9. Czas przeniesiony do Warszawy

Pracowałem w Warszawie, ale stale interesowałem się losem Czasu w Krakowie. Od mojego wyjazdu Czas stale podupadał i tracił abonentów. Jak o niego dbano, niech zaświadczy anegdota, którą usłyszałem z Krakowa. Otóż u redaktora Czasu zjawiła się utytułowana starsza pani z prośbą, że pragnie zaabonować pismo. Zamiast skierować ją do administracji, redaktor zażartował, że to nie taka prosta sprawa i należy złożyć odpowiednie podanie wraz z rekomendacją. Po pewnym czasie podanie takie wpłynęło wzbudzając sensację w administracji pisma. A działo się to w czasie, kiedy pismo traciło abonentów, a Ilustrowany Kurier Codzienny Mariana Dąbrowskiego i Spółki reklamował się i unowocześniał.
Stanisław hr Badeni, wielki dobroczyńca nie tylko Czasu, ale i Akademii Umiejętności w Krakowie, skarżył mi się zgryziony, że trzeba będzie chyba pismo zamknąć. Bardzo ceniłem Stanisława Badeniego dla jego zalet charakteru, szlachetności zamysłów i wielkiej ofiarności na rzecz rozwoju nauki polskiej. Był synem marszałka krajowego Galicji, Stanisława Marcina Badeniego, który od austriackich władz wojskowych uzyskał w 1899 roku zwrot Wawelu i umożliwił podjęcie restauracji zamku królewskiego, najcenniejszej pamiątki historycznej Polaków. Na prośbę Stanisława Badeniego pojechałem do Krakowa i na miejscu stwierdziłem niepokojącą sytuację pisma. Antoni Beaupre, redaktor naczelny, z goryczą mówił, że starzy przyjaciele pisma, poza Badenim, przestali się interesować pismem, że w przestarzałej drukarni ciągle się coś psuje. Kilka starszych pań w administracji potwierdzało narastanie trudności. Wszystko prosiło się o odnowę.

W jakiś czas potem udało mi się doprowadzić do spotkania poświęconego specjalnie ratowaniu Czasu w Krakowie oraz pisma Dzień Polski, organu Stronnictwa Zachowawczego w Warszawie, którego sytuacja była niewiele lepsza, niż Czasu. Na zebranie, które odbyło się w pałacu księcia Janusz Radziwiłła przy ul. Bielańskiej, przybyli oprócz gospodarza: Stanisław Badeni, Artur Tarnowski, Artur Potocki i ja z Krakowa oraz senator Wojciech Rostworowski, senator Sobolewski, August Popławski i Jan Moszyński z ramienia warszawskiego Dnia Polskiego. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że należy oba pisma połączyć i nowemu pismu zapewnić solidne podstawy wydawnicze. Mnie polecono zająć się wszystkimi sprawami wydawniczo–drukarskimi, a Janowi Moszyńskiemu redakcyjnymi.

Z miejsca obaj zabraliśmy się do pracy. Istniejące dotąd Spółki Wydawnicze, drukarnię Czasu w Krakowie oraz Drukarnię Mazowiecką w Warszawie postawiłem w stan likwidacji. Wywołało to początkowo duże poruszenie pośród pracowników, zwłaszcza drukarnianych, ponieważ działo się to w czasie kryzysu, jaki przeżywały wszystkie przedsiębiorstwa poligraficzne, głównie z przyczyny przestarzałych urządzeń, jakimi dysponowały. Ale i tę drażliwą sprawę udało się korzystnie dla pracowników drukarnianych rozwiązać, głównie dzięki inicjatywie księcia Janusza Radziwiłła, dobrze orientującego się we wszystkim, co dotyczyło polskiego przemysłu. Powiadomił mnie, że istnieje możliwość przejęcia i wydzierżawienia na dogodnych warunkach dużej nowoczesnej Drukarni Polskiej S.A. przy ul. Szpitalnej 12. Skwapliwie skorzystałem z tej możliwości i spowodowałem zawiązanie się nowej spółki wydawniczej z. o. o., w imieniu której podpisana została dzierżawa Drukarni Polskiej S.A. Niezwłocznie przejąłem zarząd tej drukarni od ministra Antoniego Olszewskiego ku niezadowoleniu dotychczasowych dyrektorów, których musiałem oczywiście zwolnić. W ten sposób stworzyłem solidną podstawę dla startu Czasu, który odtąd miał się ukazywać w Warszawie. Wszystkim pracownikom zlikwidowanych drukarń w Krakowie i w Warszawie zapewniłem przejście do pracy w Drukarni Polskiej w Warszawie albo odszkodowanie.

