Skończył się mój pobyt w Janowicach. Musiałem powrócić do Krakowa, ponieważ rozpoczynał się już mój pierwszy rok akademicki. Pan Kobylański, jak zapowiedział, nie chciał tracić kontaktu ze mną. Niebawem zaprosił mnie do swojego mieszkania w Krakowie, gdzie był właścicielem kamienicy przy ul. Łobzowskiej. Zaproponował mi stałą pracę w biurze Związku Ziemian przy ul. Św. Jana w charakterze referenta. Ta nieoczekiwana propozycja uderzyła mi do głowy. Jakże to, tylu ludzi z wyższym wykształceniem poszukiwało wtedy pracy, a tu mnie, dopiero zaczynającemu studia, spada jak z nieba.

Oczywiście zgodziłem się, nie wiedząc, czy pracę tę uda mi się pogodzić ze studiami, których w żadnym wypadku nie chciałem zaniechać. Niebawem przedstawiony zostałem prezesowi Związku, panu Aleksandrowi Dworskiemu z Hawłowic, cenionemu za wysokie zalety charakteru i umiejętności kierownicze w wymagającym środowisku ziemiańskim. Kierownikiem biura był wtedy dr Zdzisław Chmielewski. Zawdzięczam mu pogłębienie słabej dotąd wiedzy z zakresu rolnictwa.
Moja praca polegała na tym, że początkowo rejestrowałem różne postulaty, które zgłaszali członkowie Związku. Byli nimi najczęściej Władysław Kępiński, Marian Rudziński, Adam Konopka, Jan baron Konopka, Adam hr. Stadnicki. Formułując ich relacje, poznawałem złożoną problematykę ekonomiczną ziemiaństwa w Polsce. Po roku zostałem już referentem ekonomicznym, o uposażeniu gwarantującym mi całkowitą niezależność finansową. Często odwiedzał mnie pan Kobylański, ale jak mogłem unikałem propozycji wspólnego pisania do prasy. Ceniono moje referaty i opracowania. Moją praktykę od początku konfrontowałem z tym, czego się uczyłem na wykładach i seminariach prof. Adama Krzyżanowskiego oraz na seminarium prof. Władysława Leopolda Jaworskiego. Wtedy wydawał swój komentarz do ustawy o reformie rolnej oraz kodeks agrarny, ostatnie wielkie dzieła niestrudzonego życia.
Być może popełniłem błąd, wiążąc się przez pracę ze środowiskiem ziemiańskim. Każda praca w jakiś sposób uzależnia bowiem człowieka. Wytknięto mi tę pracę w Polsce Ludowej, jako dowód mojej „reakcyjności”. Tymczasem praca ta dawała mi poczucie niezależności finansowej, tak ważnej dla każdego. Zazdrościli mi jej koledzy uniwersyteccy i niejednemu z nich, po ukończeniu studiów, ułatwiłem znalezienie pracy, o którą nie było łatwo.
Praca w biurze i wykłady oraz seminaria wypełniały mi czas całkowicie. Mimo to mój przyjaciel Mieczysław Wyderko wciągnął mnie jeszcze do pracy koleżeńsko-społecznej  w Towarzystwie Biblioteki Słuchaczów Prawa UJ, w porze późnowieczornej.

Nie na wszystkie wykłady uczęszczałem, ale niektórych starałem się nigdy nie opuścić, np. wykładów profesora Stanisława Wróblewskiego z zakresu prawa rzymskiego. Interesował mnie nie tyle sam temat, ile sposób, w jaki wykładał późniejszy prezes Akademii Umiejętności. Dialektyka każdego wykładu polegała na tym, że najpierw profesor na poparcie założonej tezy gromadził skrzętnie zdawałoby się nieodparte argumenty, by na koniec krótkim „ale” zburzyć cały ich gmach. Słuchający już sami musieli zastanowić się nad kruchością wszelkiej argumentacji. Osobiście zawdzięczam profesorowi Wróblewskiemu to, że nauczył mnie słuchania wszelkiej argumentacji, nie tylko krytycznie, ale i sceptycznie.

