Za każdym razem, kiedy gdzieś wyjeżdżam w świat, wydaje mi się, że to mój ostatni raz w życiu. Żyję sobie na uboczu. Nic ważnego nie robię. Języków nie znam. Jako odludek w permanentnej depresji mało chętnie podtrzymuję kontakty. A jednak w jakiś czas po każdym takim ostatnim razie następuje następny ostatni raz.
Z każdej takiej podróży – bez względu na to, jak daleko wyjeżdżałam – wracałam bez kompleksów. Tak brudnego lotniska, jakie widziałam w Wenecji – nie widziałam nigdzie. Tak narzekających na swój kraj obywateli, jak w Anglii – nie spotkałam nigdzie. Tak prowincjonalnego kraju, jak Niemcy – nie spotkałam przedtem ani potem.

Nie sądziłam, że tak będzie i tym razem. Po pierwsze: nie był to wyjazd daleki. Po drugie: już na dzień dobry przeniosło mnie w czasie i przestrzeni.
Leciałam najtańszymi liniami lotniczymi. Odprawa pasażerów odbywa się u diabła na zapleczu, czyli w terminalu, z którego odlatywałam w końcu lat siedemdziesiątych do Pragi. Budynek ten już wtedy wyglądał jak psia buda, a dzisiaj to wrażenie jest jeszcze dolegliwsze. No normalnie, przełom ery renifera i mamuta, czyli zabytek klasy 0 oraz bida z nędzą.
Ja tam trudnych warunków zwyczajna jestem. Jak nie ma poduszki – podkładam sweter pod głowę. Jak nie ma koca – nakrywam się czymkolwiek. Jak nie ma noża – biorę pilnik do paznokci. A jak mi się urwie sznurówka – zawiązuję but dżdżownicą.
A że odprawa odbyła się szybko, sprawnie i fachowo – to z mojego punktu widzenia było najważniejsze. Chciałam podkreślić tę fachowość oraz to, że nikt ze służb lotniska nie patrzył na mnie bykiem, nawet jeśli podejrzewał, że jestem wdową żałobną po terroryście czeczeńskim.

Cyrk prawdziwy miał miejsce natomiast przed lotem w drugą stronę – z Bratysławy do Warszawy. Niezliczone ilości bramek, śluz, spojrzeń spode łba. Nieuprzejme gesty, zamiast rzeczowego „proszę położyć na taśmie futro w celu prześwietlenia”.
    Ja tam nie mam nic do ukrycia, ogólnie i poszczególnie mnie wali, co taki celnik o mnie myśli, niemniej cenię sobie zachowanie form. Kiedy więc zapytał mnie tonem ciężarówki hamującej na skrzyżowaniu, co mam w pocketach, posłusznie pogrzebałam w kieszeni portek i powiedziałam:
– Tylko to!
Równocześnie okazałam wydobytą z kieszeni chustkę do nosa jednorazowego użytku, użytą jednakże wielokrotnie, która zawierała moje smarki bezcenne w różnym stopniu zasuszenia oraz wilgotności.
Wtedy ten pan powiedział, machając nerwowo rękami:
– Madame, może pani iść.
No to spakowałam moje gluty do kieszeni, bo mogły mi się jeszcze przydać, wzięłam futro, torebkę i ruszyłam na podbój kolejnych bramek, których było od nagłej krwi – aż straciłam rachubę. W każdym razie na pewno więcej niż na Heatrow.

Na jednej z ostatnich tych przeszkód na drodze do Warszawy jedną z osób, z którymi leciałam, zapytano, co właściwie robiła w Bratysławie. Drugiej koniecznie kazano pokazać bilet (który okazywała na wszystkich poprzednich bramkach). Mnie natomiast, po obejrzeniu mojego paszportu z góry, z boku i z podskoku, zadano pytanie; to gdzie ja właściwie mieszkam – w Katowicach czy w Warszawie?
Przyznaję, że na ułamki sekundy zapowietrzyłam się. Przyjechałam na zaproszenie organizacji ściśle związanej z Unią Europejską. Jestem obywatelem Unii Europejskiej. Mieszkać sobie mogę, gdzie mi się tylko podoba, gdybym lubiła zimno, to i na Szpicbergenie. Niezależnie od tego, że co komu do tego, w paszporcie stoi jak byk po polsku i angielsku: urodziłam się w Katowicach. Mieszkam w Warszawie. Tę oczywistość wyjaśniłam jak kum krowie przy rowie i zostałam puszczona dalej, co mi zasygnalizowano jakimś komuszym burknięciem.

A w Warszawie – jak przed odlotem. Szybko. Sprawnie. Uśmiech. I z zachowaniem niezbędnych procedur.
Tak; lubię mój kraj, chociaż nie żyje się w nim lekko.

Ilustrowała: Joanna Titeux/pinezka.pl