Magda stała na parkingu przed blokiem. Oparła się wygodnie o jeden z samochodów, a nogami o drugi… Czekała na ojca. Chciała zobaczyć tę kobietę, do której odszedł, a miała nadzieję, że wracają razem. Trwała tak w odrętwieniu już dobre pół godziny, ale nic to, trzeba będzie to i pięć poczeka…

 

* * *
 

Marta spieszyła się do domu. Spodziewała się dzisiaj gościa. Kilka dni wcześniej spotkała koleżankę, Ewę, i zaprosiła ją na kawę. Teraz, poprawiając w rękach dwie torby z zakupami, rozejrzała się za najkrótszą drogą. Jak zwykle najbliżej było przez parking, ale z tymi pakunkami nie wszędzie się zmieści. I wtedy zauważyła jednocześnie i wygodne miejsce do przejścia, i stojącą tam dziewczynę. Przyjrzała jej się. Jakaż smutna! Biedactwo, taka młoda a już ją coś gnębi. I taka szczuplutka, mizerna… Podeszła bliżej, spojrzała na przygarbioną, smętną dziewuszkę… Gdybym mogła jej pomóc – pomyślała… Westchnęła ciężko, po czym uśmiechnęła się ciepło i zapytała:
– Przepraszam panienko mogę przejść tędy? Bo żem pulchna jak pączek, a z tymi torbami to całkiem między samochodami się nie zmieszczę…

Dziewczyna przyglądała się jej w milczeniu, w końcu powoli z wyraźną niechęcią zrobiła miejsce. Marta przeszła i stanęła. Nie mogła tak odejść. W jednej z reklamówek miała jabłka, wybrała dwa najładniejsze i podała dziewczynie.
– Proszę, niech panienka weźmie.
Ta jednak nie zrobiła żadnego ruchu, cały czas tylko patrzyła na Martę wielkimi smutnymi oczami.
– Weź, kochanie. Dobre te jabłuszka, to z działki mojej siostry, dwa najładniejsze ci wybrałam.
– Dlaczego najładniejsze?
– Bo taka ładna, młoda dziewuszka powinna jeść ładne jabłuszka – zaśmiała się Marta – a taki stary rupieć jak ja może zjeść i te brzydsze.
– Eee, zaraz „stary rupieć” – dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie i wzięła jabłka. – Dobrze, wezmę, ale pani pozwoli, że pomogę zanieść te torby.

Poszły w kierunku bloku, za chwilę Magda wróciła na swoje miejsce. Ojca ciągle nie było. Może poszli na zakupy – myślała. Kiedyś w końcu przyjdą. Minęła jednak godzina, potem druga i ani widu ani słychu… Magda uparcie czekała dalej…

 

* * *
 

Ewa wysiadła z autobusu. Sapiąc ze złości na jakiegoś mężczyznę, który zahaczył parasolem o jej torebkę, a którego nie zdążyła zbesztać, szybkim krokiem zmierzała ku blokowi gdzie mieszkała jej koleżanka Marta.
Najkrótszą drogę zobaczyła od razu. Stało tam co prawda jakieś dziewuszysko, ale to nie problem – przegoni się ją… W ogóle co taka dziewucha tu robi – zastanawiała się Ewa. Pewnie czeka na jakiegoś gacha. Zamiast siedzieć w domu i uczyć się, to ta się puszcza. I jak toto wygląda?! Spodnie ledwie z tyłka nie zlecą, bluzka do pępka… Tfu… co za jakaś… I taka chuda – pewnie po narkotykach… taaaaak, jak ktoś się szlaja i ćpa trudno by dobrze wyglądał. A rodzice pewnie tam się w domu zamartwiają. Skaranie boskie mieć takiego bachora – podsumowała Ewa, a zbliżywszy się do dziewczyny wrzasnęła:
– Zmiataj stąd, to postój dla samochodów a nie dla dziwek!
Dziewczyna prostowała się powoli, raptem jednym susem doskoczywszy do Ewy wyrwała jej obie reklamówki i wysypała ich zawartość na ziemię.
– Masz, stara lampucero!
Po czym oddaliła się szybkim krokiem.
Ewa była wściekła. Zbierając rozsypane rzeczy, myślała: „Ja to mam w życiu pecha. Musiałam trafić na tą wredną, puszczalską smarkulę. I tak mam zawsze – za co się nie wezmę, gdzie nie pójdę, to ten parszywy los mnie dopadnie. A takiej Marcie wszystko idzie jak z płatka, na pewno jak wracała to tu jeszcze tego dziewuszyska nie było. Tylko ja mam zawsze pod górkę. Dwa rozwody, dzieci za granicą i mało co się odezwą… Zresztą nawet jak były, to wieczne awantury nie wiadomo o co… Za grosz szacunku dla matki. I tak całe życie aby się użeram.”
Pozbierawszy w końcu wszystko, podniosła się i spojrzała w niebo… Za co mnie tak Boże karzesz, za co?