Różnie bywa – czasem trafiamy na naszego wymarzonego w miarę wcześnie, czasem później, czasem bywa on nie do końca taki wymarzony, tylko po prostu lepszy od innych, ale rzadko kiedy trafiamy od razu. A nawet jeśli od razu, to przeważnie nie jest to natychmiast takie zupełnie oczywiste, więc fundujemy sobie naszą prywatną telenowelę, zanim ostatecznie uznamy, że pierwsza myśl jest najlepsza.

Więc policzmy uczciwie: Bartek, który pozwalał nam odpisywać matmę i pewnego dnia podszedł do nas, czerwony na twarzy, i wykrztusił rytualne pytanie, w którym pojawiało się słowo „chodzenie”, a my, po krótkich damskich konsultacjach w kiblu, udzieliłyśmy odpowiedzi twierdzącej, no i Karol, z którym wstąpiłyśmy w związek małżeński na koloniach w Maratkach, po czym na następnych wakacjach popełniłyśmy bigamię, wychodząc za Piotrka, który pięknie grał na gitarze, bo w ogóle to już nie były kolonie tylko obóz harcerski i nawet jeśli Piotrek nie miał na imię Piotrek tylko zupełnie inaczej – kto by to spamiętał! – to ciągle nam dźwięczy w uszach brzmienie jego gitary. No chyba, że go z kimś dramatycznie mylimy.
I tak przez te wszystkie etapy edukacji, wakacje w różnych miejscach, gdzie zachody słońca nastrajały tak romantycznie, że niekoniecznie dało się poprzestać na jednej miłości, ferie, wycieczki, noclegi w stogu siana i imprezy rozrywkowe różnego rodzaju, trochę się byłych uzbierało. I te wszystkie związki mniej lub bardziej poważne, bardziej lub mniej – a może wcale – skonsumowane, gdzieś tam sobie leżą w zakamarkach pamięci. Nawet, jeśli od lat funkcjonujemy w szczęśliwym monogamicznym związku.

Byłych niedoszłych można podzielić na cztery kategorie. Pierwsza z nich to byli, którzy nas zrobili w jajo. Nie lubimy ich. Bardzo my ich nie lubimy. Oczywiście wiemy, że nie byli nas warci, właściwie wiemy, że nie byli warci nawet funta kłaków, niemniej jednak ten gatunek byłych tkwi cierniem w naszym sercu i to bez względu na to, czy „już zapisani byliśmy w urzędzie”, czy też wpatrywałyśmy się w obiekt naszych westchnień nad zupą mleczną w przedszkolu, a ten drań celował w nas owsianką przy użyciu łyżki w charakterze katapulty.

To rozróżnienie wpływa na rozmiar ciernia, ale nie na fakt, że tkwi. Nie od dziś wiadomo, że nie ma bardziej złowrogiej potęgi, niż zranione serce kobiety. Na bolesność ciernia wpływa także fakt, że wedle niewyartykułowanego, ale popartego szeregiem doświadczeń klinicznych prawa Murphy’ego, na byłych- którzy-nas-w-jajo-zrobili natykamy się zawsze w sytuacjach, których wolałybyśmy uniknąć. Nieodmiennie taki były jest świadkiem naszej spektakularnej wywałki w wyniku nagłego złamania obcasa, obserwuje nas akurat, kiedy nasze dziecko dostaje histerii w sklepie z zabawkami i na cały regulator wykrzykuje: „kup misia!”, a my wygłaszamy uwagi, za które doktor Spock skopałby nam tyłek; lub też siedzi w salonie fryzjerskim, kiedy wpadamy tam kompletnie bez makijażu i z tłustymi włosami, no bo kto by je mył tuż przed fryzjerem. I nawet, jeśli fryzjer służy nam uczynnie swoimi życzliwymi plecami, żebyśmy się mogły przemknąć chyłkiem, to i tak najbliższy tydzień mamy zmarnowany na rozmyślania, w jakich to fantastycznych ciuchach i przecudownym, naturalnym oczywiście, makijażu mogłybyśmy natknąć się przypadkiem na tego dennego kretyna, i jakąż to błyskotliwą uszczypliwą uwagą byśmy go uraczyły. I by mu w pięty poszło, skubańcowi!