Z innych powodów interesowałem się wykładami prof. Adama Krzyżanowskiego, którego uważam za największego polskiego ekonomistę. Przybliżał nam wielkich ojców ekonomii klasycznej: Adama Smitha i Malthusa, uczył jak należy przestrzegać żelaznych praw ekonomicznych, oszczędnie gospodarować „wedle stawu grobla”, surowo potępiał inflację pieniądza. Tylko pracą w warunkach kraju zniszczonego wojną można dorównać innym narodom.
Ciekawiły mnie także wykłady prof. Stanisława Estreichera, nie tyle dla przedmiotu, którym była historia prawa niemieckiego, ile dla encyklopedycznej wprost wiedzy profesora. Wiedział dosłownie wszystko, zwłaszcza jeśli idzie o bibliografię. Z jego wiedzy korzystali nie tylko studenci, ale również jego koledzy profesorowie. Z ciekawością czytałem jego artykuły wstępne w Czasie. Był publicystą najwyższej klasy, jakich już obecnie się nie spotyka. Dzięki niemu zacząłem stawiać pierwsze kroki w niełatwym zawodzie dziennikarskim, oczywiście w Czasie. Był zawsze dla mnie niedościgłym wzorem.
Prof. Władysław Leopold Jaworski, podobnie jak Michał Bobrzyński, właściwie już nie wykładał. Kto interesował się zakresem jego wiedzy, zawsze chętnie był widziany w jego domu, w którym dla nielicznych prowadził seminarium. Kilku studentów umiał wciągnąć do pracy na temat ostatniego swego wielkiego dzieła Kodeksu Agrarnego. Zachowałem w pamięci, utrwalony jak na fotografii, obraz stojących na stopniach Uniwersytetu od strony plant, profesorów Michała Bobrzyńskiego, Władysława Leopolda Jaworskiego i Stanisława Estreichera rozmawiających ze sobą. Michał Bobrzyński nie był już moim profesorem, nie mniej swą teorią o przyczynach upadku państwowości polskiej wywarł na mnie olbrzymi wpływ. Wszyscy troje byli przedstawicielami słynnej historycznej szkoły krakowskiej.

Wykłady pozostałych profesorów mniej mnie interesowały i do egzaminów musiałem nadrabiać z książek lub skryptów. Natomiast wzbudziły moje zainteresowanie niektóre wykłady na innych wydziałach, jak na przykład księdza prof. Konstantego Michalskiego z filozofii tomizmu oraz anglisty prof. Romana Dyboskiego. Moich kolegów interesowały wykłady prof. Ignacego Chrzanowskiego, na których wielka sala Kopernika zapełniała się do ostatniego miejsca.

Towarzystwo Biblioteki Słuchaczów Prawa UJ wspominam jako znakomitą szkołę doskonalenia się. Mieściło się w starym gmachu uniwersyteckim naprzeciwko kościoła akademickiego Św. Anny. Zebrania członków Zarządu, do którego zostałem wybrany, a także tzw. dyżury robocze miały miejsce dopiero w godzinach wieczornych. Towarzystwo było apolityczne, ale ostatnio do Zarządu byli wybierani także tacy, o których było wiadomo, że związani są z PPS i Stronnictwem  Narodowej Demokracji, która się rozrosła szczególnie wśród studentów za sprawą kol. Tadeusza Bieleckiego.
Kuratorem Towarzystwa Biblioteki był prof. Edmund Krzymuski, wykładający teorię prawa. Był to wytworny starszy pan. W niedzielę po południu zapraszał na herbatkę niektórych kolegów z Zarządu. U niego poznałem  kilku starszych kolegów z prawa, m. in. Władysława Woltera, niebawem profesora prawa karnego. Studiowałem i przyjaźniłem się z jego młodszym bratem Aleksandrem Wolterem, późniejszym profesorem prawa cywilnego Uniwersytetu w Lublinie.

