NRL dość skutecznie pacyfikowała poczynania powstańcze w fazie początkowej. We wspomnieniach najbardziej aktywnych powstańców oburzenie na hamulcowych z NRL jest leitmotivem. Pan w swojej książce bardziej te „rowy” zasypuje, niż je analizuje i ocenia.

Każda ze stron miała swoje racje. I NRL, i prąca do powstania młodzież. Tak dzisiaj, jak i wtedy młodzieńcy w wieku 18-20 lat „wszystko wiedzieli” i nie żywili absolutnie żadnych obaw. Czterdziestolatek rewolucji robił nie będzie, a dwudziestolatek zawsze powie: a niby dlaczego nie? Młodzi aktywiści rozgrzani patriotycznym żarem dążyli do starcia, a starsi, skupieni wokół NRL, musieli lawirować.

Mam wątpliwości, czy to faktycznie tylko kwestia różnic pokoleniowych. Realiści faktycznie planowali powstanie, czy raczej – jak imputowali im aktywiści  zamierzali czekać na werdykt zwycięskich mocarstw?

Działali dwukierunkowo. Z Paryża tajnym kanałem szły, wiemy o tym z archiwum Paderewskiego, wyraźne sugestie. Francuzi, wobec narastającej brytyjskiej niechęci do osłabiania Niemiec, szukali jakiegoś wsparcia. „Sprawa polska” idealnie się do tego nadawała. Tylko trzeba to sobie jasno powiedzieć: na konferencji pokojowej w Paryżu w gruncie rzeczy nie było odrębnej sprawy polskiej. Był problem statusu Niemiec w powojennej Europie. Sprawa polska stanowiła tylko odprysk tej kwestii. Podobnie jak czechosłowacka, węgierska…

Widać to doskonale w sławnym orędziu Wilsona, o którym „każde dziecko w Polsce wie”, że poruszył sprawę niepodległości Polski. Dziecko to nie wie natomiast, że w tymże orędziu zanim wypowiedział się na temat Polski, w punktach wcześniejszych zajął się np. Serbią.

Były zresztą dwa orędzia Wilsona. O tym drugim cisza u nas od zawsze, jak makiem zasiał. A prezydent USA w sporej mierze wycofywał się w nim z tez wcześniejszych. To polityka. Gdyby Polska leżała tam, gdzie Norwegia lub Szwajcaria, pies z kulawą nogą by się naszą niepodległością nie zainteresował. Ale nasze ziemie leżą tuż obok Niemiec, więc gdy na konferencji pozycja Francji słabła, sprawa polska idealnie się Francuzom nadawała na asa z rękawa. Popierali nas nie z miłości, a chłodnej politycznej kalkulacji – podobnie zresztą, jak w jednym z poprzednich wątków naszej rozmowy, gdy warto było podkreślić, że tak naprawdę nasze „dawanie świadectwa” Europę i świat niewiele obchodziło. Z tych samych pobudek NRL zupełnie słusznie nie ujawniała planów separatystycznych wewnątrz Niemiec. Do 28 czerwca 1919 r. Wielkopolska była ciągle częścią państwa niemieckiego i należało za wszelką cenę unikać sytuacji, w której Warszawę wiązać by można z sytuacją w Wielkopolsce.

Ciężko uwierzyć, że Niemcy jak dziecko we mgle brali to wszystko za dobrą monetę. Choć z drugiej strony casus pertraktującego z nami w Poznaniu ministra von Gerlacha, którego udało się zdezorientować i wmówić mu, iż o niezależności Wielkopolska nawet nie myśli, pokazuje co innego.