Z miłości do starego Czasu rozpoczęła się moja nowa wielka przygoda, ale i wyczerpująca praca: zarządzanie dużą drukarnią, sprawami wydawniczymi Czasu i Przeglądu Współczesnego, a także redakcyjnymi, ponieważ podjąłem się prowadzić dział ekonomiczny. Musiałem znacznie ograniczyć moją pracę w Radzie Naczelnej do kilku godzin rannych, a pozostałe po południu, a także wieczorem, poświęcić już sprawom drukarniano–wydawniczym.
Pojechałem do Krakowa, aby zgodnie z tradycją zapewnić dla pisma współpracę profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jedynie profesora Stanisława Estreichera nie udało mi się przekonać do ponownego pisania. Wszyscy pozostali profesorowie z ks. Konstantym Michalskim, Romanem Dyboskim i Janem Dąbrowskim obiecali nadal pisać do Czasu. Prof. Jan Dąbrowski zgodził się nie tylko stale pisać artykuły, ale i kierować oddziałem redakcji w Krakowie. Sędziwego Antoniego Beaupre, naczelnego redaktora, zaprosiliśmy oczywiście do Warszawy, ale czuł się tutaj osamotniony, ponieważ poza mną i Wojciechem Natansonem, który został kierownikiem działu literackiego pisma, nie było w stałym składzie redakcji już nikogo więcej z Krakowa. Zastępcą redaktora naczelnego został dr Jan Moszyński i właściwie od samego początku kierował sprawami redakcyjnymi. Pozyskaliśmy z Expressu Witolda Wolfa jako redaktora technicznego i zaangażowali Stanisława Mierzeńskiego i najmłodszych – Edmunda Moszyńskiego i Zdzisława Morawskiego.
Zapewniliśmy sobie stałą współpracę niezwykle zdolnych i utalentowanych pisarzy i publicystów, a to: Ksawerego Pruszyńskiego, Wacława Zbyszewskiego i jego brata Karola Zbyszewskiego, Henryka Łubieńskiego, Adolfa Bocheńskiego i wielu innych. Wojciech Natanson jako kierownik działu literackiego przyciągał swoich krakowskich przyjaciół, ja jako kierownik działu ekonomicznego zapewniłem sobie współpracę swoich uniwersyteckich kolegów: dr Studentowicza, dr Stanisława Wyrobisza, dr Leona Oberlendera oraz z Warszawy Władysława Englichta i Janusza Łosia. Wśród nowych kolegów, razem z Wojtusiem Natansonem, propagowaliśmy wypróbowane wzory publicystyczne szkoły krakowskiej. Polegały one, mówiąc generalnie, na tym, aby piszącym nie narzucać żadnych warunków i pozwolić swobodnie się wypowiedzieć, nawet gdyby nie zgadzało się to z przyjętą przez pismo linią. Choć pismo pozostało nadal organem konserwatystów polskich, zachować chciało także liberalny kierunek, jaki nadali mu wybitni profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego.
W dziedzinie spraw gospodarczych i ekonomicznych pismo było nadal zdecydowanie przeciwne wszelkim monopolom, zarówno prywatnym, jak i państwowym. Opowiadało się za inicjatywą prywatną i wolnymi prawami rynku. Zwalczało wszelkie zjawiska deprecjacji i inflacji pieniądza, którą posługują się zawsze tylko ci, co nie umieją przezwyciężyć istniejących trudności gospodarczych. Popierało pismo umiarkowane reformy rolne, ale wskazywało, że jedynie melioracje i intensyfikacja opłacalnej produkcji rolnej i uprzemysłowienie zapewnić mogą rozwój kraju. Rezultaty przynieść może nie burzenie dotychczasowych struktur, ale ich doskonalenie i rozbudowa. Zapewnić to może tylko wytrwała praca i oszczędzanie. Innej drogi do wzbogacenia się nie ma.
Byłem rad, że przeniesiony z Krakowa Czas przyjmuje się na trwałe w Warszawie, podobnie jak my wszyscy, którzy przenieśliśmy się do niej.