Przechowuję dużą wspólną fotografię z okresu, kiedy prezesem Towarzystwa obraliśmy kol. Tadeusza Pilcha. Z niemałym wzruszeniem patrzę dzisiaj na nią, kiedy poza mną, wszyscy inni odeszli już na zawsze. Widzę mojego serdecznego przyjaciela, Mieczysława Wyderkę, późniejszego sędziego apelacyjnego i wysokiego urzędnika w Ministerstwie Sprawiedliwości. Po ostatniej wojnie nie powrócił do kraju, pozostał w Szwajcarii i tam się ożenił. Utrzymywał ze mną stały kontakt listowny, aż do śmierci w 1982 roku. Rozpoznaję na fotografii zawsze uśmiechniętego Wojciecha Miłkowskiego, z którym los stykał mnie kilkakrotnie w Warszawie. Patrzy na mnie z fotografii Mieczysław Zathej, całą duszą oddany polskiemu socjalizmowi oraz Konstanty Grzybowski, późniejszy profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, jego brat Stefan Grzybowski i Aleksander Wolter. Patrzy też Marian Stanisław Filip, który pierwszy od nas odszedł – w czasie naszego późnego powrotu na nartach z Hali Gąsienicowej zagubił się i dopiero na wiosnę został odnaleziony martwy wśród drzew. Są tu bliscy mi przyjaciele: Tadeusz Sikora, Stefan Klimecki i Bolesław Skąpski, a także urocza Ewa Bukowska i Irena Rudnicka. Fotografia przypomina mi  także kolegów i koleżanki, których na niej nie ma, a mianowicie Zdzisława Zdanowicza, Michała Tyszkiewicza, Marylę Pecównę, Szillerównę i Ewę Estreicher.

7. W stronę Czasu i teatru krakowskiego

Coraz częściej przychodziłem do redakcji Czasu przy ul. Św. Tomasza. Naczelny redaktor pisma, dr Antoni Beaupre sadzał mnie najpierw na wielkiej kanapie, pamiętającej czasy świetności pisma i nigdy nie zapomniał nadmienić, kto na niej siadywał. W redakcji poznałem Stanisława hr. Badeniego, z którym tak blisko miałem później współpracować, i prof. Stanisława Wędkiewicza, naczelnego redaktora Przeglądu Współczesnego. Poznałem także Tadeusza Boya-Żeleńskiego, recenzenta teatralnego Czasu i dostąpiłem zaszczytu siedzenia z nim w teatrze im. Słowackiego, na krzesłach stale zarezerwowanych dla Czasu. Niestety niedługo cieszyłem się tą znajomością, ponieważ wytoczył pismu sprawę sądową z powodu zmiany w jego artykule jednego zbyt dosadnego słowa. Taki to przywilej miał wówczas autor tekstu.
Powoli wciągała mnie także drukarnia Czasu. Starzy drukarze opowiadali przedziwne rzeczy, jak to potrafią poprawiać teksty profesorów, nawet w językach orientalnych. Do druku Czasu służyła maszyna płaska z wielkim kołem zamachowym, mocno już wysłużona. W drukarni stał długi szereg kaset z czcionkami do składania ręcznego. Niedawno zainstalowano pierwszy linotyp do składania maszynowego. Nie przypuszczałem wtedy, że niebawem zarówno sprawy redakcyjne, jak i wydawniczo-drukarniane staną się przedmiotem mego szczególnego zainteresowania.
Zaznajomiłem się bliżej z historią powstania pisma i długim okresem jego świetności. Czas założony został w 1848 roku, roku Wiosny Ludów, walki o wolność narodową  i o utrzymanie jej w ramach praworządnego ustroju społecznego. Od początku pismo miało kierunek konserwatywny, ale również liberalny, głównie za sprawą profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego Józefa Szujskiego, autora słynnych Dziejów Polski i współautora Teki Stańczyka. Pismo stało się trybuną krakowskiej szkoły historycznej i niewątpliwie przyczyniło się do rozwoju nauki i oświaty w Polsce. Broniło konsekwentnie zasad praworządności i bez zastrzeżeń poparło ogłoszone przez Michała Bobrzyńskiego przyczyny upadku państwowości Polski: „Nie mieliśmy rządu i to jest jedyna naszego upadku przyczyna”.

Jak wielkie miało to znaczenie dla publicystów Czasu, potwierdził później prof. Stanisław Estreicher. Po zamachu majowym w 1926 roku napisał ostatni artykuł wstępny dla Czasu pt. Rokosz, w którym zdecydowanie potępił zamach – nie dla czego innego, ale dlatego, że unicestwiał praworządność, tak trudno odradzającą się w Państwie Polskim. Uczynił to z ciężkim sercem, ponieważ był dotąd zwolennikiem Józefa Piłsudskiego. Decyzję profesora o zaprzestaniu pisania przyjęliśmy w redakcji z żalem, ale i głębokim szacunkiem. Oczywiście dotkliwie odczuliśmy, a najwięcej Czytelnicy, brak artykułów wstępnych tego wspaniałego publicysty. W kilka lat później, kiedy Czas został przeniesiony z Krakowa do Warszawy, odwiedziłem profesora w jego domu w Krakowie i prosiłem w imieniu wszystkich przyjaciół pisma, aby zechciał znowu pisać.  Nie zgodził się, ale w annałach pisma zaliczyliśmy prof. Stanisława Estreichera w poczet tej miary poprzedników, co Józef Szujski, Michał Bobrzyński, Paweł Popiel, Lucjan Siemiński, Maurycy Mann, Aleksander Szukiewicz, Stanisław Koźmian i Rudolf Starzewski.

