Do wytrwałej pracy wydawniczej zachęca obecnie Józef kard. Glemp, Prymas Polski. Zachęca do przezwyciężenia istniejących trudności, ufności, spokoju i wytrwałości. Jako wydawca i redaktor muszę przyznać, że w Radzie Prymasowskiej znalazłem odpowiadające mi pole do pracy społecznej i źródło niejakiego zadowolenia. Żałuję tylko, że podeszły wiek nie pozwala już na kontynuowanie jej.
Bardzo się starałem, aby można było wznowić wydawanie Tygodnika Warszawskiego zamkniętego wraz z jego redaktorami. Redaktorzy odzyskali wolność i zostali zrehabilitowani, ale pismo nie. Dopiero kiedy ukazywać się zaczął Przegląd Katolicki, jako wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej, istniejący brak został wypełniony. Nie doszło natomiast do wznowienia wydawnictw w Niepokalanowie prowadzonych przez Maksymiliana Kolbego, świętego naszych trudnych czasów.

32. Znowu w stronę najbliższej rodziny

Powracam myślą w stronę najbliższych. Od nich rozpocząłem pamiętnik i na nich zakończę. Po mojej rehabilitacji i po powrocie do pracy, niewiele na ich temat powiedziałem. A tymczasem odeszło z widowni całe pokolenie, któremu przypadło żyć w okresie dwóch wojen światowych w trudnych warunkach. Moja rodzina, podobnie jak inne rodziny w Polsce, doznała nielitościwego losu wojny, okupacji i skutków stąd wynikających.

Z sześciorga rodzeństwa pozostałem sam na świecie. Nie bardzo pojmuję, dlaczego właśnie ja, który bardziej byłem narażony na niebezpieczeństwa. Kiedy byłem jeszcze w więzieniu we Wronkach, zmarła siostra Maria. Zmogła ją choroba i tragiczne przeżycia związane z jej mężem, dr Józefem Gunią. Został on aresztowany w Krakowie przez gestapo już w roku 1939. Przetrzymał wszystkie okropności obozów koncentracyjnych, ale zginął tragicznie w 1945 roku tuż po odzyskaniu wolności. Córka ich, Barbara, moja chrzestna, ciężko odchorowała śmierć ojca a następnie matki. Jak mogłem podtrzymywałem ją na duchu. Przezwyciężyła niedobry los i poświęciła się wychowaniu syna Łukasza Ostrowskiego. Wyrósł na dzielnego człowieka, ukończył studia w politechnice krakowskiej, pozostając dla matki całą nadzieją na przyszłość.

Kolejno i według starszeństwa pożegnać się musiał z życiem brat Edmund. Nie bardzo zgadzaliśmy się ze sobą w latach młodych i inne zgoła mieliśmy zainteresowania. On jeden z całego rodzeństwa odwiedził mnie w więzieniu i podtrzymywał na duchu. Nie bardzo wiodło mu się w życiu, ale przedzierał się przez nie z rozbrajającą swobodą i pogodą. Pojął za żonę Janinę, niezwykłej dobroci i poświęcenia, zwłaszcza dla swej przedwcześnie zmarłej siostry. Doczekali się dwóch dzielnych synów, Feliksa i Janusza, którzy ukończyli wyższe studia, objęli poważne stanowiska w pracy, pożenili i jako jedyni kontynuują nowe pokolenie rodu Grabowskich w Krakowie. Z całego bowiem rodzeństwa jedynie brat Edmund doczekał się synów, a pozostali i ja także, tylko córek, które wychodząc za mąż, musiały pożegnać się z nazwiskiem rodowym.

Następna, nie w kolejności wynikającej z wieku, zmarła siostra Feliksa, Szczęsna. W młodych latach gimnazjalnych najbardziej zbliżyła się do mnie. Po ukończeniu wyższych studiów w Krakowie pierwsza dołączyła do mnie w Warszawie. Wzorując się na mnie, a może dlatego, że ułatwiłem jej pracę w wydawnictwach, którymi zarządzałem, obrała niełatwy zawód redaktora, któremu do śmierci pozostała wierna. W wydawnictwach tych podjął pracę także jej mąż, Włodzimierz Ordyński. Po 1945 roku, kiedy wszystko zmieniło się od podstaw, oboje przyjęli pracę w nowo powstałych wydawnictwach. Doczekali się wieku emerytalnego, ale ciągle nękały ich choroby. Najpierw zmarła siostra, a następnie niedługo Włodzimierz. Na cmentarzu wolskim, pochowani we wspólnym grobie, żegnani byli przez dawniejszych i obecnych kolegów redakcyjnych. Żegnała ich jedyna córka Krystyna, która jeszcze za ich życia poślubiła Marcina Piwockiego, podobnie jak ona z wykształcenia i zawodu geologa. Moja dzielna siostrzenica dobrze radzi sobie w życiu i wychowuje dorastającego już syna.