10. Własny dom rodzinny

Zbrzydło mi kawalerskie życie, mieszkanie w sublokatorskich pokojach, odżywianie się  w restauracjach i barach. Stać mnie było na posiadanie własnego mieszkania i przyjmowanie u siebie zarówno mojej rodziny, jak i przyjaciół. Mieszkałem w dwupokojowym mieszkaniu sublokatorskim razem ze Zdzisławem Zdanowiczem, którego udało mi się zatrudnić w Radzie Naczelnej. Odwiedzali nas starzy przyjaciele – Mieczysław Wyderko i Tadeusz Hartman. Ostatnio najchętniej przesiadywał u nas Michał Tyszkiewicz. Przynosił płyty i przegrywał je wytrwale na moim walizkowym patefonie. Nasłuchałem się wtedy wielu piosenek, np. „Uliczkę znam w Barcelonie”, zanim zaczęła ją śpiewać Hanka Ordonówna w „Qui pro quo”. Michał tworzył dla niej i zwierzał się nam z trudności w zawarciu z nią ślubu. Starszy brat, Jan Tyszkiewicz właśnie zawarł związek małżeński z arcyksiężniczką i prosił mnie, abym nakłonił Michała do rezygnacji z planu, którego nie aprobuje cała rodzina. Pisała do mnie w tym duchu jego ciotka, hr Róża Raczyńska. Jednak Michał dopiął swego i ze Zdzisławem Zdanowiczem byliśmy świadkami na jego ślubie w kościele na Kamionku. Osamotniony  w swym postanowieniu, nie znalazł nikogo bliższego, jak kolegów uniwersyteckich.

Wynająłem wreszcie własne czteropokojowe mieszkanie przy ul. Polnej. Umeblowałem je dość chaotycznie i zgodziłem gosposię do prowadzenia gospodarstwa. Zdzisław Zdanowicz zamieszkał u swej siostry, a u mnie oczywiście Mieczysław Wyderko. Na wieść, że mam własne mieszkanie, zjechała z Krakowa moja siostra Fela i oczywiście rozgościła się u mnie. Ona, która w Krakowie odrzucała wielu pretendentów do jej ręki, nieoczekiwanie zgodziła się na małżeństwo. Wybranym mojej siostry okazał się młody aktor Włodzimierz Ordyński. Znałem jego stryja, reżysera Ryszarda Ordyńskiego, u którego niekiedy bywałem na brydżu, a on czasem pisał do Czasu.
Po ślubie siostra z mężem zamieszkali u mnie, a mój przyjaciel poszukać sobie musiał innego mieszkania. Doczekałem się rodziny we własnym mieszkaniu, ale nie własnej. Rojno było teraz zarówno przy stole jadalnym, jak i wieczorem, kiedy zjawiali się zapraszani przez siostrę nie tylko znani nam przyjaciele krakowscy, ale także nowi mili znajomi, jak prześliczna Irena Grzankowska, Kamieniobrodzki ze Lwowa, Tadeusz Kański Hartman, poznani w Zakopanem. Miałem trzydzieści lat, zajmowałem poważne stanowisko i przybywało mi tylko pracy, zebrań i konferencji. W życiu osobistym byłem osamotniony. Przestały mnie bawić przelotne flirty i dojrzewałem wyraźnie do małżeństwa, tylko nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Jak to już w moim życiu bywało, pomógł mi w tym przypadek.

