roboty, ale jestem spalony na rynku”.
Popatrzyłam na ogromne, silne dłonie Big Boba i przez moment zrobiło mi się żal szefa, nomen omen gnojka, pomimo że sama nie lubię deadbeatów. „Wiem, lepiej by było donieść na niego do Komisji” Bob dłubał w dziurze w stole „ale ja mam kłopoty z nerwami”.
Biorąc pod uwagę zarówno specyficzne tatuaże na ramieniu, jak i stan uzębienia Big Boba, nie miałam wątpliwości co do prawdziwości tego stwierdzenia. „Teraz pracuję w kuchni u brata, on ma małą knajpkę barbecue na szosie do Austin”. „To od brata masz bilety na dzisiaj?” – zapytałam. „Nie” Big Bob podniósł głowę. „Bilety dostałem od mojego dzięcioła”.

Nie miałam czasu dopytać się jakim to zbożnym zajęciem parają się „dzięcioły”, bo do kuchni wszedł sam Jean Jaques T. Podzielił nas na grupki dwu- i trzyosobowe przydzielając każdemu japiszonowi po „desperate housewife”, a mnie Big Boba. Ponieważ kurs był dla początkujących, Jean Jacques zaczął od pokazywania, jak prawidłowo kroić łodygi selera i marchew do mira poix. Big Bob zajął się krojeniem warzyw, świetnie posługiwał się nożem. Ja stałam przy kuchence i dusiłam warzywa na maśle, czekając aż będą gotowe do deglazurowania.

ilustr. Anna Fudyma

   Jean Jaques chodził od kuchenki do kuchenki, coś tam tłumacząc każdej grupce, nas ta przyjemność ominęła. Big Bob wsadził czubek noża w redukujący się sos i oblizał. „Bez smaku, kurcze, jest” skomentował. No cóż, miał rację, dostarczone nam składniki na mira poix były, jakby powiedział Bułhakow, drugiej kategorii świeżości.
„Może dodać tabasco?” Big Bob teraz drapał się nożem po głowie. „Tabasco nie, bo ma ocet, ale przydałaby się nam jakaś pieczona papryczka” zastanawiałam się na głos. „Widziałam całą półkę przy wejściu, jak myślisz, można wziąć?”
„Jak nie zamknięte na kłódkę, to można brać” odparł Big Bob, a ja postanowiłam nie kwestionować tego nowatorskiego podejścia do prawa własności, zalać papryczkę wrzątkiem, wypłukać z pestek i dorzucić na patelnię. Wśród selera i cebuli wyglądała jak samotne sombrero wśród czapek leninówek.
Sos napełnił nasze nozdrza zapachem babiego lata. Tak zainspirowani, dodaliśmy jeszcze kilka innych składników mole, także niezamkniętych na kłódkę. Po odcedzeniu całe pomieszczenie pachniało jak knajpa w Guajace. Jean Jacques tym razem podszedł do naszego stanowiska. „Jak się nazywa to demi-glace?” zapytał. „To demi-monde” odparłam, zauważając mały uśmiech rysujący się pod wąsami Jean Jacquesa. „Fusion cuisine” Jean Jacques oblizał łyżeczkę „nowatorskie, pyszne, gratuluję”.

Pod koniec zajęć Jean Jacques zaproponował pracę w swojej nowej restauracji Big Bobowi. Postanowiłam nie uprzedzać Jean Jacques’a, żeby skrupulatnie obliczał nadgodziny i zawsze płacił Big Bobowi na czas. Wiedząc, jak Big Bob traktuje deadbeatów, nie chcę nawet myśleć jaki los spotkałby kapusia.

*****

Cała ta historia dawno poszłaby już w zapomnienie, gdyby nie wywiad z Jean Jacques’em w lokalnej telewizji. Jean Jacques otworzył kolejną restaurację i w wywiadzie przyznał się, że podstawy sztuki kulinarnej zdobył we francuskim systemie penitencjarnym, do którego trafił jako młodociany przestępca. „Gdyby nie mój talent kulinarny, nigdy nie wyszedłbym z getta, w którym się wychowałem, dlatego też moje postanowienie noworoczne to obietnica pomocy młodym ludziom, którzy są z prawem na bakier”.

Moje postanowienie noworoczne to Big Bobowe „nie kucaj w ostrogach”, bo jak się łatwo przekonać, od pochopnych decyzji tylko tyłek boli.

Ilustracje: Anna Fudyma/ pinezka.pl