Leśna polana przyciągała nas swym zielonym urokiem jak magnes. Wakacje bez odwiedzenia tego uroczyska w ogóle nie zaliczały się do wypoczynku. Po wszystkich wojażach, wycieraniu kurzu z różnych górskich ścieżek lub przesypywaniu piasku na plażach, jechaliśmy w tę głuszę, jak do wymarzonej samotni, gdzie tylko las, ptaki, sarny, wiewiórki i my. Minąwszy ostatnią wieś, pokonawszy potwornie wyboistą drogę, pnącą się lekko w górę, rzuciwszy okiem za siebie na piękny krajobraz, szeroki aż po horyzont i ukłoniwszy się przycupniętej pod drzewem gajówce, wjeżdżaliśmy w las i zaczynaliśmy oddychać pełną piersią. Po obu stronach kamienistego duktu kłaniały nam się znajome, coraz wyższe sosny, a ciekawskie sójki witały nas krótkim skrzekiem i ulatywały, żeby podzielić się z kumoszkami wieścią, że oto już są! Przyjechali ci z miasta, będzie coś dobrego do jedzenia. Przy wjeździe na polanę jak zwykle pomagała nam  tabliczka z coraz bardziej wyblakłym napisem: „Polana Wykus. Pole namiotowe” i wreszcie byliśmy u celu. Rozbijaliśmy obóz i zaczynaliśmy sprawdzać, ile przybyło napisów wyrytych na drewnianych wiatach i stołach, jak urósł sosnowy młodniak, czy starodrzew nie ucierpiał zbytnio w czasie zimy i czy jak zwykle poczekały na nas poziomki, maliny i jagody. Świadomość, że jesteśmy w samym środku ogromnego kompleksu leśnego, skąd do najbliższej ludzkiej osady mamy trzy kilometry w prawo i dziewięć w lewo, dawała nam swoiste poczucie wolności, a historyczna przeszłość tego miejsca pobudzała wyobraźnię. Tak było dotąd, dopóki  nie zderzyła się ona z rzeczywistością. Dodajmy – dość ponurą.

Dzień zbliżał się ku końcowi, więc oddawaliśmy się przedwieczornym obrządkom:  przyniesieniu pysznej wody ze źródełka i przygotowaniu kolacji. Po niej, jak zwykle, usiedliśmy wygodnie przy ognisku i nucąc sobie przy gitarze oraz pogadując leniwie, czekaliśmy na noc. I na pieczone w żarze ziemniaczki, które jakoś nie chciały nam się przejeść.
Kiedy tak na nie czekaliśmy, wsłuchując się w gadanie lasu, patrząc w gwiazdy i myśląc o niebieskich migdałach, nagle na polanę wjechał samochód. Duży. Z wygaszonymi światłami. Zatrzymał się na uboczu polany, w cieniu potężnej brzozy. I tyle. Stał, nikt z niego nie wysiadał, nic się nie działo.
Oczywiście dreszcz przeleciał mi po plecach, bo nastrój zrobił się  taki jak na filmie, gdy niby nic się nie dzieje, ale wiadomo, że zaraz musi coś się zdarzyć. W dodatku – my, widoczni na tle tego ogniska jak na panoramicznym ekranie, a ci tam, w kompletnej ciemności i tajemniczy jak jeźdźcy znikąd. Jakby tego było mało, gdzieś w ciemności ponuro rozdarł się puszczyk, potęgując grozę przeciągłym pohukiwaniem, aż do przesady.
Wtedy poczułam, że dłużej tego nie wytrzymam.
– Bierz siekierę, ja mam nóż, idziemy zapytać, czego chcą – szepnęłam do męża, szczękając zębami.
– Spokojnie, przyjechali, to i pojadą – mężczyzna mego życia jak zwykle usiłował spacyfikować mnie swoim opanowaniem i jak gdyby nigdy nic, zaczął wygrzebywać ziemniaki z ogniska.
–  A jak zostaną? Całą noc będziemy tak siedzieć? W życiu nie pójdę do namiotu, dopóki tu jacyś cichociemni się czają. Ja się boję!

Jakby w odpowiedzi na moje histeryczne szepty (a może upojny zapach pieczonych ziemniaków, który rozszedł się dookoła), drzwi samochodu się otworzyły i wysiadła z nich jakaś czarna zmaza, zarzuciła coś na ramię i zaczęła zbliżać się w naszym kierunku. Niech ja skonam, to zarzucone, to chyba karabin, albo jakaś inna broń palna! Poczułam, jak skóra cierpnie mi wszędzie, nawet na piętach.