W biurze Rady Naczelnej zatrudniłem z referencji senatora Jana Steckiego młodziutką pannę Halinę Brzęczkowską. Była zdolna, znała stenografię i została sekretarką prezesa, księcia Zdzisława Lubomirskiego i wiceprezesa Józefa Wielowieyskiego, byłego ministra pełnomocnego w Bukareszcie. Ubierała się skromnie w granatową, plisowana spódniczkę i białą bluzeczkę. Nie lubiły jej panie zatrudnione w biurze Rady. Kryzys rolniczy spowodował, że budżet Rady został ograniczony i należało wypowiedzieć pracę kilku pracownikom. Zdecydowałem, że otrzymają wypowiedzenie ci, którzy ostatnio zostali przyjęci. Należała do nich i młodziutka panna Halina. Gdy ją o tym powiadomiłem, była całkowicie zaskoczona. Twarz jej przybrała wyraz skrzywdzonego dziecka i z oczu popłynęły czarne łzy z widocznie podczernionych rzęs. Spostrzegła to i wybiegła z mojego dyrektorskiego pokoju. Pozostałem z uczuciem, że może rzeczywiście skrzywdziłem tę młodą dziewczynę. Dlatego ucieszyłem się, gdy wiceprezes oznajmił mi, że z prezesem nie chcą tracić dobrej sekretarki, a ponieważ nie ma na nią pokrycia w budżecie Rady, pensja jej będzie pokrywana z funduszu dyspozycyjnego prezesa.

Przeprosiłem pannę Halinę za przykrość, jakiej doznała i po raz pierwszy pocałowałem ją w rękę. Pomyślałem także, że chciałbym ją mieć za żonę. Odtąd przychodząc do biura zawsze witałem się z nią i wdawałem w rozmowę, czego dotąd nigdy nie robiłem. Dostrzegła to, ale najwyraźniej nie odwzajemniała mojego zainteresowania. Niezrażony zapytałem, czy pozwoli odwiedzić się w domu i złożyć uszanowanie jej opiekunom. Dopiero teraz dowiedziałem się, że jest sierotą, jeszcze w dzieciństwie straciła ojca, a matka jest nieuleczalnie chorą i przebywa w szpitalu. W Warszawie zamieszkała w mieszkaniu ciotki Zofii Drużyckiej i dziadka Józefa Drużyckiego. Wymawiała się od mojej wizyty, jak mogła, jednak nie ustąpiłem. Gdy zjawiłem się uroczyście z kwiatami, zastałem w jej mieszkaniu zamiast ciotki i dziadka tylko jej koleżankę. Dowiedziałem się, że ma narzeczonego, zdolnego ekonomistę E. Iwaszkiewicza. Nie zrażony tym, ująłem ją za ręce i prosiłem, aby pozwoliła mi starać się o jej rękę. Próbowała obrócić to w żart. Bliska płaczu prosiła, aby jej nie dręczyć, bo skończy się to tylko tym, że rzeczywiście będzie musiała odejść z biura. To rzecz nieunikniona, odpowiedziałem, ale dopiero wtedy, kiedy zostanie moją żoną.

Za następną wizytą zastałem już w mieszkaniu dziadka, typowego polonusa z patriarchalną brodą. Gdy poprosiłem go o zgodę na małżeństwo z wnuczką, powstał z fotela, kazał nam uklęknąć i czyniąc znak krzyża nad naszymi głowami pobłogosławił na wspólną drogę. Uśmiechnęła się i ucałowała nas przemiła jej ciocia. Rozjaśniła się także twarz mojej już narzeczonej, która jednak popłakała się przy błogosławieństwie dziadka. Dziadek kordialnie zaprosił do stołu na kieliszek domowej wiśniówki. Mimo 90 lat, które dźwigał, miał poczucie humoru i opowiedział nam, jak się zachował po swych oświadczynach: „Tylko niech panna Wiktoria nie sądzi, że odtąd będę chodził w spódnicy”, powiedział i takiej rady i mnie udzielił. Na zawsze zapamiętałem rodzinny, życzliwy nastrój, jaki wtedy zapanował.


Helena Grabowska 

Nie wszyscy byli radzi z mojego postanowienia założenia własnego domu rodzinnego.  W biurach Rady Naczelnej i Wydawnictwie Czasu wiadomość o tym przyjęto z nieskrywana rezerwą. Wiceprezes Józef Wielowieyski uszczypliwie powiedział, że jednak likwiduję najlepszą sekretarkę, jaką miał. Przyjaciele, starzy kawalerowie, nie bardzo chcieli wierzyć, moja siostra była wyraźnie zaniepokojona. Nawet narzeczona, którą z miejsca urlopowałem z biura, narzekała, że nie wie, co z sobą począć. Tylko ja sam się cieszyłem i moi rodzice. Ojciec proponował, aby w Tenczynku urządzić huczne weselisko, matka nie skąpiła życzliwych łez.
Ślub mój odbył się jednak w Warszawie, w drugi dzień Świąt Wielkanocnych – 18 kwietnia 1933 roku w pobernardyńskim kościele Św. Bonifacego, przy ul. Czerniakowskiej. Podobała mi się bardzo ta najbogaciej zdobiona stiukami i freskami niewielka świątynia Warszawy. Przed ołtarzem w niewielkiej krypcie mieściła się szklana trumienka z relikwiami Św. Bonifacego, przywieziona przez fundatora tego kościoła, marszałka wielkiego koronnego Stanisława Herakliusza Lubomirskiego, jako dar papieża Innocentego II. Pod prezbiterium znajduje się krypta, a w niej kamienne grobowce Lubomirskich.

