Widmo krąży po Polsce – widmo Renaty Beger. Prawdopodobnie jest też traktowana jak widmo – nikt przy zdrowych zmysłach nie odpowie jej na pytanie o godzinę nie zrywając przedtem tapet w gabinecie jak Gene Hackman w końcowej scenie Rozmowy Coppoli.

Mamy taśmy prawdy. Prawdą jest, że Lipiński powiedział to-a-to. Prawdą jest, że powiedziała to-a-to Beger, wiedząc że skierowane są na nią kamery, że ma okazję wpuścić Lipińskiego w maliny, a sama zaprezentować się jako ratowniczka parlamentarnych dobrych obyczajów, w białych barwach niewinności. Lecz czym jest prawda? Już sama selekcja informacji wprowadza fałsz. Niedługo wcześniej spotkali się pokątnie panowie Tusk i Lepper. Fakt jest. Taśm nie ma. A fakt działa jedynie na korę mózgową, taśmy za to na układ limbiczny, na emocje.

Spróbujmy wyobrazić sobie, co się tam działo. Możemy założyć taki dialog:
T: Nie zapominamy, panie (były) premierze, o potrzebach rolnictwa, tym niemniej zdrowy pieniądz i zrównoważony budżet to imponderabilia.
L: Ależ oczywiście, panie (niedoszły) prezydencie, salus rei publicae suprema lex.
T: Racja, racja, panie bracie, pacta sunt servanda.
L: A pecunia non olet!
(Wznoszą puchary i intonują Święta miłości kochanej ojczyzny…)

Czy tak było? Wszystko to być może… A może jednak targi, stołki za poparcie rozwiązania sejmu, poufałe poklepywanie po ramieniu, aluzje, niedomówienia i kurwiki w oczach, by użyć zwrotu naszej nowej Joanny d’Arc. Bo jaka arka, taka Joanna. I nawet szaty białe jak lilie burbońskie nie zasłonią nędzy sytuacji, jednej i drugiej. Bo z czego się tu śmiać – z siebie?

Ale wracajmy do naszych baranów(1). Co można zrobić w sytuacji, jaka jest, nie ograniczając się przy tym do marudzenia? Konkretnie, z kim sympatyzować, na kogo głosować, gdyby jednak przyszło co do czego?
– PiS – czegóż oni nie zrobią dla utrzymania władzy
– SLD – rodowód nie do przyjęcia
– Samoobrona – słoma we włoskich butach
– LPR – patriotyzm tak, ale nie taki!
Co zostaje? Można wyciągnąć więc wniosek, że jeżeli PiS się skompromitował, to zostaje na placu boju PO. Nic bardziej błędnego. Nielubienie PiS-u a głosowanie na Platformę, to dwie różne sprawy.
Po pierwsze trudno głosować na kogoś, kto nie umie niczego wygrać, nie umie z porażki wyciągnąć wniosków, nie potrafi żadnej sytuacji rozegrać, nie jest zdolny do kompromisu. Dalej, to dla mnie nie w porządku, jeżeli jedyne, co partia posiadająca przymiotnik „obywatelska” w nazwie potrafi zaproponować, to przeczekanie czterech lat, aż naród zmądrzeje, ewentualnie energiczne wkładanie rządowi kija w szprychy, by kaczyzm padł, a naród prędzej uzyskał drugą szansę wybrania wiecznych liderów sondaży. A jak nie wyjdzie w parlamencie, to może na ulicy. Ale doprowadzanie do sytuacji rewolucyjnej, to nie jest mój temat.

Również teraz, gdy z zawirowania mogą się wyłonić najrozmaitsze koalicje i konfiguracje, Tusk powtarza, że pierwszym celem jest odsunięcie Kaczyńskich od władzy, a potem zobaczymy. Tak to ja mawiałem za komuny, ale nie sądzę, by obecnie zamiana Kaczora na Donalda była celem samym w sobie. Bo zacznijmy od samego odsuwania – z kim je przeprowadzić? Sejm jaki jest, każdy widzi. Niestety, na środku sceny politycznej znajdują się partie, z którymi cywilizowany człowiek paktować nie powinien, oprócz bezbarwnego PSL-u. Przed wyborami było to jasno deklarowane. Po wyborach wyszło, jak wyszło. PiS wprowadził LPR i Samoobronę na salony, co z radością wytknęła mu PO. Łatwo jej to przyszło marudząc z ław opozycji. Gdy nagle pojawiła się realna możliwość zmiany, w odstawkę poszły zasady moralne, tak błyskawicznie, jak gdyby nigdy nie były niczym więcej jak retoryką.