Profesor Stanisław Estreicher spowodował, że do Czasu pisywali, niektórzy stale, inni tylko okazyjnie, profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego: Jan Dąbrowski, Roman Dyboski, Kazimierz Władysław Kumaniecki, Kazimierz Kostanecki, Tadeusz Kowalski, Jan Gwiazdomorski, Kazimierz Morawski, Władysław Leopold Jaworski, Stanisław Szober, Władysław Szumowski, Władysław Natanson, Witold Wilkosz, Franciszek Walter, Leon Wachholz, Władysław Wolter, Stanisław Windakiewicz, Zygmunt Zawirski, Fryderyk Zoll. Wymienić też trzeba prof. Stanisława Wędkiewicza, naczelnego redaktora Przeglądu Współczesnego, periodyku o najwyższym poziomie, księdza rektora Konstantego Michalskiego, który w prawie każdym niedzielnym wydaniu Czasu udostępniał głębokie tomistyczne myśli i potrzebę nieustannego tworzenia: conservatio est continua creatio, oraz prof. Adama Krzyżanowskiego, założyciela krakowskiej szkoły ekonomicznej, którego artykuły na temat inflacji pieniądza, bez ogródek nazwanych „najbardziej niedemokratycznym podatkiem, jaki zmuszeni są płacić wszyscy ludzie pracy”, także dzisiaj są tak aktualne. Trzej ostatnio wymienieni zaliczali się do składu redakcji. Czas był organem konserwatywnym, ale kierunek zdecydowanie liberalny nadawali pismu profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego i tak zostało do ostatnich dni unicestwienia pisma w 1939 roku przez najeźdźców hitlerowskich.

Moje przylgnięcie do Czasu, praca w Związku Ziemian, wykłady i praca społeczna w Bibliotece Słuchaczów Praw UJ wypełniały mi czas tak dalece, że do domu przychodziłem tylko się przespać i to często późno. Gdy otwierałem drzwi wejściowe uśpionego już domu, często w przedpokoju spotykałem matkę, która z troską mówiła: „chłopcze, co z ciebie będzie, przecież rano musisz iść do pracy”. Ściskając matkę szeptałem, że nie będzie tak źle. Wracałem późno zwłaszcza po przyjęciach, na które często byłem zapraszany i po wiecach w Uniwersytecie, niejednokrotnie burzliwych z przyczyny wystąpień Tadeusza Bieleckiego, przywódcy studentów narodowo-demokratycznych. Mój nieodłączny kompan, Mieczysław Wyderko, wyciągał mnie na te wiece, a po nich głodni jedliśmy kolację w restauracji Drobnera przy Plantach lub na stojąco u Kućmierczyka. Oczywiście pełno było uczestników wiecu, ale teraz przy piwie stygły już najbardziej rozpalone umysły i nawet adwersarze prowadzili spokojną, koleżeńską rozmowę. Takie były obyczaje tamtych lat, pomimo wszystko kulturalnych, jeśli porównać je z tymi, które miały nadejść.
Zapraszany byłem na przyjęcia wydawane przez Zdzisława hr. Tarnowskiego, prezesa Spółki Wydawniczej Czas. W pałacu przy ul. Sławkowskiej miałem możność poznania całej ówczesnej „śmietanki” towarzyskiej i intelektualnej Krakowa. Zapraszani byli znani mi profesorowie; tam poznałem Karola Huberta Rostworowskiego, którego „Niespodzianka” właśnie była grana w teatrze im. Słowackiego. Ten znowu zaprosił mnie na spotkanie do swego mieszkania przy ul. Św. Jana. U niego poznałem Kazimierza Morawskiego, który z wielką gorliwością objaśniał mnie o wpływach masonerii w Polsce. Poznany Ksawery Pusłowski przekonywał mnie o potrzebie restytucji monarchii w Polsce. Zaprosił mnie i mojego przyjaciela Mieczysława Wyderkę na konstytucyjne zebranie stronnictwa monarchistycznego, które niebawem odbyło się w Krakowie. Zapamiętałem z tego zebrania inauguracyjnego bombastyczne przemówienie niejakiego pana Gruchały oraz wystąpienie Stanisława Mackiewicza, znanego mi naczelnego redaktora Słowa wileńskiego. Impreza monarchistyczna okazała się całkowitym niewypałem. Intelektualny Kraków nie dał się przekonać do czegoś zupełnie nie na czasie.