Ślubu udzielił nam ks. Kazimierz Wójcik ze Zgromadzenia Zmartwychwstańców, ówczesny proboszcz tego kościoła, bliski przyjaciel mojej rodziny jeszcze z czasów krakowskich. Na ślub przybyła najbliższa rodzina. Po ślubie gościnnie przyjmowali nas krewni żony, państwo Tymińscy. Na koniec, jak było w zwyczaju, przeniosłem na rękach żonę przez próg, do mojego mieszkania przy ul. Polnej.


W godzinę po ślubie

Odetchnąłem dopiero wtedy, kiedy przybyła na ślub rodzina rozjechała się do swych domów. W moim pozostała siostra z mężem, która trzymała ster spraw domowych. W lecie wyjechałem z żoną na upragniony urlop do Orłowa, gdzie dopiero mieliśmy sposobność uczyć się tolerować pewne odmienne przyzwyczajenia. Na szczęście nie było między nami nic z gry i psychologicznych zawiłości, jakie w małżeństwie znajdują różni Vanderveldowie naszych czasów. Zasługą mojej żony było, że umiała zadbać o to, aby nasze uczucia były prawdziwe, a przyjaźń coraz trwalsza.
Po beztrosko spędzonym urlopie, w domu miał miejsce jednak mały kryzys. Powracając na obiad, zastałem w jednym pokoju zapłakaną żonę, a w drugim pakującą się siostrę. Stało się to, czego niestety nie przewidziałem; nie mogło być dwu pań zarządzających jednym domem. Na szczęście w porę udało mi się wszystko załagodzić. Siostra, nie bez pomocy z mojej strony, wynajęła mieszkanie na Saskiej Kępie i w końcu była rada, że jest panią u siebie. Moja żona musiała się uczyć nowej roli, która od początku tylko jej się należała. Odtąd już szczęśliwie nam się wiodło, aż do chwili, kiedy żona poczuła się matką.

Czas oczekiwania zakłóciła śmierć matki żony, śmierć wyzwalająca, bo dla siebie i najbliższych dawno już umarła. Los nie szczędził rodzinie mojej żony ciężkich ciosów, jak zresztą wielu rodzinom w okresie wyniszczającej pierwszej wojny światowej. Nie na wojnie, ale w czasie jazdy koleją, ojciec nabawił się tyfusu i zmarł w pełni sił, pozostawiając żonę, troje synów i dwie córki. Własny dom i cukiernia w Radomsku zabezpieczały dostatni byt rodzinie. Gdy jednak zabrakło tego, który dźwigał dotąd wszystkie obowiązki, zgasło szczęście rodziny. Cała troska o interesy i wychowanie dzieci spadła na matkę. Nie szczędziła sił, choć ciężar obowiązków był zbyt wielki. Gdy do tego syn Tadeusz, niezwykle uzdolniony, zmarł po zapaleniu płuc, nie zniosła już tego i zaczęła gwałtownie tracić świadomość rzeczy i porządku nielitościwego świata. Dzieci pozostały bez rodziców, ale nie same, ponieważ zaopiekowali się nimi dziadkowie, których mieli w Warszawie, ciotka Zofia i wuj Leopold Drużycki. Gdy dokładniej poznałem historię życia rodziny mojej żony, przestałem się dziwić, dlaczego na jej pięknej twarzy pojawiał się czasem wyraz smutnej zadumy.