Naiwność von Gerlacha to jedno, a robienie przez Niemców dobrych min do złej gry, to drugie. Wygodniej było im udawać, że widzą mniej niż faktycznie dzieje się dokoła. W sytuacji rewolucji i rozprzężenia w Niemczech nie mieli sił, by się nam przeciwstawić. W tej sytuacji Komisariat NRL na wzburzone fale poznańskich narodowych emocji lał tyle oliwy, ile było trzeba, aby nie pogarszać naszej pozycji w Paryżu. Jednocześnie realiści zacieśniali kontakty z Piłsudskim, wnosząc o przysłanie generała dla objęcia komendy nad powstaniem. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że powstanie już trwało, już przelewano krew, a jednocześnie w najlepsze trwały nadal pertraktacje NRL z Berlinem. Niemcy nie zdawali sobie sprawy ze skali zrywu. To trochę trudne do zrozumienia dla osób wychowanych na kulcie Powstania Warszawskiego, ale Powstanie Wielkopolskie toczyło się niejako na marginesie normalnego życia. Kiedy W. Jaruzelski w 1981 roku wprowadzał stan wojenny, przede wszystkim uderzył w systemy łączności, wyłączył telefony. Tymczasem w Wielkopolsce roku 1918 było inaczej. Gdy Stanisław Taczak przyjechał do Wielkopolski, by odwiedzić w Poznaniu brata (po drodze, przejazdem z Berlina, gdzie miał rodzinę), na co otrzymał urlop z odrodzonego wojska polskiego – zaproponowano mu powstańcze dowództwo. Oficer po prostu podszedł do biurka stojącego przecież w istniejącym nadal państwie niemieckim, w pruskim jeszcze Poznaniu i zadzwonił za granicę, do leżącej w Kongresówce Warszawy. Otrzymał od swojego przełożonego telefoniczną zgodę na objęcie dowództwa nad siłami powstańczymi, odłożył słuchawkę i przejął komendę. Groteska, prawda? Podobnie zmobilizowano uzbrojonych ludzi z prowincji, by zjawili się w Poznaniu celem ochrony Paderewskiego. Nie w inny sposób poinformowali oni potem swoich kolegów z rodzinnych miejscowości – „już się zaczęło!”.

Powstanie na telefon?

W wielkiej mierze – tak. Pamiętajmy jednak, że tak samo robili Niemcy. Ale to nie powinno dziwić, skoro przez całe powstanie bez większych zakłóceń funkcjonowały banki, urzędy, biura, sklepy i fabryki.

Skoro mowa o normalnym życiu podczas powstania  nie słychać o nacjonalistycznej proweniencji bestialstwie w Wielkopolsce lat 1918-1919. Nawiasem mówiąc, wobec znacznej liczby zamieszkujących Wielkopolskę Niemców niesłusznie, moim zdaniem, pomijany jest temat wzajemnych stosunków między ludnością polską a niemiecką. Mam na myśli tych, którzy bezpośredniego udziału w walkach nie brali.

Szkoda, że tych kwestii w książce nie poruszyłem. Jeśli mowa o bestialstwie, to jednak nie było całkiem różowo. Nie zapominajmy choćby o przypadkach nieudzielania sanitarnej pomocy rannym powstańcom wziętym przez Niemców do niewoli. Generalnie jednak należy stwierdzić, że nie było podczas powstania typowej dla późniejszych polsko-niemieckich konfliktów nienawiści. To była w miarę „po rycersku” prowadzona walka. Zdarzały się przypadki zbydlęcenia, ale nie stanowiły one normy. To były wyjątki, na swój sposób zrozumiałe − cztery lata okopów nie mogły uczynić z ludzi aniołów. Było wręcz przeciwnie, ale też i nie dochodziło do nienawistnej zajadłości. W Wielkopolsce podczas powstania często bili się między sobą sąsiedzi, którzy cele mieli przeciwstawne, ale nie przekładało się to na niepohamowaną nienawiść narodowościową. Z literatury pięknej łatwo nabyć fałszywą optykę stosunków polsko-niemieckich. Wcale nie było tak, że przez 123 lata Polacy z Niemcami wciąż tylko walczyli. Czy sensowna byłaby ciągła szarpanina z sąsiadem tylko dlatego, że nazywa się Schulze, a nie Nowakowski? Nie wolno na wszystko patrzeć przez drugowojenne okulary, bo popada się w ahistoryzm. Podobnie zresztą bywało też w pozostałych dwóch zaborach. Warto przypomnieć, że zaborczy przecież, rosyjski gubernator Kalisza Michaił Daragan był przez Polaków wprost uwielbiany. Im bardziej zdajemy sobie sprawę z niejednoznaczności sytuacji tamtych czasów, tym bliżej nam do prawdy historycznej.