Pierwszy prawdziwy teatr, do którego zabrali mnie rodzice, to Teatr Ludowy przy ul. Krowoderskiej. Prawdziwym przeżyciem było dla mnie, gdy jako malec znalazłem się  w Teatrze im. Słowackiego na przedstawieniu „Kościuszko pod Racławicami”. Zanim z wypiekami na twarzy zobaczyłem, co działo się na scenie, przebiegłem piękne korytarze i wspaniałą poczekalnię teatralną i zachwyciłem się wspaniałą kurtyną Siemiradzkiego.
Odtąd często zachodziłem na planty i oglądałem teatr od zewnątrz. Długo zatrzymywałem się przy bocznym wejściu do kas teatru od strony placu Świętego Ducha. Wielokrotnie odczytywałem wystawione plakaty o przedstawieniach w bieżącym tygodniu i obsadzie aktorskiej. Zanim zobaczyłem sztukę i aktorów na scenie, wiele już wiedziałem z afiszu i wstępnej lektury. Dla nas młodych, wstępujących dopiero w życie, teatr stawał się dodatkową szkołą, a aktorzy mistrzami. Byli nimi wtedy Ludwik Solski, Józef Sosnowski, Władysława Ordon Sosnowska, Irena Solska, Tadeusz Białkowski i wielu znakomitych aktorów, którzy później grali na wszystkich scenach Polski.

Interesowały mnie wszystkie teatry krakowskie. Kiedy w Czasie stawiałem pierwsze kroki, spotykałem się z niektórymi aktorami również poza teatrem. Mogłem podziwiać Zofię Jaroszewską nie tylko jako znakomitą aktorkę, ale i niezrównanego kompana. Na zabawach karnawałowych, jakie odbywały się w Starym Teatrze tańczyłem z uroczą Marią Malicką, przemiłą Marysią Modzelewską, a także Jadwigą Smosarską, bohaterką dramatów filmowych.
Było to w czasie, kiedy sprawiłem sobie frak i ubierałem się nienagannie w zakładzie krawieckim przy ul. Floriańskiej, który prowadził mój krewny Józef Aksak. W okresie karnawału byłem częstym gościem na koleżeńskich zabawach tanecznych, które urządzały Koło Historyków, Koło Polonistów i Towarzystwo Prawników. Na nasze bale w charakterze patronów przychodzili prof. Kazimierz Kumaniecki, którego tytułowaliśmy ministrem, ponieważ przez pewien okres był ministrem oświaty, jego syn Kazimierz, filolog, i córka Bronisława. Przychodził też prof. Rafał Taubenszlag z młodą żoną, która chętnie tańczyła ze studentami. Nie przychodził na nasze zabawy prof. Stanisław Estreicher, ale często bywała jego córka Krystyna, późniejsza żona naszego kolegi Konstantego Grzybowskiego, oraz Ewa Estreicher, studiująca prawo. W komitecie przyjęcia na naszym balu królowały nasze urocze koleżanki Ewa Bukowska, Maryla Pecówna i siostry  Schillerówny. Nastrój był nie tylko koleżeński, ale niemal rodzinny.
Późno odwiedziłem znaną kawiarnię, tzw. Jamę Michalikową przy ul. Floriańskiej, o której tak wiele się przedtem nasłyszałem. Tam właśnie popisywał się kabaret „Zielony Balonik”, którego twórcami byli Boy-Żeleński i Teofil Trzciński. Obecnie lokal stał pusty i tylko pozostałe napisy na ścianach świadczyły o tym, co się tu działo.

