Przeczytałam ostatnio dwa artykuły opublikowane w dwóch różnych czasopismach kobiecych. Jeden był pisany przez kobietę i dotyczył problemu podawania ręki w kontekście pominięcia w tym rytuale osób płci żeńskiej, drugi przez mężczyznę – dotyczył innego męskiego rytuału – koleżeńskich spotkań przy piwie.

Uświadomiłam sobie, że my, kobiety, kiedy spotykamy się z koleżankami, nazywamy to babskim wieczorkiem. Czy to oznacza, że w spotkaniu uczestniczą baby w chustkach na głowach i koszami wyładowanymi serem, jajkami i żywą kurą? Nie, to najczęściej oznacza, że spotykają się zadbane młode kobiety, posiadające dochody pozwalające na wieczorny wypad do pubu, który sam w sobie nie jest instytucją charytatywną i te swoje 12 zł za piwo inkasuje bez szczególnych wyrzutów sumienia. Ale nazywa się to babskim wieczorem, w odróżnieniu od męskich spotkań, które mają podobny przebieg, z tym, że nie uczestniczą w nich chłopy, tylko mężczyźni.
Może zaryzykować określenie „damski wieczór”? „Bawimy się jak damy, a jak nie damy, to się nie bawimy” – mawiała jedna z moich przyszywanych ciotek. W takim razie – „kobiecy wieczór”… Też niedobrze, kobiece to są grupy wsparcia. Zawsze wierzyłam, że cierpienie uszlachetnia, ale to chyba nie powinno oznaczać, że dopiero rak albo depresja umożliwia nam przeistoczenie się z baby w kobietę.

Tak się złożyło, że zostałam wychowana na dżentelmena. Otwieram drzwi przed osobami starszymi ode mnie, ustępuję miejsca w autobusie, a witając się z ludźmi obojga płci, podaję wszystkim rękę.
I tu zaczyna się dramat. Krótkie uściśnięcie dłoni jest to wyczyn ponad siły większości znanych mi kobiet. Dostaję do ręki omdlewającą galaretę mięsną, rzecz jakby zupełnie pozbawioną kości. I co tu robić z taką meduzą w dłoni? Uścisnąć normalnie – strach, bo jeszcze coś uszkodzę, zakładając, że kości jednak tam się znajdują, choć niezauważalne. Pochylić się i cmoknąć w mankiet – no, aż takim dżentelmenem to jednak nie jestem.
Gorzej, kiedy witana kobieta w ogóle ignoruje wyciągniętą rękę i rzuca się mnie całować. Zdarza się to niestety dość często i wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego muszę być obcałowywana przez ledwo znaną osobę tylko z tego powodu, że jestem kobietą, a jakoś tak się utarło, że kobiety całują się na powitanie nawet wtedy, kiedy się nie znają, albo co gorsza, wcale się nie lubią. Istnieje też rozpowszechniona technika polegająca na cmokaniu w powietrze przy uszach, co już w ogóle wydaje się niezrozumiałe.
No i pozostaje problem, ile razy cmokać – raz, dwa, a może trzy razy…? Nieporozumienie w tej kwestii może w drastycznych przypadkach skończyć się kontuzją jednej lub obu witających się osób, a nic tak nie psuje wieczoru jak obserwowanie kogoś, kto rozciera sobie uszkodzoną z naszej winy szczękę.

Mężczyźni mają specyficzny sposób traktowania kobiet, którym towarzyszy jakiś inny mężczyzna. Traktują nas wtedy jak teren obsikany przez samca, a jak wiadomo z licznych programów przyrodniczych, wkroczenie na taki teren grozi otwartą konfrontacją. Dlatego, jeśli liczymy na podryw, a wybieramy się na imprezę z partnerem, warto zadbać o to, aby przed wyjściem wypił pięć litrów wody. Wtedy większość czasu spędzi w toalecie, co daje nam szansę na to, że zatańczymy z kimś innym niż on.
A serio – co tak naprawdę robimy, żeby być postrzegane jak indywidualności same w sobie, a nie przez pryzmat mężczyzny, z którym jesteśmy? Dlaczego mówimy „przyszedł Kazio z Edytą”, a nie „Edyta z Kaziem”? Bywa nawet, że mówimy po prostu „przyszły Kaziki”, co wcale nie oznacza, że Kazio przyprowadził ze sobą brata bliźniaka o identycznym imieniu, tylko to, że przyszedł z żoną, narzeczoną lub dziewczyną. Dlaczego stoimy potulnie czekając aż mężczyzna poda nam rękę, zamiast same pierwsze ją wyciągnąć, do czego, według każdego podręcznika savoir vivre’u, mamy niekwestionowane prawo? Dlaczego w sytuacji, kiedy jesteśmy traktowane jako dodatek do partnera, nie zapytamy prosto z mostu o powody takiego zachowania? Pewnie, lepiej nic nie mówić tylko potem poskarżyć się koleżankom, przepraszam – babom, które pokiwają ze zrozumieniem głową, bo same robią dokładnie tak samo, czyli nic nie robią. Stoją, patrzą i zżymają się wewnętrznie.

W czasie pobytu w szpitalu, w którym rodziłam dziecko „po ludzku”, uświadomiłam sobie, że spośród życiowych zmian, które niesie za sobą decyzja o rodzicielstwie, najbardziej dotkliwa dla mnie jest utrata biustu. Tę część ciała można nazywać różnie. Piersi też nie są złym określeniem. Niestety, ich również nie miałam. Leżąc na oddziale położniczym, typowo babskim, rzecz jasna, ponieważ znajdowały się tam same baby, względnie babeczki, stałam się posiadaczką cyców. „Dziecko płacze? Pewnie chce cyca”. „Pani da mu cyca”. „Cyce przed karmieniem należy umyć”.
Kiedy po powrocie do domu przeczytałam w książeczce zdrowia dziecka „karmić piersią na żądanie”, poczułam się trochę zdezorientowana, bo z taką terminologią nie zetknęłam się w szpitalu.

Teraz trochę domorosłej psychologii. Dlaczego jest tak, że niektóre osoby przyciągają do siebie wszelkie możliwe nieszczęścia, kieszonkowców, zboczeńców i emocjonalnych popaprańców, a inne kroczą przez życie z wysoko uniesioną głową i wszystko im się udaje?
Ano dlatego, że przekazujemy otoczeniu niewerbalne informacje o sobie samych. „Jestem nadętym macho”.”Jestem rozmemłanym maminsynkiem”. „Jestem pewna siebie, spadaj cwaniaczku”. „Jestem kompletnie rozkojarzoną kretynką, spokojnie możesz mnie okraść, nawet nie zauważę.”

Spójrzmy na sprawę powitań z punktu widzenia mężczyzny. „Idę sobie, spotykam Zenka, stoi z dwoma mężczyznami i jakąś babą z cycem. Witam się ze wszystkimi, baba ręce trzyma przy sobie, nie odzywa się, to co będę z nią gadał?”

To, co myślimy o sobie, wpływa na to, co myślą o nas inni. A nie myślimy o sobie dobrze. Określenia, których używamy, opisując same siebie, są głupie, uwłaczające, a czasami wręcz obraźliwe. Jeśli tego nie zmienimy, nie zmienimy również tego, jak jesteśmy traktowane. A może w ogóle nie zwracajcie na mnie uwagi – ta cała moja pisanina to takie tam babskie gadanie.