Boleśnie odczułem śmierć mojego brata Jana. Starszy o dwa lata, był mi bardzo bliski, choć po ojcu miał zainteresowania matematyczno-techniczne, a ja wyłącznie humanistyczne. Jako inżynier hutnik pracował w hutach na Śląsku, po wojnie tylko w biurach projektowych. Ożenił się z dużo od niego starszą Karoliną. Może dlatego, po powrocie z wojny, niezbyt szczęśliwie układało się im życie. Mieszkali w Krakowie przy ul. Siennej w znanym starym budynku ks. Piotra Skargi. Ilekroć byłem w Krakowie, odwiedzałem ich w mieszkaniu o grubych murach i sklepionych podsieniach. Kiedy odwiedziłem ich po moich przeżyciach więziennych czułem, że wszystko powoli zbliża się do końca. Wystawili sobie za życia wspólny grobowiec na cmentarzu Rakowickim. Pierwszą odprowadziliśmy do niego Karolinę. Brat chciał żyć, ale trudno mu było wyrwać się ze szponów choroby nowotworowej. Odwiedzałem go jak mogłem najczęściej, ale w końcu zmogła go choroba.

Przygnębiony jego odejściem, poszedłem na grób moich rodziców. Znajduje się on w bocznej alei od kaplicy cmentarnej, naprzeciwko zbiorowego grobu powstańców z 1863 roku. Jak zawsze przystanąłem przed nim w zadumie. Dobrze pamiętałem, że po raz pierwszy przyprowadził mnie tu mój ojciec i że jako mały chłopiec śpiewałem wraz z wieloma uczestnikami, w 50 rocznicę powstania pieśń Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej.

Najmłodsza z nas siostra, Julia, wyprzedziła mnie także w zejściu z tego świata. Była najbardziej pogodna, a jednak z nią najbardziej nielitościwie obszedł się los. Na kilka lat przed 1939 rokiem została żoną Zygmunta Barciszewskiego, lotnika Polskich Linii Lotniczych. Podobnie jak siostra pełen był radości życia. Zamieszkali w Warszawie, tu przyszła na świat ich córka Ewa. Hitlerowska napaść na Polskę zniszczyła ich szczęście rodzinne. Zygmunt odleciał na Zachód, aby na innych frontach służyć Ojczyźnie. Pozostawił żonę, która właśnie spodziewała się drugiego dziecka. W trudnych warunkach okupacyjnych przyszedł na świat mały Zygmuś. Pod ciężarem obowiązków nie ugięła się siostra, powróciła do Krakowa i wraz z najstarszą siostrą, Marią, zorganizowała sobie i dzieciom skromne życie.
Wojna się skończyła, ale lotnik Zygmunt Barciszewski nie wrócił od razu do kraju. Pozostał w Kanadzie i zwlekał z powrotem. Wiele milionów kilometrów przebył w powietrzu, cało wychodząc także z trudnych rejsów wojennych, a zginął  nieoczekiwanie na ziemi,  w wypadku samochodowym. Boleśnie odczuła to siostra. Choć uleciała z niej już cała radość życia, potrafiła sama zapracować i wychować dzieci. Córka Ewa wyszła za mąż za kpt. Czesława Nowaka, przemiłego, życzliwego wszystkim człowieka.
Julia doczekała się wnuka i jakby na nowo odżyła. Przeżyć musiała jednak jeszcze raz dramat swej córki, kiedy nieoczekiwanie zmarł nagle kpt. Czesław Nowak. Zastygła wtedy w bólu, jak współczesna Niobe. Na inny sposób przeżywała swój dramat Ewa.

