Czasem, kiedy mam dość wszystkiego, a szczególnie  pracy zawodowej i nachodzi mnie refleksja, że jednak źle obrałam swoją drogę życiową, wniosek z tych rozmyślań wypływa nieodmiennie ten sam: trzeba było zostać hydraulikiem. Bo taki hydraulik to jest naprawdę ktoś.
Wezwany o szóstej rano, burknąwszy, że zaraz będzie, zjawia się koło południa, cała rodzina pada przed nim na kolana „panie Zeniu, woda się z rury leje”. Pan Zenio do wody ma podejście filozoficzne, uczył się od najlepszych i twórczość Heraklita ma w małym palcu. Więc odpowiada niespiesznie, że „woda jest od tego, żeby się lać, takie jej prawo”. Odwieczne prawo natury, której samozwańczym szafażem jest pan Zenio. Po czym następuje oglądanie przeciekającej rury, a następnie pan Zenio udaje się „na warsztat” celem przyniesienia bardzo ważnych części, bez których Heraklit nadal będzie górą. Wraca najpóźniej po dwóch dniach, rodzina nadal na klęczkach, wyżyma ścierki, nikt panu Zeniowi złego słowa nie powie, wszak dysponuje on mocą panowania nad żywiołami. I tak właśnie bezstresowo żyje sobie pan Zenio, a ja mu okropnie zazdroszczę.

Kiedy jednak wspomnę komuś o swojej niespełnionej karierze zawodowej, spotykają mnie uśmiechy pełne politowania – hydraulikiem? Tyyyyy…? No i w rzeczy samej, nie mam szans.  Zawód hydraulika jest najbardziej dyskryminującym z wszelkich zawodów. Łatwiej  znaleźć kobietę – księdza niż kobietę – hydraulika. Ponieważ od czasu, gdy zniknęli rycerze na białych rumakach, hydraulik stał się archetypem prawdziwego mężczyzny. Jasne zatem, że o wykonywaniu tego zawodu przez kobietę mowy być nie może.  Jest oczywiście pole do rozmyślań, dlaczego w tej konkurencji pomijany jest stolarz, mechanik samochodowy, glazurnik lub kominiarz. O malarzach pokojowych nie będę wspominać, bo faktycznie ten zawód może wywoływać złe skojarzenia. Jednak to hydraulikowi przypadła żółta koszulka lidera i wiele wskazuje na to, że już mu na korpusie pozostanie.

Weźmy kultowy serial „Ally McBeal” – główna bohaterka momentalnie zapada na uczucie do kreowanego przez samego Jona Bon Jovi hydraulika. Weźmy inny kultowy serial „Desperate housewives” – któż jest obiektem westchnień i wojen podjazdowych dwóch rozwódek z sąsiedztwa? Ano, hydraulik właśnie. Dołóżmy jeszcze do tego francuski sprzeciw wobec eurokonstytucji, który przeszedł do historii jako sprzeciw  wobec polskich hydraulików. Z tego punktu widzenia owo żabojadzkie „nie” oznacza nic innego, jak tylko desperacki krzyk protestu francuskich samców zagrożonych na obsikanym przez siebie terytorium. Bo cóż im po pleśni na serze i winach w omszałych butelkach, skoro polski hydraulik może wysiudać ich z małżeńskich i pozamałżeńskich łożnic, czyli wyeliminować z konkurencji, w której Francuzi autorytatywnie przyznali sobie pierwsze miejsce.
Kobieca słabość do hydraulików jest równie idealistyczna jak wzdychania naszych prababek do rycerzy na  pastelowych rumakach. Pan Zenio, przed którym padamy na kolana wśród wezbranych strumieni lejącej się zewsząd wody, rzadko przypomina serialowych fachowców. Bywa, że używanie roztworu alkoholu naskórnie uważa za marnotrawstwo i wobec tego woli pachnieć procentami od wewnątrz niż wodą toaletową  z zewnątrz. A jednak chodzi w nimbie chwały, zapewnionym przynależnością do seksownego zawodu. A kto wie, może pan Zenio jest brzydkim kaczątkiem, z którego przy sprzyjających okolicznościach wyrośnie łabądź i pan Zenio objawi nam się znienacka w spodniach ogrodniczkach opinających szelkami przepiękny muskularny tors?

Można się zastanawiać, dlaczego wybór kobiet padł właśnie na hydraulika? Czy decydująca okazała się jego przystępność – ostatecznie łatwiej jest wezwać hydraulika niż Russella Crowe w rzymskiej zbroi albo Woody Allena z listą nowych skeczów, czy też umiejętność posługiwania się różnymi tajemniczymi narzędziami, wśród których prym wiedzie pokaźnych rozmiarów klucz francuski? Może chodzi o mniej lub bardziej uświadomioną tęsknotę za prawdziwym mężczyzną, który potrafi wymienić kran, w świecie opanowanym przez metroseksów, którzy nad zepsutym kranem umywalki w skupieniu studiują stan swojej cery.

W każdym razie hydraulik, nawet najbardziej niepozorny, wyrasta na eksportowe dobro narodowe. Problem jedynie w tym, że występuje w pakiecie z przestarzałą kanalizacją w starym lub socjalistycznym budownictwie. Tu też niewątpliwie mamy do czynienia z patriarchalnym spiskiem projektantów nowych osiedli, którzy starają się tak zaprojektować instalacje i takich materiałów użyć, żeby wizyta pana Zenia stała się wyjątkiem bardziej niż regułą. Chociaż oczywiście zawsze można zapchać odpływ starą skarpetką, lub, jeśli ktoś bardziej rozrzutny lub naprawdę zdeterminowany, nawet nową. Nasze wciąż podsycane serialami tęsknoty nie pozwolą hydraulikom odejść w cień.