8. I  Kraków porzucić trzeba

W mojej rodzinie nastąpiły zmiany. Ojciec, ku radości matki, zakończył rozległe interesy w Wiedniu. Powiedział, że wywiózł z okrojonej Austrii, co się tylko dało, i na stare lata należy mu się odpoczynek. Ale nie pozostał bezczynny. Wydzierżawił od Polskiego Towarzystwa Handlowego, jako właściciela, zakłady przetwórcze i browar w Tenczynku. Nie likwidując mieszkania w Krakowie przeniósł się wraz z matką do Tenczynka, gdzie do dyspozycji była obszerna drewniana willa w niezłym jeszcze stanie, położona w sporym parku wydzielonym od budynków browarnianych. Najstarsza siostra Maria poślubiła Józefa Gunię, doktora praw, pracującego w Urzędzie Skarbowym najpierw w Katowicach, a obecnie w Krakowie. Zgodziła się na prowadzenie księgowości u ojca i często przebywała w Tenczynku. Najstarszy brat Edmund ożenił się i mieszkał w Krakowie. Starszy brat Jan, po ukończeniu Akademii Górniczo-Hutniczej, objął pracę w Hucie na Śląsku, ja otrzymałem tytuł magistra prawa, jako dowód ukończenia studiów i rozpocząłem pracę doktorską, oczywiście z zakresu ekonomii.

Moi koledzy uniwersyteccy obierali zawód sędziego lub adwokata, inni urzędnika państwowego. Kilku miało ambicje zrobienia kariery naukowej. Prof. Adam Krzyżanowski, trochę żartobliwie, trochę serio, namawiał mnie, abym podtrzymał serię Adamów ekonomistów na katedrze krakowskiej. Był wielki Adam Smith w Anglii, Adam Krzyżanowski jest w Krakowie, także mój zastępca docent Haydel nosi imię Adam, niechże więc po nas także będzie Adam. Mnie coraz bardziej wciągała jednak publicystyka, a kim miałem zostać, zadecydował znowu przypadek.
Pracowałem w Związku Ziemian już na pełnym etacie. Przyjaźniłem się nadal z Mieczysławem Wyderką tak dalece, że moja matka traktowała go jak syna. Nie miał już rodziców, obaj bracia jego pożenili się i osiedlili w Warszawie. Polubiło go moje rodzeństwo i niemal stale przebywał w moim domu. Dużo rozmawialiśmy na aktualne tematy. Raziło nas obu roznamiętnienie w stronnictwach politycznych i obaj zdecydowaliśmy się nie angażować w nie. Obaj byliśmy zwolennikami takiego ustroju, który mógłby zagwarantować każdemu maksimum wolności i nie ograniczał twórczej pracy jednostki. Każda jednostka powinna mieć prawo równego startu życiowego, choć nie wiedzieliśmy, jak go jej zapewnić.

Zbrzydł nam Kraków po tragicznych wypadkach, jakie niestety miały miejsce w 1923 roku. W pamiętnym dniu byłem na ulicach miasta. Widziałem przerażający „obraz po bitwie” na odcinku ulicy Dunajewskiego, przed siedzibą Polskiej Partii Socjalistycznej. Ulica zasłana była trupami ułanów i koni po szarży w bratobójczym starciu. Na szczęście oprzytomnieli  w porę wszyscy.
Jeszcze boleśniej przeżyłem wraz z przyjacielem zamach majowy w 1926 roku. Przyjaciel miał w wojsku w Warszawie dwóch starszych braci, wyższych oficerów legionowych w 36 pułku piechoty, z którymi Józef Piłsudski wkroczył przez most Poniatowskiego do Warszawy. Nadchodziły do Krakowa niepokojące wieści. Zwyciężała siła przed prawem, które przecież miało naród jednoczyć, a nie dzielić.

Na jednym z zebrań w Związku Ziemian zapytał mnie książę Kazimierz Lubomirski, czy nie interesowałaby mnie praca w Warszawie. Zaprosił mnie dla omówienia sprawy do Wielichowa w Poznańskiem. Tam dowiedziałem się, że niedawno książę został wybrany na prezesa Rady Naczelnej Organizacji Ziemiańskich. Zaproponował mi objęcie stanowiska sekretarza generalnego i dyrektora biura tej instytucji. Jednoczyła ona wszystkie Związki Ziemian w Polsce i organizacje specjalistyczne, jak Związki Właścicieli Lasów, Plantatorów Buraka Cukrowego, Hodowców Konia Szlachetnego, Hodowców Nasion. Uprzedził, że w tej instytucji dają znać o sobie ciągle istniejące jeszcze podziały dzielnicowe i że zarówno on, jako prezes, jak i sekretarz generalny niełatwe będą mieli zadanie. Uposażenie było takie, o jakim mógł tylko marzyć młody człowiek. Wyraziłem wątpliwość, czy nie jestem za młody i za mało jeszcze doświadczony na takie odpowiedzialne stanowisko. Uśmiechnął się książę, że jest spokojny o to i na znak porozumienia uściskał mnie serdecznie.