Siostra do śmierci gospodarzyła dorosłemu już synowi Zygmuntowi. Dopadła ją na koniec nieuleczalna choroba i odeszła z tego świata. Na jej pogrzebie w Krakowie chyba po raz ostatni zobaczyłem  młodszą generację rodzinną. Ze śmiercią siostry ustał mój kontakt z Krakowem, który tak chętnie zawsze odwiedzałem. Wszystko musi mieć swój kres. Jak wzruszająco pisze W. Szekspir:
Jak fale morskie do skalnego brzegu
Tak do swych kresów biegną chwile nasze.

***

Po odzyskaniu wolności odbudowałem wszystkie dawne przyjaźnie. Powitano mnie z niekłamaną radością i otwartymi ramionami. Kordialnie witał mnie wypróbowany przyjaciel inż. Fred Albrecht. Gdy mnie zabrakło, on i jego żona Wisia nie zapomnieli o moich dzieciach. Wisi nie mogłem okazać wdzięczności za serce, które okazała moim sierotkom. Odeszła wcześnie, jak jej przyjaciółka, moja żona. U boku mojego przyjaciela zastałem drugą jego żonę, która, choć mnie nie znała, powitała jak kogoś bliskiego z rodziny. Moje córki tak były przywiązane do Freda, że dotąd stale nazywają go wujem.

Przyjaciele, Ewa i Kazimierz Mogilnicki powitali mój powrót do życia, jakby w ogóle nie było długoletniej rozłąki. Łączyło nas niejedno przeżycie z okresu okupacji. Mieliśmy co wspominać znowu na długich rozmowach rodaków. Nie raz jeden znaleźliśmy się „na zakręcie historii”, od których to słów rozpoczynał Kaziu zawsze swe słynne przemówienia.
Gdy mnie zabrakło, przyjaciele nadal spotykali się na sobotnich bridżach. Zostałem zaproszony na te spotkania. Przybył zadomowiony już w Warszawie poznańczyk, Stefan Misiak, a następnie Józef Dackiewicz, ceniony lekarz chirurg. Na naszych spotkaniach mogliśmy się oderwać na pewien czas od otaczającej nas szarej rzeczywistości.

Nieprzyjazny los doświadczył i to nasze małe kółko. Nieoczekiwanie zmarła na chorobę nowotworową Jolanta Dackiewicz, ceniony lekarz dentysta, niezrównana matka dwóch córek w wieku moich dzieci. W dwa lata po niej odszedł przedwcześnie jej mąż Józef Dackiewicz, wspaniały człowiek, znakomity chirurg, nasz przyjaciel. Potrafił uratować życie wielu pacjentom, a nie potrafił samego siebie.
Niebawem musieliśmy pożegnać na zawsze drugie przyjacielskie małżeństwo, najpierw Ewę i następnie Kazimierza Mogilnickiego, cenionego inżyniera hutnika, mającego za sobą wiele lat pracy na wysokich stanowiskach w Ministerstwie Hutnictwa. Straciliśmy z Fredem nieocenionego przyjaciela, do końca pełnego werwy i optymizmu życiowego, którego i nam szczodrze udzielał.

Ja sam wiodłem spokojne, unormowane życie. Pracowity tryb życia, uczucia córek, zięciów i wnuków nie były w stanie zastąpić mi bliskiej towarzyszki życia – żony. Byłem z nią złączony ślubem rzymskim i mimo, że wcześnie odeszła tragicznie, nie chciałem żenić się ponownie. Nie znaczy to, że unikałem towarzystwa kobiet. Moje córki, gdy były jeszcze małe, przy każdej sposobności, bez żadnej potrzeby zaznaczały, że nie życzą sobie macochy, co stwarzało nieraz komiczne sytuacje. Dopiero gdy same powychodziły za mąż zaprzestały tych sztuczek, a może zrozumiały, że można być samotnym nawet mając blisko siebie kochane dzieci.