Sęk w tym, że kiedy o owych niejednoznacznościach mówić głośno, protesty nie milkną, szczególnie obecnie, gdy miłościwie nam panuje specyficzna polityka historyczna.

Kiedyś abdykuje. Historia nie jest czarno-biała, w odróżnieniu od „realiów” malowanych w westernach, bajkach dla dzieci, politycznej retoryce.

Wracając do NRL. Rozumiem w jakimś stopniu schładzanie patriotycznego kotła Wielkopolan, rozumiem, że w jakimś stopniu mogło to być pożyteczne i zapewne było. Znane są jednak przypadki, w których taka a nie inna polityka NRL przynosiła owoce mocno robaczywe. Np. w kwestii wypuszczenia z Poznania 6 pułku grenadierów wraz ze sprzętem.

Ale ich przecież wtedy, w końcu grudnia 1918 roku, nie dałoby się pokonać!

Załogi Ławicy również? Poznańskie lotnisko zdobyto w wyniku akcji przedsięwziętej siłami i pomysłem POWZP wbrew stanowisku NRL. Tu „realizm” NRL nie miał sensu, jak się dowodnie okazało na polu walki.

Aż tak ostro bym sprawy nie stawiał. Wciąż trwały pertraktacje i wcale nie były one dla sprawy polskiej bezowocne, skrajny radykalizm i palenie mostów nie zawsze są drogami prowadzącymi do sukcesu. Wielkopolanie stosowali zresztą mało gdzie indziej znane metody. Dlaczego Niemcy zezwolili na zwołanie Sejmu Dzielnicowego? Bo poznaniacy zagrozili wstrzymaniem dostaw żywności do Niemiec. Szantaż poskutkował.

Wielkopolski spryt, pragmatyzm i wyrachowanie w najlepszym znaczeniu tych słów. Nie inaczej postępowano choćby w kwestii szkolenia nam przez Niemców kadr powstańczych.

Owszem, gdzieś do roku 1916 nasi konspiratorzy nie namawiali Polaków do dezercji z armii Kaisera, lecz mówili: idźcie, szkolcie się, walczcie, nabierajcie doświadczenia, które nam się przyda. Tylko nie nadstawiajcie zbytnio głów. Później natomiast jawnie namawiano do dezercji i uchylania się od służby organizując perfekcyjny system ukrywania niedoszłych kajzerowskich wojaków.

Ci sami ludzie odegrali wielką rolę w początkowym okresie powstania, kiedy to gorąca niepodległościowa lawa szerokimi strumieniami wylała się z Poznania na Wielkopolskę…

Tych kilkanaście tysięcy młodych ludzi, którzy nie do końca zdawali sobie sprawę, co robią, na co się porywają – to była lokomotywa powstania. I bardzo dobrze, że nie byli w pełni świadomi konsekwencji. Nadmiar rozsądku czasem bywa zgubny. Gdyby młodzież medytowała miast działać, to mogłoby do niczego nie dojść. To jest w Powstaniu Wielkopolskim właśnie najciekawsze: połączenie spokoju, rozsądku NRL z „gorączką” aktywistów. Oto doskonały przepis na wielkopolską mieszankę wybuchową.

W fazie drugiej powstania na pierwszy plan wyszła obrona stanu posiadania osiągniętego w wielkim stopniu w wyniku działań owych gorących głów, często wbrew realistom…

To pewna niedokładność. Na początku fazy drugiej uderzono między innymi na Rawicz, choć niezbyt wiadomo po co, skoro brakowało sił. Miasta nie zdobyto, a i tak nam je przyznano w Wersalu.

Powstańcy nie mogli przecież wiedzieć, że Rawicz przypadnie nam decyzją aliantów. Generalnie  w fazie drugiej aktywistów, odgrywających dotąd wielką rolę, odsunięto na plan drugi, czy jeszcze dalszy. Przyczyną były wyłącznie ich zbyt niskie kwalifikacje dowódcze? Czy może „po zdobyciu sklepu, kto inny nabrał ochoty na cukierki”?

