Znowu słyszałem o wychowaniu młodych kamikaze. Komiksy, filmy wideo, gry. Jak znaleźć się szybko w raju w pięciu łatwych lekcjach. Zabierając z sobą (tyle że do piekła) tłumy takich jak ja. Ocena jest jednoznaczna – to straszne.

W tym kontekście naszły mnie osobiste refleksje. Czy ja tego już gdzieś nie słyszałem? Tak samo, czy podobnie? Chcąc ocenić cudze postępowanie lub poglądy dobrze jest przeanalizować strukturę i sposób rozumowania usuwając konkretne nazwy. W ten sposób odrzucamy emocjonalne konotacje i możemy lepiej zbadać problem sam w sobie. Jeszcze lepiej jest zamienić role. Weźmy na przykład takie zdanie:

Można ryzykować życiem dla (niepodległości/ potęgi islamu/ ratowania życia/ rozszerzenia granic/ usunięcia dyktatora)

Zmieniamy na:

Można ryzykować życiem dla <idei>

Można – i słusznie – zarzucić takiemu rozumowaniu relatywizm, bo wygląda to na sugestię, że wszystkie idee są równorzędne, z czym się zgodzić nie można.

Również w przypadku odwrócenia ról nie jest mi w końcu obojętne, czy moje będzie na górze, czy nie. Ale pozwala to lepiej rozważyć, czy jest to warte każdej ceny. Oczywiście bardzo bym chciał, by w sporcie zwyciężali nasi, ale raczej bym nie był zachwycony, gdyby trener Niemczyk dosypał japońskim siatkarkom środka na przeczyszczenie lub gdyby Sobolewski połamał nogi Odonkorowi. Kiedyś się to nazywało fair play, dziś to głoszą jedynie (niezainteresowane finansowo) barany. W jakim jednak stopniu wolałbym, byśmy nie bombardowali niemieckich miast, choćbyśmy mieli przegrać wojnę?

W szkole uczono nas chwalebnej tradycji walk o niepodległość. Pamiętam, jak działało mi na nerwy stronnictwo ugodowe i panowie, co o czynszach radzili, gdy naród do boju wystąpił z orężem. W Europie budowano huty i koleje, myśmy sobie nie zawracali głowy takimi głupotami.

Skojarzyła mi się poznana ostatnio książka Umberto Eco Tajemniczy płomień królowej Loany. Nie czytałem jej całej, trochę się dłuży. Zafascynował mnie jednak materiał ikonograficzny, a z tekstu zwłaszcza wspomnienia ucznia faszystowskiej szkoły. Nie mam mu tego za złe, ja również uczyłem się o Leninie, a pewnego razu nawet wyjaśniłem, co znaczy „partia kieruje a rząd rządzi” wzbijając się na wyżyny dwójmyślenia i nowomowy. Studiował więc młody Umberto myśli Duce, oglądał parady wojskowe i czytywał broszurki o cywilizowaniu Murzynów w Abisynii. Ta nacjonalistyczna propaganda nie wzięła się jednak z powietrza.
Zaskoczyło mnie płynne przejście z normalnego pariotyzmu. Trochę wcześniej (1870) Włochy odzyskały jedność narodową i pewne terytoria dzięki walce Mazziniego i Garibaldiego, w epoce Risorgimento. Niedługo potem (1886) ukazało się Serce Amicisa, zbiór budujących historii dla młodego pokolenia. Pełne są patriotycznych opowiadań – a to o chłopcu oddającym z radością życie za swoją Lombardię, a to o żebraku nie przyjmującym pieniędzy od ludzi narzekających na Włochy, a to o małym patriocie podróżującym od Apeninów do Andów. Ciekawe, ton jest podobny. Wszystko dla ojczyzny, niech żyje młodość. Oczywiście, w końcu jest różnica w czynach i konsekwencjach. Co innego wyrzucić Austriaków z Wenecji i nie dać się wyzywać byle komu, co innego restaurować imperium rzymskie. Ale zanim się na dobre zaczęło, propaganda brzmiała podobnie. I nie działała tylko na konserwatywną czarną sotnię, wręcz przeciwnie. Futuryści sławili aeroplany i dynamikę wojenną. Równocześnie w rewolucyjnej Rosji awangardziści z zachwytem zrównali marsz (lewa, lewa, lewa!) i oddali głos towarzyszowi Mauserowi, a w Niemczech architekci i urbaniści poczuli wiatr w żaglach, mogąc tworzyć nową stolicę tysiącletniej Rzeszy.

Pomyślałem również o Chłopcach z Placu Broni Molnara. Książeczka dla dzieci, ale o czym? Pozornie słaby Nemeczek stoi bohatersko na straży, bezsensownie – wszyscy już o jego posterunku zapomnieli, ale on dał słowo i stoi, aż traci siły i umiera. Poświęcenie dla sprawy, obowiązek do końca. I czytałem Kamienie na szaniec, i było mi potwornie smutno. Na ulicach Warszawy widziałem wmurowane tablice w miejscach rozstrzeliwań, byłem na Powązkach pierwszego sierpnia, widziałem kwaterę batalionu Zośka i morze zniczów. Wiele, wiele lat później widziałem pomnik Małego Powstańca. Tu chłopiec, tam chłopiec. Czy ma on jednak coś wspólnego z dziećmi dżihadu?

Wojna nigdy nie wygląda jak na obrazku. Chirurgiczne cięcia mają więcej wspólnego z rzeźnią. Jednak są różnice. Pamiętam książeczkę Tygrysa o zamachu Gwardii Ludowej na Café Club. Już wtedy coś mnie drażniło. Jak można się obnosić wrzucaniem bomby do kawiarni, choćby tam byli Niemcy?
Jednak jest różnica między tamtym chłopakiem, rzucającym butelki z benzyną na czołgi, a tym drugim, rozrywającym się na szyickim targu czy w izraelskim autobusie. Jest różnica. Choć wolałbym, by wszyscy ci chłopcy spierali się jedynie o to, czy był spalony. Spalony na boisku, nie spalony autobus. A dorośli by im kibicowali, namiętnie, lecz fair. A potem wspólny grill? Nie przejdzie, oni nie wytrzymają mojej kiełbaski z piwem – ani to kosher, ani halal. Ale przynajmniej rozstańmy się w zgodzie. Za tydzień rewanż. Na boisku.