Po wielu latach wdowieństwa poznałem osobę, z którą najpierw złączyła mnie przyjaźń, pragnienie przebywania razem, a w rezultacie połączyć musiało, jako naturalna więź małżeństwo. Osobą, która nieoczekiwanie włączyła się w moje poszarpane życie, była koleżanka z pracy, Izabela Bestgen, młodsza o 19 lat. Najpierw zwróciło moją uwagę, że ma imię takie, jak moja córka. Na corocznej zabawie urządzanej przez Wydawnictwa Komunikacji i Łączności nie odstępowałem jej. Zainteresował mnie odcień smutku w jej pięknych rysach. Podtrzymałem zawartą znajomość i w wolnych chwilach spotykaliśmy się na kawie. Właściwie naprawdę wolną miała tylko niedzielę. Zapraszała mnie na niedzielne spacery do Komorowa. Poznałem jej ciotkę, panią Jadwigę, i wuja, Stanisława Raciborskiego. Doszukaliśmy się wspólnych znajomych z lat przedwojennych i z miejsca pozyskałem ich sympatię oraz zaproszenie na rodzinnego bridża. Wolałem jednak dalekie spacery w piękne okolice Komorowa. Prowadziła mnie Iza na nie, fruwając przede mną wśród łąk i lasów sosnowych. Wracałem do Warszawy późnym wieczorem zauroczony zapachami łąk i lasów.

Izabela Bestgen
Izabela Bestgen

Tak zasmakowaliśmy w nizinnych spacerach, że na odmianę postanowiliśmy najbliższy urlop spędzić na wczasach w Zakopanem. Na szlakach górskich teraz ja objąłem przewodnictwo. Niektóre okazały się dla Izy zbyt meczące, ale dzielnie spisywała się nawet w wysokich partiach gór. Następnego lata wybrał się z nami Feliks Setkowicz, który też nie umiał żyć bez gór. Zamieszkaliśmy w uroczej willi w Bukowinie Tatrzańskiej zaproszeni przez Krysię Tymińską, serdeczną przyjaciółkę Izy.

Niebawem w naszych planach wycieczkowych znalazły się pogórza Bielska-Białej, gdzie mieszkali rodzice Izy. Wiele już wiedziałem o nich z opowiadań Izy, ale dopiero osobiste ich poznanie pozwoliło mi się przekonać, jak ciekawymi byli ludźmi – matka działaczka niepodległościowa i ojciec legionista w pierwszej brygadzie Piłsudskiego. Ich mieszkanie już samo mówiło wiele o nich. Żyli wśród nagromadzonych pamiątek rodzinnych, pięknych obrazów, starych mebli i staroci, których już nie zobaczy się we współczesnych mieszkaniach. Na środku salonu królował fortepian, nad nim na ścianie duży olejny obraz legionisty Lucjana Bestgena na koniu na tle płonących zabudowań. Na ścianach gęsto obrazy, wśród nich portrety ojca, matki i Izy malowane przez samego Witkacego – Stanisława Ignacego Witkiewicza. Na przeciwległych ścianach dużego pokoju stołowego i zarazem sypialni zawieszono olbrzymie płótna przedstawiające dawne Bielsko. Duży przedpokój i kuchnia z werandą, łazienka i odrębny mniejszy pokój uzupełniały mieszkanie.

Barwną i ciekawą była droga życiowa Lucjana Bestgena. Z wykształcenia był prawnikiem, ekonomistą. W roku 1914 odbywał obowiązkową służbę wojskową w wojsku austriackim. Jak wielu innych dopiął tego, że znalazł się w legionach. Przeszedł w nich cały szlak bojowy 1 brygady, internowanie, w końcu służbę już w wojsku polskim. Po 1926 roku w stopniu majora przeszedł do służby cywilnej pełniąc odpowiedzialne funkcje m. in. komisarycznego prezydenta Bielska. W czasie drugiej wojny światowej doświadczył zmiennych losów wszystkich oficerów polskich. W 1945 roku powróci do Bielska i osiadł w nim już na stałe.
Wszechstronnie był utalentowany, pięknie grał na fortepianie, pisał wiersze, a towarzysko urzekał wprost otoczenie. Z zamiłowaniem gromadził książki, zwłaszcza literaturę piękną. Stale bywał w teatrze i pisał recenzje z premier do prasy, nawet gdy przekroczył już 80. rok życia. Był bardzo ruchliwy i żywotny, jednak trochę przytłaczał swe najbliższe otoczenie. Tylko w jego cieniu mogły żyć i rozwijać własne zainteresowania żona i jedyna córka. Gdy poznałem bliżej warunki, w jakich żyła rodzina Lucjana Bestgena przestałem się dziwić, że Iza, mimo całego podziwu dla ojca i przywiązania do matki opuściła dom rodzinny, aby poszukać własnej drogi życiowej. Takie jest naturalne prawo życia, że dzieci opuszczają ojca i matkę, aby założyć własną rodzinę. Bardzo źle wychodzą dzieci, które bez reszty własne życie podporządkowują starym rodzicom, ponieważ po ich odejściu skazani są na całkowitą samotność.