Brutalnie rzecz ujmując – aktywiści przestali być potrzebni. Z chwilą, kiedy większość obszaru, jaki zamierzano zająć, została uwolniona, kiedy formowano armię regularną – istnienie tych struktur było już niepotrzebne. W związku z tym włączono aktywistów w mechanizm regularnej armii. Naturalną koleją rzeczy jest, że tego typu organizacje kiedyś się kończą. Nie było zresztą większego oporu z ich strony, co nie znaczy, że byli z obrotu spraw zadowoleni. Na przykład Mieczysław Paluch długo jeszcze, a niezbyt skutecznie próbował walczyć o swoją niezależność. Trzeba wszelako pamiętać, że i w fazie drugiej zdarzały się akcje w stylu z początku powstania. A koncepcje rozszerzenia powstania były dwie. Muśnicki chciał uderzyć ku Bałtykowi, licząc na armię Hallera transportowaną do tamtejszych portów. Natomiast Korfanty optował za kierunkiem południowym – ku Śląskowi, co zrozumiałe – stamtąd pochodził. Obydwie koncepcje zdewaluowały się bardzo szybko, gdyż Haller nadciągnął dopiero w kwietniu 1919 i to drogą lądową. Nadto (wbrew polskim zobowiązaniom międzynarodowym) przerzucono jego oddziały na wschód. Natomiast kierunek śląski przestał być aktualny, ponieważ sytuacja była tam zupełnie inna niż w Wielkopolsce, a ostatecznie i tak mocarstwa sojusznicze postanowiły rozstrzygnąć sprawę przynależności regionu drogą plebiscytu.

Czy Wielkopolskę stać było na realizację planów rozszerzenia powstania?

Zmobilizowanie kilku roczników dało 120 tysięcy ludzi pod bronią to aż 16% całej populacji regionu. Do natychmiastowego użycia mieliśmy 75 tysięcy żołnierza, co jak na niewielki obszar było wielką liczbą. Należy sobie uświadomić przy tym, że do obrony posiadanych rubieży armia nasza była odpowiednia. Gorzej rzeczy by się miały, gdyby wojsko to ruszyło głębiej, choćby na Pomorze. Pamiętajmy, że głównym atutem powstańców było wsparcie ludności na terenach walk. Tego atutu Wielkopolanie idący na Pomorze już nie mieliby w rękach. Gdyby zaatakowali silnie zniemczoną Bydgoszcz, to sami niemieccy mieszkańcy miasta byliby w stanie bez trudu poradzić sobie z wkraczającymi oddziałami powstańczymi i to nawet bez wsparcia regularnych wojsk. Polskich żołnierzy po prostu było na to za mało. Podobnie byłoby, gdybyśmy wtedy uderzyli na Śląsk. Podjęcie próby rozszerzenia powstania bez realnej pomocy z zewnątrz byłoby karygodnym błędem i na szczęście go nie popełniono. Słusznie podjęto decyzję obrony, niemałego przecież, stanu posiadania. Niemcy, mimo najszczerszych naszych chęci i wysiłków jednak byli silniejsi od nas. Nadto w tej fazie powstania mieliśmy do czynienia z zupełnie inną armią niemiecką. Jej żołnierzom nie opłacało się już wracać do domów. O ile tuż przed i tuż po zawieszeniu broni na froncie zachodnim, podstawowym dążeniem każdego niemieckiego wojaka było opuszczenie kajzerowskich szeregów i spokojny powrót do domu, to później było inaczej. W Niemczech brakowało pracy, żywności, pewności jutra. Tego, co mogli żołnierze otrzymać pozostając w szeregach armii. Oficerowie z sukcesem wykorzystali te realia do przywrócenia dyscypliny.

fot. Dariusz Smoliński

Czy pan dostrzega jakąś łączność Powstania Wielkopolskiego z późniejszymi zrywami śląskimi? Pomijając samą osobę Korfantego oraz niezwykle liczny udział weteranów POWZP z Wielkopolski w śląskim POW.

