Kiedy byłem małym chłopcem (choć mój przyjaciel twierdzi, że kiedyś byłem małą dziewczynką i nie chodzi o okres prenatalny) od czasu do czasu byłem zabierany do świątyni konsumpcji, zwanej pewexem. W pewexie zaś były cuda przeróżne i głowa moja kręciła się dookoła jak bączek puszczony w ruch, przecząc elementarnym prawom fizjologii. Tu cukierki i batoniki, tam coca cola i fanta w pięciu smakach, zabawki wszelkiego rodzaju… A jednak zawsze pędziłem do lady, pod którą leżały żelazne samochodziki, matchboxy.

Matchboxy (oraz klocki lego) były latarnią mojego dzieciństwa. Potrafiłem  bawić się godzinami, jeżdżąc w te i we wte, zderzając je ze sobą i budując dla nich parkingi. Wyprawy do pewexów (powiedzmy to sobie szczerze – incydentalne), miały posmak przygody i z góry się cieszyłem na wzbogacenie kolekcji, wyobrażałem sobie te wszystkie modele, lśniące pod ladą i siebie samego, wybierającego ten najfajniejszy rodzaj matchboxa, jaki tylko był.

Wracałem z mamą szybko, jak najszybciej do domu, by otworzyć plastikowe pudełko i wydobyć to cudo na światło dzienne. Jedno tylko mąciło moją radość i to już na samym początku, tuż po wyjęciu samochodzika z pudełka: zawsze, nieodmiennie okazywało się w końcu, że inny model, pozostawiony pod ladą w sklepie był jednak dużo, dużo lepszy.

Okazywało się tak zazwyczaj dopiero po kilku dniach, nie zdarzyło się jednak ni razu, by omawiane zjawisko nie wystąpiło. Próżno sterczałem w pewexie, kilkadziesiąt razy zmieniając zdanie, rozważając za i przeciw, i dokonując wyboru dopiero, kiedy byłem zupełnie pewien, czego chcę. Zawsze okazywało się, że ten opuszczony przeze mnie model zabawki był jednak lepszy.

Od czasu do czasu czytuję komentarze internautów i wraca do mnie owo dziecięce uczucie pozostawienia za sobą czegoś nieporównanie lepszego, co jednak należy do przeszłości i do czego nie ma powrotu. I rodzi się we mnie takie pytanie: jak to możliwe, że żyjąc (krócej bądź dłużej) w naszym byłym systemie (który wzdragam się – ze względu na socjologiczne wykształcenie – nazwać komunistycznym) nie zorientowaliśmy się, że jest nam tak świetnie? Dlaczego wówczas nie potrafiliśmy tak jasno przejrzeć na oczy i zrozumieć, że w gruncie rzeczy nie chcemy żadnych zmian?
Ludzie byli naonczas szczęśliwsi, gospodarczo – jak widać czarno na białym – byliśmy potęgą, kultura również kwitła pod łagodnym mecenatem państwa. Okazuje się też, że owe ograniczenia osobistej wolności są grubo dziś przerysowywane, zaś rozmaite idiotyzmy centralnego planowania, dzięki którym mogliśmy na przykład nabyć buty, ale tylko w jednym rozmiarze, nie były aż tak uciążliwe, jak to niektórzy próbują nam dziś wmówić. Słowem – Polska rosła w siłę, zaś ludziom żyło się dostatniej.

Czym jednak wytłumaczyć to niejasne i mgliste poczucie, że było szaro, buro, jednolicie, zaś pewność jutra była tyleż jednoznaczna, co przygnębiająca? Czy naprawdę musieliśmy dokonywać tych wszystkich przykrych transformacji, z których wynikła tylko gruba kreska i afery, skoro mieliśmy już sprawnie działający i świetnie zorganizowany system? Czy nie potrafiliśmy – z powodu krótkowzroczności – tego we właściwym czasie docenić?

Wydaje mi się – choć mogę się mylić – że coś, czego się nie posiada (a przecież mogło się posiadać) jest nieporównanie lepsze od czegoś, co się ma. Kurczowo trzymamy się tej myśli, nawet za cenę pamięciowej abnegacji i wybiórczej amnezji.

Przecież to niemożliwe, by lepsze jutro było dzisiaj, skoro jest jasne, że przytrafiło nam się wczoraj.