Zakończył się pierwszy rok mojego pożycia z żoną i miałem zostać ojcem. W dniu 16 września 1934 roku niespokojnie chodziłem po korytarzu kliniki położniczej przy ul. Marszałkowskiej, w której żona bólem dokumentowała prawo zostania matką. W tej samej klinice i o tym samym czasie rodziła także żona mojego brata stryjecznego, pułkownika dypl. WP Władysława Grabowskiego, który później tragicznie zginął w Katyniu. Doktor Jasiukiewicz, który wiele dzieci już przyjmował, był zachwycony cierpliwością żony. Nie wydała ani razu okrzyku bólu, ale przyznała mi się później, że długo bolały ją zęby od zaciskania i palce rąk od trzymania się ramy stołu położniczego.
Uśmiechała się teraz do przyniesionej córki i mówiła do mnie: chciałeś pewnie syna, ale musisz zadowolić się córką, patrz jakie piękne maleństwo, jeszcze różowe jak raczek i jak kwili cichutko. Musiałem odejść, żonie należał się dłuższy kojący sen. Po wyjściu z kliniki wstąpiłem do najbliższego kościoła Najświętszego Zbawiciela modlitwą podziękować za łaskę.

11. W kręgu rodzinnym

Zmieniłem mieszkanie na bardziej dostosowane do potrzeb dziecka, przy ul. Filtrowej. Już w klinice córeczka dostała się w fachowe ręce siostry Hety Schmidt z Poznańskiego. Okazała się staranna i całym sercem oddana dziecku. Jedynie chwile karmienia należały niepodzielnie do matki. Jeśli byłem o tej porze w domu, patrzyłem chciwie na to prawie misterium. Dziecko niecierpliwie szukało piersi matki, a ta podając ją pożądliwym usteczkom obdarzała je niezrównanym uśmiechem. Piękno, wykorzystane zresztą jako motyw malarski przez tylu wielkich malarzy, u nas przez Stanisława Wyspiańskiego. I mnie wydawało się, że niczego piękniejszego oczy moje nie zobaczą.
Coraz piękniejsza była nasza córeczka. Żona także jakby jeszcze bardziej wypiękniała. Znikł wyraz niepewności i przedwczesnego smutku, jaki w niej się pojawił. Sama  w dzieciństwie niewiele zaznała pieszczot, a tak dużo ich miała dla córki. Podziwiałem w żonie właśnie matkę. Maleństwo tylko do niej się garnęło, a ojciec, choćby najbardziej się starał dorównać matce w uczuciach, musiał zejść na dalszy plan. Mógł być tylko widzem, zadowolonym, że przynajmniej siedzi w pierwszym rzędzie.

Następowały tylko dla nas ważne wydarzenia. Najpierw chrzest córki, dla którego znowu odwiedziliśmy kościół Św. Bonifacego na Czerniakowie, dokładnie w dwa lata od naszego ślubu. Mała otrzymała imię Izabela. Matką chrzestną została siostra żony Janina, ojcem zaś chrzestnym mój brat Jan. Podejmowaliśmy gości w naszym już nieźle zagospodarowanym mieszkaniu. Sam nie pragnąłem niczego więcej, dla mnie czas mógł się zatrzymać.
Latem na zaproszenie rodziców wyjechała żona z córką i z nianią do Tenczynka, na całe dwa miesiące. Bardzo tęskniłem za nimi, telefonowałem lub pisałem listy. Rada była z nich żona, ale przekornie zauważyła, że dopiero na odległość deklaruję uczucia, a gdy jestem przy niej, to musi się dopiero prosić o miłe sercu słowa. Dowodziłem nawet, że takie słowa nic nie znaczą, a nawet mogą kłamać. Później, kiedy żona nie mogła mnie słyszeć, znajdowałem w sobie wiele czułych, nie wypowiedzianych słów.