Proszę pana: POWZP, POW Górnego Śląska oraz Organizacja Wojskowa Pomorza to trzy różne organizacje, a każda z nich była absolutnie niezależna od Warszawy. Z piłsudczykowską POW nie miały organizacyjnie nic wspólnego…

To nazewnictwo to świadoma złośliwość wobec przyszłych pokoleń?

Skądże. A jak nazwać można wtedy było organizację wojskową złożoną z Polaków? Inna rzecz, że w latach trzydziestych dokonano manewru propagandowego i wszystkie te organizacje wrzucono do jednego wora, a efekt tego do dziś pokutuje w głowach Polaków. Co do związków Wielkopolski z Górnym Śląskiem – z pewnością więź duchowa obu tych regionów była silna. Wprawdzie Pomorze wchodziło w skład tego samego zaboru, lecz bardzo się różniło od pozostałych dzielnic, przede wszystkim stopniem zgermanizowania. O tym, aby wystąpiło zbrojnie przeciw Niemcom, nie mogło być mowy. Na Śląsku zaś wielu było zdeterminowanych Polaków zdolnych liczebnie i organizacyjnie do takiej akcji. Rzecz warta uwagi: o ile w Poznańskiem roku 1918 brakowało oficerów wyższego szczebla – podpułkowników trzeba było ze świecą szukać, to podczas III Powstania Śląskiego problem ten nie występował. Braki wielkopolskie Dowbór-Muśnicki uzupełnił głównie swoimi dawnymi podkomendnymi z I Korpusu Polskiego w Rosji. Potem zaś, gdy tworzono Armię Wielkopolską, awansowano najlepszych z młodszych oficerów, dzięki czemu wielkopolskie siły zbrojne miały już kadrę z prawdziwego zdarzenia. Gdy oddziały powracające z frontu polsko-bolszewickiego musiały przejść na etaty pokojowe, pojawił się problem nadmiaru kadry. Odłowiono więc oficerów służących wcześniej w armii niemieckiej z uwagi na ich mentalność, znajomość regulaminów, języka i komend i rzucono ich na Śląsk. Ślązacy nie musieli więc o nic prosić Warszawy – oficerowie nadeszli z Wielkopolski. Z dawnej Kongresówki też byli kierowani, ale cenniejsi byli dawni poddani cesarza Wilhelma.

To było takie ważne, żeby oficerowie pochodzili z armii niemieckiej?

Przecież Ślązacy i Wielkopolanie często nie znali polskich komend, gdyż w gruncie rzeczy nie istniały. Zresztą nie każdy znał język polski – Konrad Golniewicz, jeden z najlepszych dowódców powstańczych mówił tylko po niemiecku! Rugał wojaków w tym języku, co ich do niego nie nastrajało najprzychylniej, delikatnie mówiąc. Powstańcy uwierzyli w szczerość Golniewicza dopiero, gdy w jakiejś potyczce z pistoletem w dłoni ruszył do natarcia na czele tyraliery, po niemiecku komenderując atakiem Polaków na Niemców.

Choć w ocenie zjawisk historycznych zawodna to metoda, ale gdyby jednak musiał pan procentowo wyliczyć, co zaważyło na losach powstania najbardziej: działanie bezpośrednie w trakcie trwającego już powstania, tzw. wielkopolska droga do niepodległości, czy po prostu upadek państwa niemieckiego, albo też wsparcie aliantów zachodnich?

Nie da się tak hierarchizować. Żaden z czynników nie był ważniejszy od pozostałych. Nie mogło zabraknąć żadnego z czterech elementów układanki, w wyniku której Polska odzyskała niepodległość. Nie mogło zabraknąć ani woli narodu, ani jednoczesnego wyeliminowania z gry całej trójki zaborców, ani politycznej gry Francji, ani wspaniałej kadry niepodległościowej, którą wtedy mieliśmy. Chciałbym tu z całą mocą podkreślić fakt, że militarne aspekty powstania zajmują w mojej książce stosunkowo niewiele miejsca, chociaż jestem świadom, że to są sprawy najbardziej dynamiczne, efektowne, najłatwiej zapadające w pamięć…

Tyle, że w Powstaniu Wielkopolskim brak wielkich batalii, nie było tzw. wielkiej wojny. Jeśli „małą wojnę” rezerwujemy dla partyzantki, to tutaj najbardziej adekwatne byłoby określenie „wojna średnia”.