Druga kategoria byłych nazywa się „zostańmy przyjaciółmi”. I faktycznie, zostajemy przyjaciółmi. Bardzo bliskimi przyjaciółmi. Dzwonimy więc o trzeciej w nocy, pochlipując w słuchawkę w połowie drugiej butelki wina, że nam źle jest strasznie, bo wszyscy faceci to dranie, a szczególnie ten nasz obecny i co on sobie w ogóle myśli. Zawsze istnieje możliwość, że nasz były facet, świeżo mianowany najlepszym przyjacielem, wyczuje, że miejsce się być może zwalnia i wyrwie się z jakąś propozycją, na którą my oczywiście odpowiemy zdumione, że przecież jesteśmy teraz przyjaciółmi, ale w ten sposób zyskujemy rzecz cenną, a mianowicie zdecydowaną poprawę humoru.
Nasz nowy najlepszy przyjaciel może okazać się naszą najlepszą życiową inwestycją, bo chętnie zapozna nas ze swoimi kumplami, udzieli na ich temat wszelkich pożądanych informacji, im zaś wspomni słówko lub dwa na temat naszej pięknej duszy i jeszcze piękniejszej zewnętrznej powłoki, a w razie pomyślnego rozwoju sytuacji może nam ponieść welon.
W skrajnych przypadkach, ale raczej tylko wtedy, gdy nasz eks-związek nie został skonsumowany w sensie biblijnym, taki były może stać się również przyjacielem naszego męża, wrosnąć w rodzinę i zostać chrzestnym naszego pierworodnego. Niebezpieczeństwo w takim układzie jest tylko jedno – możemy z pewną niechęcią wracać do wspomnień naszego minionego związku, który nagle zaczyna zalatywać jakby kazirodztwem.

Trzecim typem są byli, których my zrobiłyśmy w jajo, czwartym zaś byli-niedoszli, z którymi właściwie nigdy nic, a jednak coś było na rzeczy.
Te dwie kategorie są nieco podobne w odbiorze. Do przedstawicieli obu odnosimy się z pewną rezerwą, nie mogąc uniknąć rzucania im współczujących spojrzeń, gdyż jasne jest, że cokolwiek by im się w życiu przytrafiło, to i tak na pewno nie jest to nic lepszego, niż my. No i jeśli się zdarzy, że jeden z naszych byłych kręci się w pobliżu to – rzecz jasna – należy bezwzględnie zastanowić się, czy nie odnowić starej znajomości, spotkać się, pogadać o starych czasach. Fryzjer, kosmetyczka i nowy ciuch są oczywiście tylko niejako przy okazji, bynajmniej nie „z powodu”, o, co to, to nie! Stare czasy, a poza tym kto to widział stroić się dla jakiegoś faceta. Po prostu – skoro już się spotykamy to nie zawadzi, żeby Karol z Piotrkiem zbierali szczękę z podłogi, rwąc włosy z głowy, jaki ja głupi byłem, że taki skarb z rąk wypuściłem. Szczerze – życzymy im jak najlepiej. Z ręką na sercu – niech im się układa, niech znajdą cudowną kobietę, z którą będą niesamowicie szczęśliwi. Właściwie to mamy nadzieję, że już znaleźli i że właśnie jak się spotkamy, to nam dumnie okażą śliczną rodzinną fotografię i z całą pewnością nie mamy zamiaru rozpraszać ich naszymi długimi nogami, odzianymi w samonośne pończochy, och, znowu ta koronka wyłazi, trudno ją utrzymać na miejscu, to takie krępujące, przecież wszyscy zobaczą, że mamy pończochy, co za wstyd, to taki intymny szczegół…
Wiadomo, że odgrzewane kotlety smakują nienajlepiej, my jesteśmy niezwykle szczęśliwe w naszym związku, a Karol i Piotrek też na pewno są, a jeśli jeszcze nie – no to tylko kwestia czasu, skoro im tak najszczerzej życzymy wszystkiego najlepszego. No i te ileś lat temu rozstaliśmy się w wielkiej przyjaźni, zgodni co do tego, że nie pasujemy do siebie.

Właściwie, to tak sobie myślę, że dawno nie przeglądałam albumów ze starymi fotografiami. Może warto sprawdzić, kto to tak pięknie na tej gitarze grał. I pomyśleć, gdzie teraz jest i co robi. Żadne tam odgrzewanie kotletów, ot tak sobie powspominać. Przecież to nigdy nie zawadzi, szanujmy wspomnienia i tak dalej…