Przyjechałem do Tenczynka, aby zabrać z powrotem do Warszawy moją własną rodzinkę. Miał tu miejsce wtedy prawdziwy zjazd rodzinny. Oprócz mojej żony i córki przebywała w Tenczynku moja siostra Maria z córką Barbarą, siostra Fela z córką Krystyną oraz siostra Julia z córką Ewą.  Najbardziej szczęśliwa była moja matka, która rada by była mieć wszystkich koło siebie. Żona ubrana w szorty po chłopięcemu powitała mnie uśmiechnięta. Oczarowała nie tylko moją matkę i ojca, ciotkę Rozalię, ale i moje siostry. Ciepło i rodzinnie było tutaj. Biegałem z żoną i naszym psem, seterem angielskim, po rozległym parku. Z dala wśród drzew migotał wózek dziecięcy z Izą i nieodłączną szwester Hetą. Od strony budynków browarnianych nadchodził ojciec i pytał, czy nie wytoczyć na ogród beczułki piwa tenczyńskiego, bo dzień zapowiada się upalny, a po południu przyjadą jak zwykle moi bracia Edmund i Jan z żonami oraz szwagrowie: Józef Gunia, wyższy urzędnik w Izbie Skarbowej w Krakowie i Zygmunt Barciszewski, lotnik – milioner Polskich Linii Lotniczych. Takie zebranie się wszystkich w domu rodzinnym już nie powtórzyło się nigdy.

Następnego lata przywiozłem małą także do Tenczynka, a sam z żoną wybrałem się za granicę. Była to pierwsza rozłąka matki z córką, ale równocześnie obiecana nagroda za nią.   W drodze nad Adriatyk odwiedziliśmy najpierw ukochane miasto ojca, Wiedeń. Do kresu sił wykorzystaliśmy tu czas, widział nas Kahlenberg, Schoenbrun i oczywiście Prater. Na Kertnerstrasse i Mariahilve żona robiła zakupy, zadowolona, że w sklepach może rozmówić się po polsku, ponieważ wśród sprzedawców zawsze znalazł się Żyd, wywodzący się z Polski. W sklepach chętnie przyjmowano polskie złotówki. Przyjemnie było usłyszeć, że polskie złotówki to równie dobra waluta jak dolary. Zmęczeni zwiedzaniem chętnie siadaliśmy  w ogrodowej restauracji, gdzie przygrywała damska orkiestra. Wśród rozbawionych wiedeńczyków, przy kieliszku wina, udawałem zalotnika własnej żony i nuciłem wraz z innymi ciągle modne walczyki.
Nocnym pociągiem odjechaliśmy i rano byliśmy w Susaku, gdzie oczekując na statek, zdążyliśmy się wykąpać w Adriatyku. Jadąc statkiem przybrzeżnym, mogliśmy zachwycić się napotkanymi wysepkami, zwłaszcza Hvarem, a następnie Dubrownikiem. Spędziliśmy w nim trzy tygodnie, rano na pięknych plażach i pływaniu w zatoce, a wieczorem w nastrojowych winiarniach. Młodzi, przystojni Jugosłowianie porywali mi żonę do tańca, ja sam wolałem powoli sączyć młode wino.


Autor z żoną w Sarajewie

Wracaliśmy do kraju przez słynne Sarajewo, a następnie Budapeszt, który już był ostatnim etapem naszej zagranicznej eskapady. Podobała nam się stolica Węgier i żałowaliśmy, że nie mogliśmy się tu dłużej zatrzymać, popływać w Balatonie lub choćby na Margaretinsel. Obiecałem żonie, że tu powrócimy i dotrzymałem słowa, gdy w następnym roku otrzymałem zaproszenie na Międzynarodową Wystawę Rolniczą. Dopiero wtedy mogliśmy nasycić się Pesztem i Budą po obu stronach Dunaju. Musieliśmy jednak wracać najpierw do Tenczynka po córkę, a następnie do Warszawy, gdzie czekały mnie rozliczne zajęcia.

Jedynie w porze obiadowej, między 14. i 15. mogłem być w domu, a następnie aż do 19. znowu byłem zajęty. Wieczorem często byłem z żoną w teatrze, korzystając z zaproszeń i biletów prasowych. Żona bardzo pilnowała, abym stawił się na czas. W soboty nie jadaliśmy kolacji w domu, a najczęściej w restauracji hotelu Europa. Zwykle przysiadaliśmy się do stołu wydawców, przy którym rezydował Feliks Mrozowski, współwydawca Kuriera Warszawskiego, prezes Związku Wydawców Dzienników i Czasopism RP. Żona umawiała się często z żoną Marcelego Karczewskiego, naczelnego redaktora Kuriera Polskiego. Siadała do oddzielnego stolika w przyległej sali, gdzie można było potańczyć. Dobrze także się czuła wśród moich krakowskich przyjaciół, ale tych najczęściej zapraszałem do domu.
Nie szukałem zaproszeń na przyjęcia i raczej się z nich wymawiałem. Rozliczne obowiązki dostatecznie mnie wyczerpywały i w domu szukałem wytchnienia. Byłem o 10 lat starszy od żony i wiele pozornych uciech tego świata zdążyło mi zobojętnieć. Żonę wszystko jeszcze ciekawiło, nowi ludzie, podróże. Nie zawsze mogłem wyjechać w dalszą podróż, ale nie broniłem jej, gdy decydowała się jechać sama. Zgodziłem się na jej wyjazd okrętem na fiordy, do ojczyzny ulubionego przez nią Griega. Powróciła z niej w cudownym nastroju, syta wrażeń, ale i stęskniona za dzieckiem i domem. Przyznałem, trochę melancholijnie, że małżeński urlop działa odświeżająco.