Jeżeli nic się nie da zrobić w obecnym sejmie, ani nic na ulicy, pozostają wybory. Przyspieszonych raczej nie będzie, bo dla języczków u wagi mógłby to być samobójczy strzał, a bez języczków może sobie Platforma marudzić, ile chce. A jeżeli nawet wybory, to co? Pewnie znowu wyjdzie po niecałej połowie dla PiS-u i PO, a w środku znowu jakieś języczki. Może i na prowadzenie wyjdzie Platforma i będzie musiała paktować z byłymi koalicjantami PiS-u lub z postkomuną, za co również serdecznie dziękuję. Oczywiście będzie to z radykalnie słuszniejszych pozycji. Czyli zamieni stryjek siekierkę na kijek. Zmieni się wzrost premiera i może nakrycie głowy. I kto inny będzie miał dostęp do szaf w MSWiA. To zmienia wiele zainteresowanym (czemu aż tak wiele?), ale niekoniecznie wyborcom.

Dlaczego jestem tak krytyczny wobec Platformy? Nie ma nic gorszego, niż zawiedzione uczucie. Platforma, przez swój profil inteligencko-liberalny, była w naturalny sposób moją partią. Głosowałem na nią, wydawała mi się bardziej ukierunkowana na przyszłość i mniej populistyczna w retoryce. Po wyborach jednak przez rok nie była w stanie się pogodzić z prostym wnioskiem, że uzyskała mniej głosów – co oczywiście źle świadczy o wyborcach, bo właściwi wyborcy głosowali na nią, a jedynie przez mankamenty demokracji uwzględniać się musi i głosy wyborców niewłaściwych. Co gorsza – nie była zdolna do żadnej konstruktywnej refleksji. Obecnie profiluje się jedynie jako nieustraszony pogromca (in spe) PiS-u. W języku niemieckim istnieje określenie regierungsunfähig – partii niezdolnej do rządzenia. Czasem przeszkodą są przywódcy, jak był Oskar Lafontaine dla SPD. Trzeba ich wtedy zmienić, lub odczekać, aż im się znudzi.

I znowu nie udało mi się wyjść poza marudzenie. Co można naprawdę zmienić? Może okręgi jednomandatowe? Zwyciężałaby partia potrafiąca zgromadzić więcej wyrazistych postaci, zdolnych do zdobycia poparcia wyborców. Sytuacja byłaby zdrowsza, bo zniknąłby temat weksli za stołki poselskie. Nie chodzi tu tylko o Samoobronę, przecież i w innych partiach władze wprowadzają na listy partyjne posłusznych i bezbarwnych. Okręgi jednomadatowe wzmacniają rownież zwycięstwo wyborcze. Premia dla zwycięzców nie jest wcale taka głupia. Problem z PiS-em nie polega tak bardzo na tym, jak rządzą, lecz na tym, że od roku klecą jakąś-tam większość, co jest coraz mniej estetyczne. A problem z PO jest taki, że PiS-owi w tych manewrach przeszkadza, bo chciałaby się w nie zabawić sama. A istota problemu jest taka, że chyba nikt nie ma czasu na rządzenie, kulawe większości prowadzą kulawą politykę, której punkt zainteresowania rzadko przekracza zamknięty krąg izby na Wiejskiej. A za tym murem jest przecież piękny kraj i o wiele ciekawsi ludzie! Sądzę więc, że bez reformy elektoralnej za daleko nie zajdziemy. Chyba że jedna strona skompromituje drugą o tyle bardziej, że tych paru zniesmaczonych wyborców, którzy jednak pójdą do urn, dadzą tej pierwszej wystarczającą przewagę, by po otrzepaniu się z bitewnego kurzu zastanowiła się, co chce z tym zwycięstwem zrobić i o co w ogóle chodziło.

(Dopisane po reinkarnacji koalicji PiS-SO-LPR)

Również stary-nowy premier Kaczyński przedstawił swoją koalicję jako mniejsze zło, a siebie jako ofiarę arytmetyki wyborczej. Wszyscy jesteśmy zakładnikami arytmetyki wyborczej. Jak wyglądał sejm w kwietniu 1926? Pewnie podobnie. Przyznaję, że gdy obserwuję te dziecinne harce, maleje mój opór przeciwko nadejściu męża opatrznościowego, z siwym wąsem, na wiernej kasztance. Tyle że i za mężem opatrznościowym ciągną się zastępy podejrzanych typków. I kto miałby nim być? Kto jeszcze umie jeździć konno?


(1) revenons à nos moutons (czyt. reweną za no mutą) – starofrancuskie to porzekadło użyte tu zostało li tylko dla obnoszenia się erudycją, nie zaś dla kwalifikowania naszej classe politique. Uprasza się wobec powyższego o nieciąganie mnie z odnośnych paragrafów.


Wszelkie podobieństwo osób i zdarzeń do rzeczywistości niestety nie jest przypadkowe.

 

Ilustrowała Anna Fudyma