– Dobry wieczór państwu! – zmaza przemówiła całkiem przyjaźnie i podeszła w krąg światła. – Leśniczy Kowalczyk, witam serdecznie.
Leśniczy! Faktycznie, jakiś mundurek miał na sobie i ta giwera sterczała mu znad przepisowej czapeczki.
– No wie pan co! Tak nas straszyć! W podchody się bawicie, czy co? – o mało go nie zabiłam swoim głosem, nie mogąc wybaczyć przeżytego stresu.
– A nie, nie bawimy się. Musieliśmy się upewnić, że to państwo tu siedzicie.
– A kogo się spodziewaliście? – zapytał z ciekawością mąż.
– Kłusowników – odpowiedział krótko pan urzędowy i dodał szybko – proszę się nigdzie stąd w nocy nie ruszać. Najlepiej w ogóle udawajcie, że was nie ma.
– Zwykle nie latamy w nocy po lesie. Bo co? – wcale nie podobało mi się takie naruszenie wolności, więc nie siliłam się na uprzejmość.
– Bo może być gorąco. Robimy obławę na kłusowników, a oni nie znają się na żartach. Powtarzam: zgasić ognisko i siedzieć cicho – powiedział sucho i naraz, jakby się zreflektował, że przecież, jakby nie było, jest tutaj naszym gospodarzem, dodał: – Przepraszam, że psujemy państwu wypoczynek. Nie mamy wyjścia. Mimo wszystko życzę dobrej nocy. Aha, może być trochę strzelaniny, ale nie bójcie się, nie tu, raczej tam, daleko – machnął ręką w kierunku na Siekierno.

Strzelanina była, jak się patrzy. Samochód zniknął cichutko, jak czarna zjawa, a koło północy w lesie rozpętała się kanonada. Wcale nam się nie wydawało, że daleko, wprost przeciwnie. Nocne echa niosły odgłosy ze wszystkich stron, a my siedzieliśmy w samym jej środku i dziwiliśmy się, że nie słychać świstu kul. To znaczy – ja się dziwiłam, bo mój małżonek, pogrążony w słodkim śnie, bardziej reagował na moje ciche spazmy, niż na odgłosy wojny. Czyli odwracał się na drugi bok i spał dalej. A ja umierałam ze strachu. Przed oczami stawały mi obrazki, żywcem wzięte z podręczników historii. To przecież parę kroków stąd partyzanci Ponurego zostali otoczeni przez Niemców, to tutaj trwała walka na śmierć i życie, po której zostały groby rozsiane po całym lesie. A jeszcze wcześniej odziały Langiewicza… Ten partyzancki las przywykł do strzałów – jęków rannych i okrzyków zwycięstwa pewnie też – ale teraz należałby mu się wreszcie zasłużony spokój, do stu tysięcy zygzakowatych piorunów! Zanim ucichły odgłosy najnowszej wojny świętokrzyskiej, czyli po jakichś dwóch godzinach, które wydawały mi się wiekiem, moja nienawiść do kłusujących parszywców ugruntowała się na mur-beton i okrzepła w monolit. Mordercy!!

Na drugi dzień odjechaliśmy do domu, dowiedziawszy się w gajówce, że obława, mimo tak wspaniałego efektu akustycznego, nie przyniosła zamierzonych rezultatów. A to oznacza, że te podłe typy, żądne niewinnej krwi zwierzęcej, uszły cało i tylko patrzeć, jak znowu zaczną swój ohydny proceder. Na szczęście, po stronie strażników leśnych też obyło się bez ofiar. Jakim cudem w tym ciemnym lesie wszyscy się nie pozabijali, do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą. Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że w odwecie te zgniłki moralne spaliły gajowemu chałupę. A nam odebrali cudownie spokojną, leśną przystań. Bo jakoś przestaliśmy tam nocować, choć jeździmy nadal. Miejsce wciąż jest urokliwie przepiękne. Zresztą, może po prostu wyrośliśmy z namiotowego życia, jak z ulubionych, ale trochę już ciasnych butów? Niewykluczone.

Pozostał mi jednak bardzo emocjonalny i skrajnie negatywny stosunek do kłusowników. Plenią się po lasach, jak trudna do opanowania zaraza. Dodajmy – wciąż jeszcze państwowych lasach. Co będzie, gdy przejdą w ręce prywatne, jak chcą niektórzy? Właściciele ogrodzą je drutem kolczastym? Spokojna głowa, kłusownicy dadzą radę. Ich proceder nie jest skutkiem nędzy i głodu, lecz wynika z prostej chęci zabijania oraz z tradycji ludowej, która brzmi: chłop żywemu nie przepuści. A my, miastowi, najwyżej pooglądamy sobie las z daleka. Z okien samochodu, przez lornetkę.