Po powrocie do Krakowa składano mi gratulacje i zapewniano, że jeśli tylko nie spodoba mi się w Warszawie, zawsze mogę wrócić na dawne stanowisko. Przynaglany do wyjazdu, musiałem rzucić wszystko, pożegnać Kraków, dom rodzinny, przyjaciół i jechać w nieznane, gdzie nikt mnie nie oczekiwał. Byłem bardzo przywiązany do Krakowa. Wszystko było mi tu znane i bliskie. Porzuciłem drogie mi miasto mając 28 lat i przeniosłem się do Warszawy, z którą los związał mnie już na całą resztę długiego życia.

Przybyłem do Warszawy, która już czarowała urokami wielkomiejskiej stolicy. Nie chciałem mieszkać w hotelu, wynająłem pokój sublokatorski przy ul. Smolnej. Stąd blisko było do biura przy ul. Kopernika 30, w potężnym gmachu, w którym mieściły się wówczas wszystkie ważniejsze organizacje rolnicze. W biurze Rady Naczelnej Organizacji Ziemiańskich powitano mnie chłodno. W warszawskim Związku Ziemian prezes senator Jan Stecki otwarcie mi zapowiedział, że nie podporządkuje się Radzie Naczelnej, ponieważ sami mają w Warszawie możliwość obrony interesów ziemiaństwa dawniejszej Kongresówki. Nie zaskoczyła mnie ta zapowiedź, wiedziałem jednak, że pozostałe Związki Ziemian, a mianowicie w Poznaniu, Toruniu, Krakowie, Lwowie, Łucku i Wilnie nie aprobują tego wyłomu.
Te i inne trudności umiał przezwyciężyć książę Kazimierz Lubomirski. Robił to z wielkim trudem i spokojem. Cieszyłem się jego całkowitym zaufaniem i ze swej strony, jak mogłem wspomagałem jego zjednoczeniowe wysiłki. Głęboko przeżyłem nieoczekiwaną śmierć księcia. Zaskoczyła ona wszystkich, ponieważ do ostatniej chwili był niezwykle czynny i ruchliwy. Do swego pałacyku przy ul. Narbutta wracał prawie zawsze pieszo. Do pałacyku tego przychodziłem także wtedy, kiedy zamieszkiwał go kardynał August Hlond, Prymas Polski, aż do swej nieoczekiwanej śmierci. Zachodzę tam także i obecnie, kiedy jest on kościółkiem OO. Jezuitów.

Po śmierci księcia Kazimierza Lubomirskiego oczekiwałem, że przyjdzie mi się pożegnać ze stanowiskiem w Warszawie. Stało się jednak inaczej. Za kolejnych prezesur najpierw sędziwego senatora Stanisława Dębskiego, następnie księcia Zdzisława Lubomirskiego i wreszcie Adolfa hr. Bnińskiego, stanowisko moje jako sekretarza generalnego Rady nie tylko nigdy nie było kwestionowane, ale uległo nawet wzmocnieniu. Nawet nie bardzo mi przychylny senator Jan Stecki jakby pogodził się ze mną. Poza wygórowaną ambicją przewodzenia, był człowiekiem mądrym, doskonałym mówcą, politykiem liczącym się z realiami.
Dom rodzinny i praktyka w Krakowie nauczyły mnie pracować rzetelnie. Dopiero w pracy okazuje się, co wart jest człowiek, mawiał mój ojciec, który nie znosił nierobów i wszelkiego rodzaju symulantów, co tylko umieją udawać jak są zapracowani, a w gruncie rzeczy nie wiadomo czym się zajmują. Wielu takich dostrzegłem w biurze i od początku starałem się ich pozbyć i zastąpić fachowcami. Nie zrażałem się trudnościami, z uporem dążyłem do tego, co uznałem za słuszne i konieczne. Dyskusje na posiedzeniach Rady udało mi się przestawić z dotąd tzw. spraw ogólnych na ściśle określony temat. Przy typowej wówczas skłonności mówienia naraz o wszystkim, odbiegając od właściwego tematu, mimo woli narażałem się niejednemu z możnych tego świata. Niektórzy trochę bali się tej mojej konkretności, a już najbardziej pracownicy biura. Powoli reorganizowałem biuro Rady, obierając kierunek na rozwój produkcji rolnej i unowocześnienie przemysłu rolnego.

