Pani Jadzia po wielu latach w Ameryce wróciła do Miasteczka. Tu się urodziła i tu chciała umrzeć. Tu byli dobrzy ludzie, którzy żyli po bożemu, i piękny krajobraz otaczający Miasteczko.
Krajobraz – niestety – zmienił się na niekorzyść: zniknęły łany zbóż, kwieciste łąki i spora część pięknego lasu. Ale ludzie się nie zmienili.

W piękne, letnie popołudnie siedziała z przyjaciółmi i starymi znajomymi przy stoliku na Rynku, popijała sok pomarańczowy i słuchała nowinek. A tych było sporo:

– Wasiakowa? Ooo, już dawno nie żyje, mąż jej kiedyś za mocno przylał i poszła do piachu.
– A Teszowskiej córa została tu i polskiego uczy. Ale numer zrobiła. Ona niepijąca, ale kiedyś ją namówili na śliwowicę, że to niby na grypę dobre, i byś ty Jadźka widziała – w samej halce na rynku tańczyła, ale był ubaw!
– Ciepicka już dawno w grobie. Usunęła raz i drugi, a jak potem zakazali, to poszła gdzieś „na lewo” i krwotoku dostała po tym… Szkoda kobity, ale co zrobić.
– A ty wiesz? Kalickich to Walecki zabił. Wsadzili go do paki, ale już swoje odsiedział i teraz… Nie do wiary! Całkiem porządny człowiek… Złe go wtedy podkusiło, zresztą młody był, głupi…
– A Paszkówna to nic się nie zmieniła – czwórkę ma i każde, małpa, ma z innym. Ale ostatnio miała kłopoty, okazało się, że jeszcze dwójkę w ogródku zakopała… Chcieli ją przyskrzynić, ale się obroniła, że w szoku była, no i dzieci ma do wychowania… Ciężko jej biduli samej, ale kto ją zechce z takim przychówkiem teraz?
– Za to Fogowscy dwunastki się dochowali i teraz im się wnuki sypią…

I tak opowiadali jeden przez drugiego aż nagle zamilkli. Patrzyli tylko… Niedaleko nich przechodziła młoda kobieta. Prowadziła dwójkę maluchów, co nie było łatwe, zważywszy, że w obu rękach miała potężne siatki z zakupami. Z przodu przed nią szła zgodnie starsza para dzieci. Pani Jadzia zdziwiła się.
–  Kto to?
–  Córka Felickiej – mruknął ktoś niechętnie.
Pani Jadzia patrzyła wyczekująco i w końcu stary Fabisiak zaczął mówić…
–  Ano, zaszła z piątym i oddała je w szpitalu…
–  Jak to oddała? Obcym?!
–  Ano, obcym… Szmata!
–  Ale jak, czemu?! Męża ma złego, czy co?

Tu już zaczęli mówić wszyscy naraz, że gdzie tam zły – nie pije, nie bije, za dziwkami nie patrzy, wypłatę co do grosza oddaje i nawet z kumplami na piwo nie pójdzie! Przyjdzie po pracy do chałupy to piwko, telewizor i spokój – żadnych awantur. No anioł nie chłop.
–  No ale jakoś to przecież tłumaczyła – drążyła temat pani Jadzia…
–  Ano, tłumaczyła, że ich nie stać, że już nie ma siły, nie da rady i takie tam duperele…

Pani Jadzia siedziała jak skamieniała. Widać nie tylko krajobraz się zmienił – takie bezeceństwo!
–  A ksiądz, co na to? Z ambony nie wyklął? – spytała cicho.
– Aaaj, heretyk nie ksiądz – młody, durny i same głupoty gada… Że to – powiada – tak powinno być!
– Co??!!
–  Ano tak! Że – mówi – jak, która dzieci mieć nie chce więcej, to nie ma mieć żadnych skrobanków, antykoncepcjów i innych zboczeń, tylko ma urodzić i oddać tym, co też zło straszne robią, bo nie mogą mieć dzieci i robią te z…. eee, no z tych…
–  próbówek – podpowiedział ktoś…
–  No właśnie.
–  Oooj Jezusicku, to i to też u nas już jest?! – załamała ręce pani Jadzia…
–  A jak? Lepickie chyba takie jedno mają. Długo nie zachodziła, potem gdzieś jeździli, a potem łup i z brzuchem była… Nic, tylko to…
–  A jakie ten dzieciak ma krzywe spojrzenie. I taki jakiś na buzi…
–  A bo to wiadomo, czy takie stworzone nie przez Boga, ino przez lekarzy, ma duszę? Trza uważać czy z niego jakiś antychryst nie wyrośnie…
–  Zaraz a ta… córka Felickiej… jak jej teraz…
–  Nowicka.
–  No. To czy ona się tym nie gryzie? Bo przecież jak to tak – pod sercem nosić, zdrowe urodzić i oddać jak jaką rzecz…
–  Aaa tam – po niej to jak woda po kaczce. Jej dzieci to ryczą, bo i brata im żal i pewnie strachają się, że też ich matka komu podrzuci, ale ona to nic… Ludzie się do niej nie odzywają, plecami odwracają, a ta chodzi w biały dzień – wstydu ździra nie ma!
– A kto to wziął? Wiadomo?
– Nie, ale… nikt mądry pewnie… bo po co to cudze brać? Nie wiadomo, co w tym siedzi… A się okaże, że po ojcu pijak, a po matce dziwka i co?
–  O Boże, Boże – jęknęła pani Jadzia i pożegnawszy znajomych, ruszyła do domu.

Już chyba nigdzie nie jest dobrze, skoro i tu złe weszło – myślała zasępiona. A to zawsze było takie dobre, spokojne miejsce. I ludzie żyli po bożemu i powietrze było czystsze…
Ale dochodząc do domu uspokoiła się powoli – wszak jedna czarna owca w każdym stadzie się trafi, a fakt, że ludzie właściwie ją ocenili, jak najlepiej świadczy o reszcie mieszkańców. Dobrzy z nich ludzie – życie wyrozumią ale takiego bezeceństwa nie! Szlag niech trafi tą Nowicką, a z resztą będzie dobrze! Bo ten smarkacz Lepickich, to już chyba za mojego życia nie dorośnie, nie muszę się przejmować.

Tak sobie wszystko ułożywszy, już spokojna weszła do domu.