Cóż, pomijając niektóre z działań, większość opisów walk można by sprowadzić do schematu: trzech Kaczmarków na lewym skrzydle, piętnastu Kaczmarków na prawym, a oba cekaemy środkiem. Nie dlatego jednak tak mało przyłożyłem się do militariów. Starałem się skupić na uwypukleniu związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy „wielkopolską drogą do niepodległości”, a zwycięską walką lat 1918/19, czego rezultatem było półroczne funkcjonowanie regionu jako samodzielnego państwa. Ta półroczna samodzielność była zjawiskiem niezwykle istotnym, o którym kompletnie się zapominało i przed wojną, i za PRL-u. Nie inaczej jest obecnie. Tymczasem, gdy ze względu na sytuację międzynarodową nie wolno było tworzyć struktury państwowej na terenie Wielkopolski – nie było zatem premiera, rady ministrów, to i tak regionowi udało się w niezwykle trudnej sytuacji z powodzeniem funkcjonować niczym niepodległe państwo. Zasługą ks. Stanisława Adamskiego było zorganizowanie zwycięskiej powstańczej Wielkopolski na wzór spółki handlowej. Ba! On to wszystko organizował już wcześniej − w momencie zwołania Sejmu Dzielnicowego. Moim zdaniem ks. Adamski był najsilniejszą osobowością w całym Komisariacie i swoje koncepcje z konsekwencją realizował. Proszę zwrócić uwagę: Komisariat Naczelnej Rady Ludowej, Naczelna Rada Ludowa, Rady Ludowe w terenie. To przecież jest lustrzane odbicie struktury: premier, rząd, agendy rządu w terenie. A wszystko na podobieństwo organizmu gospodarczego: rada nadzorcza, zarząd, zgromadzenie akcjonariuszy. W rezultacie od Trewiru po wersalski traktat pokojowy Wielkopolska funkcjonowała jako oddzielne państwo i to funkcjonowała bardzo sprawnie, mając de facto rząd, parlament, wojsko i służbę dyplomatyczną. Owo niepodległe życie byłoby niemożliwe bez działalności czterech pokoleń organiczników, raptem dwóch setek trochę zwariowanych działaczy, którzy gruntownie przebudowali mentalność społeczeństwa. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bez pracy organiczników nie byłoby zwycięskiego powstania i jego bezpośredniego skutku  samodzielności politycznej regionu.

I jeszcze jedna sprawa, na którą koniecznie trzeba zwrócić uwagę: wbrew naszej mitologii, od ostatecznego ukształtowania się granic rozbiorowych aż po rok 1918 nie miała miejsca nieustanna bijatyka Polaków z Niemcami. Gdyby faktycznie tak było, nie dalibyśmy rady i rozpłynęlibyśmy się w niemieckim morzu. Niemcy, o czym się nie pamięta, traktowali nas nie inaczej niż Alzatczyków, Francuzów w Lotaryngii, czy Duńczyków ze Schlezwigu-Holsztyna – czyli jako ludność ziem skolonizowanych. Oświecony kolonizator cywilizował „miejscową dzicz”.

Wzorem Fryderyka Wielkiego piszącego do D’Alemberta o rozbiorowo „przygarniętych” Polakach: Biednych tych Irokezów będę się starał oswoić z cywilizacją europejską?