W kraju, po straszliwych zniszczeniach wojennych, które dotknęły zarówno małe chłopskie gospodarstwa, jak i większe ziemiańskie, konkretnych zadań do wypełnienia było bez miary i wszyscy powinni się wziąć tęgo do pracy. Nie wystarczała reforma rolna i parcelacja, od których niektórzy oczekiwali wszystkiego. Należało w pierwszym rzędzie zaorać istniejące jeszcze odłogi, podjąć niezbędne melioracje i stopniowo intensyfikować produkcję rolną. Bez nich nie można było rozwiązać problemu istniejącego na wsi przeludnienia. Prawdziwą katastrofę i bolączkę polskiego rolnictwa stanowiła z uporem prowadzona polityka „taniego chleba”. Nieopłacalne ceny za zboże spowodowały przewlekły kryzys i nieodłączną inflację rujnującą wszystkich ludzi pracy.
Instytucja, którą kierowałem, została czynnym członkiem Międzynarodowego Instytutu Rolniczego w Rzymie, niezależnie od tego należała do Międzynarodowej Organizacji Rolniczej z siedzibą w Londynie oraz była czynnym członkiem Międzynarodowego Biura Pracy w Genewie. Należało pilnie rozglądać się po świecie, jak radzą sobie inni i nie dać się stale wyprzedzać. Stało się to realne, ponieważ w porę potrafiliśmy wyrzec się polityki prokonsumenckiej i ustabilizować walutę.

Do Warszawy zaczęli ściągać, jak do Mekki, także moi koledzy krakowscy. Pierwszy pojawił się Zdzisław Zdanowicz, młody adwokat, z którym zamieszkałem wspólnie w mieszkaniu pani Krajewskiej przy ul. Smolnej 30. Przyjechał następnie mój przyjaciel Mieczysław Wyderko i podjął pracę w Ministerstwie Sprawiedliwości już jako sędzia Sądu Apelacyjnego. Po nim przyjechał Aleksander Wolter, Wojciech Miłkowski, Leon Oberlender. Spotykaliśmy się często i jak prawdziwi górale tęsknili za stroną rodzinną. Na Święta Bożego Narodzenia i Wielkanocne wracaliśmy do domu rodzinnego, by znowu zobaczyć Kraków. W Warszawie nazywano nas pogardliwie krakauerami bądź centusiami. W miarę zacierania się różnic dzielnicowych zaczęto nas doceniać.

Coraz więcej poszerzał się zakres mojej pracy i zainteresowań. Po znanym spotkaniu  w Nieświerzu sporo ziemian zostało posłami do sejmu lub senatorami, a Janta Połczyński nawet ministrem rolnictwa. Spadło na mnie powołanie do życia dla nich tzw. „Koła Gospodarczego” i biura z zadaniem przygotowywania i opracowywania materiałów, wiążących się z pracą Sejmu i Senatu. Na mój wniosek kierownikiem tego biura został Jan Kostanecki, syn znanego profesora krakowskiego, następnie Witold Czerwiński i niezwykle zdolny Leon Oberlender. Problematyka legislacyjna Sejmu i Senatu była trudna. Wiele ustaw i rozporządzeń dawnych należało na nowo skodyfikować. Obejmowały one całą złożoną problematykę życia w Państwie, które przez blisko 200 lat pozbawione było samodzielności. Toteż posłowie i senatorowie musieli wiele rzeczy poznać na nowo i uczyć się, aby można było pracować w Komisjach. Należało na ich użytek opracować całe wystąpienia i przemówienia. Nie wiem, jak to robiono w innych środowiskach, ale w tym, w którym ja tkwiłem, posługiwanie się pracą innych uchodziło za rzecz naturalną. Było rzeczą nieco żenującą czytać własne opracowania, jako wystąpienie kogoś zupełnie innego. Z drugiej strony może było lepiej, że wystąpienia takie przygotowane zostały przez specjalistów.
Nie marzyła mi się kariera polityczna. Wolałem uchodzić za takiego, jakim byłem w istocie, to jest specjalistę z zakresu ekonomii i organizacji pracy, a ostatnio także spraw wydawniczych.