Maleńka Iza była czarującym dzieckiem. Żonę niepokoiło tylko, że niekiedy okazuje nieoczekiwany upór. Ma to chyba po tobie – mówiła żona. Na lato wyjechaliśmy z małą do Wisły, gdzie bawiła z mężem najlepsza przyjaciółka żony, Wisia Albrecht. Razem było nam miło. Ale zimą odwiozłem żonę z córka do Krynicy górskiej, ponieważ doktór stwierdził, że jest w czwartym miesiącu ciąży. Był karnawał i w „Patrii” zastałem ją po przyjeździe rozbawioną, jak nigdy. „Nikt nie domyśla się w jakim jestem stanie, mam niezwykłe powodzenie i ciągłe zaproszenia do tańca” – a temu nie mogła się już oprzeć. Sam jednak byłem w niewesołym nastroju, mocno zgryziony tym, co działo się w świecie i pełen złych przeczuć na przyszłość.

Wiosną 1938 roku wyjechała żona do schroniska „Dźwignia” w Otwocku, które prowadziła ciocia Zosia, aby w cichym ustroniu doczekać dnia rozwiązania. Dnia 28 czerwca 1938 roku, w tej samej lecznicy na ul. Marszałkowskiej obdarzyła mnie żona drugim dzieciątkiem. Niepewnie popatrzyła na mnie, ponieważ i tym razem była to córka. Pocieszyłem żonę i siebie samego, że skoro rodzą się dziewczęta, to może nie będzie wojny, która już wisiała nad Polską. Później, kiedy się rozpętała, żona nie mogła sobie darować, że tak niechętnie powitała drugą córkę. Większą miłością muszę wynagrodzić maleństwu wszystkie braki, jakich nie zaznała starsza córka. Ona nawet nie wie, co to pomarańcze, banany. Byłem świadkiem uczuć tak silnych między matką i dzieckiem, że mogłem być tylko świadkiem ich wzajemnego uwielbienia. Było to naturalne i tak wzruszające, że przywykliśmy do tego ze starszą córką.

Okazała się przy tym rzecz ciekawa. Otóż pierwsza córka Izabela zewnętrznie była podobna do żony, natomiast usposobienie miała moje. Druga natomiast, Elżbieta, podobna była do mnie, ale usposobienie miała żony. Z biegiem lat cechy te stawały się coraz bardziej widoczne. Pierwsza nie uzewnętrzniała uczuć, druga reagowała natychmiast, żywiołowo. Żona, jako matka, chciała być jednakową dla obu córek, zawsze cierpliwa, a w okresie naszych niepowodzeń życiowych dzielnie walczyła o zaspokojenie ich najpilniejszych potrzeb. Było to szczególnie ważne wtedy, kiedy ja całkowicie poświęciłem się walce podziemnej. Żona zdjęła ze mnie cały ciężar i troskę o to, czy i kiedy będą nakarmione, ubrane i jak mają się uczyć. Wtedy wszystkie niemal matki polskie wzięły na siebie ciężar walki o przetrwanie. Dotąd nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele im zawdzięczamy, jak wielkie wartości potrafiły wnieść do obyczajów i kultury naszych czasów. Bezgranicznym poświeceniem i dobrocią potrafiły wznieść nasze życie na wyższy poziom. Gdybyśmy lepiej umieli pod tym względem naśladować kobiety – matki, może mniej by było krzywdy i zła na świecie.

Poprzedni odcinek