Z Irokezami zdecydowanie przesadził, ale opóźnienia cywilizacyjne były i to niemałe. Zdając sobie z tego sprawę, organicznicy postawili sobie za cel stworzenie struktur konkurencyjnych do prusko-zaborczych. Niemcy mają swój system bankowy? Stworzymy swój. Niemcy mają swój przemysł (w Wielkopolsce akurat kiepski, gdyż to region rolniczy)? Zbudujemy swój własny. Najlepszy przykład Cegielski… Niemcy mają uniwersytety, towarzystwa naukowe itp.? Tworzymy TPN, wspieramy działalność Raczyńskiego, Działyńskiego. Niemcy mają organizacje rolnicze? My mamy Jackowskiego i jego kółka rolnicze, mamy…

Doktora Karola Marcinkowskiego…

A jakże! Szkoda, że w Polsce mało kto słyszał o tym wielkim społeczniku, lekarzu, organizatorze życia społecznego, powstańcu z 1830 roku. Podobnych nazwisk można wymienić jeszcze mnóstwo…

Niemcy dopiero pod koniec XIX połapali się, co się dzieje. Wcześniej byli zadowoleni, gdyż – ich zdaniem – działalność organiczników odciągała polskich Wielkopolan od powstań. Z tej radości nie zauważyli, jaka im pod bokiem rośnie konkurencja. Konkurencja skuteczna, co trzeba podkreślić. To dzięki strukturom stworzonym przez organiczników po „wyniesieniu się” Niemców z Wielkopolski region mógł sprawnie funkcjonować. Nie zapominajmy o „gabinetach cieni” – o tajnych komitetach obywatelskich. W typowym miasteczku wielkopolskim, takim o dwóch tysiącach mieszkańców, co niedzielę po sumie spotykała się elita: ksiądz, aptekarz, lekarz, nauczyciel. Również miejscowy ziemianin, ale nie hreczkosiej, jak to w innych regionach, lecz nowoczesny przedsiębiorca rolny. Z naciskiem na nowoczesny. O ile do wiosny 1918 spotkania te polegały na sączeniu wina i kawy oraz grze w karty lub szachy, to potem ich treścią było dzielenie stanowisk w przyszłej polskiej administracji terenowej: „kiedy szkiebrów zabraknie, to ja będę starostą, ty burmistrzem”. I nie chodziło o „skok na kasę”. Jeśli się pamięta o niemałej pracy oświatowej w Wielkopolsce, to staje się jasne, że ci ludzie mieli całkiem niezłe kwalifikacje na stanowiska opuszczone przez kajzerowskich urzędników. Wobec takiej postawy Wielkopolan nie mogło być miejsca na lukę czasowo-personalną w urzędach niezbędnych do sprawnego funkcjonowania organizmu państwowego.

Marek Rezler - fot. R. Cichowlas

Najbardziej barwny epizod Powstania Wielkopolskiego, słynny rajd Cymsa, jest jabłkiem dość daleko spadłym od jabłoni pracy organicznej. Z drugiej strony patrząc: w miejscowościach, do których w marszu na Inowrocław docierali ludzie Cymsa, wciąż trafiano na zebrania miejscowej ludności, która już się organizowała do przejmowania kontroli nad swoim terenem. Nadchodził Cyms i błyskawicznie powstanie rozlewało się coraz szerzej. Rajd był tylko ostatecznym impulsem, a nie eksportem insurekcji. Przeważał szalę na rzecz tych, którzy aż przebierali nogami, by wystąpić nie czekając na dyrektywy z Poznania. Nie było żadnej pustki. Cyms mógł spokojnie iść dalej, bo wiedział, że za sobą nie pozostawia spalonej ziemi po administracji niemieckiej, lecz krzepnącą nowopolską. To jest dla mnie w tym powstaniu fascynujące – sprawność działania i niesamowita podatność zasiewanego gruntu.

Mogło się tak dziać dlatego właśnie, że zryw nie był skutkiem działania grupki konspiratorów, lecz pokoleń organiczników. Po prostu powstanie było rezultatem finalnym długiego i mozolnego procesu przebudowy świadomości społecznej Wielkopolan. Szkoda, że na tej bazie nie zbudowano autonomii Wielkopolski w przedwojennej Polsce.

Były na nią realne szanse? Przecież II RP dążyła do scalania państwa, a nie jego autonomizacji. Śląsk też długo nie cieszył się autonomią.
Śląski sejm miał dużo do powiedzenia w sprawach regionu…