Po śmierci rodziców Iza cała już przylgnęła do mnie, traktując mnie niemal jak ojca. Dla jej zalet osobistych polubiły ją także moje córki, zięciowie i wnuki. Wdzięczni są jej również za to, że swymi opiekuńczymi zainteresowaniami potrafiła wypełnić schyłkowe lata tak nie łatwemu człowiekowi, jak ja.
Od wielu lat jesteśmy na emeryturze, oboje wzajemnie potrzebni sobie. To takie ważne
u schyłku życia, kiedy więcej żyje się wspomnieniami, aniżeli teraźniejszością, niezbyt łaskawą dla ludzi starych.

P O S Ł O W I E

Doczekałem się pod koniec życia wielkiej radości i wynikającej z niej nadziei na przyszłość. Kardynał Stefan Wyszyński obwieścił ją w takich słowach:
Stało się to przez Pana i jest przedziwne w oczach naszych /Ps 117, 23/. Stało się to w obliczu Bogurodzicy Dziewicy, która ongiś wytrwała mężnie pod krzyżem Zbawcy świata, a dziś trwa w misterium Chrystusa i Kościoła, jako Matka. Stało się to w chwili, gdy Jasna Góra rozbrzmiewa dziękczynnymi modłami 600 lecia obecności obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, danej nam jako pomoc ku obronie Narodu naszego, gdy na progu drugiego Tysiąclecia chrztu Polski został powołany przez Boga na tron świętego Piotra w Rzymie Syn Polski zawsze wiernej, Karol kardynał Wojtyła, pasterz Kościoła świętego Stanisława, biskupa i męczennika, arcybiskup metropolita krakowski.

Było nią także przybycie do Ojczyzny w dniach 2-10 czerwca 1979 roku niestrudzonego pielgrzyma Jana Pawła II. W bazylice Św. Jana Chrzciciela na początku swej wizyty zwrócił się do nas wszystkich z takim miłującym powitaniem:
   Kościół jest w świecie poprzez świeckich. Pragnę więc ogarnąć Was wszystkich, którzy stanowicie ten Kościół. Was ojcowie i matki rodzin, i Was, ludzie samotni, Was, osoby starsze, i Was, młodzieży i dzieci.
   Wszystkich, którzy pracujecie na roli, w przemyśle, w biurach, w szkołach, uczelniach, w szpitalach, w instytucjach kulturalnych, w ministerstwach – wszędzie. Ludzie wszystkich zawodów, którzy poprzez pracę budujecie Polskę współczesną, spuściznę po pokoleniach: spuściznę umiłowaną, spuściznę nie łatwą, zadanie wielkie – nasz polski „wielki zbiorowy obowiązek – Ojczyznę” /C. K. Norwid/.
Następnie na Placu Zwycięstwa w Warszawie, pod wielkim Krzyżem i obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej tak określił naszą wiarę:
   Otóż nie sposób zrozumieć dziejów Narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas – bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego Narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego Narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną – bez Chrystusa.

W dniu 10 października 1982 roku odbyła się w Rzymie uroczystość kanonizacji, czyli zaliczenia w poczet świętych błogosławionego Maksymiliana Marii Kolbego, w czterdziestolecie jego męczeńskiej śmierci w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, w 10 lat po beatyfikacji. Kult tego świętego naszych czasów rozszerza się ciągle w całym świecie. Oręduje On za sprawą Niepokalanej, aby już nigdy nie powtórzyła się zbrodnia przeciwko ludzkości. Raduję się, że miałem szczęście znać Ojca Maksymiliana, jako wydawcę pism w Niepokalanowie. Od niego nauczyłem się wiary w ostateczne zwycięstwo za sprawą Matki Bożej, w co głęboko wierzył kardynał August Hlond, kardynał Stefan Wyszyński i wierzy kardynał Józef Glemp.

W czasie drugiej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II w dniu 18 czerwca 1983 roku w czasie Mszy Św. na wałach Jasnej Góry pobłogosławił las wyciągniętych w górę krzyży i powiedział:
   W tym Krzyżu będzie wasza mądrość i wasza siła przez Maryję Jasnogórską.

W przemówieniu w czasie jasnogórskiego apelu zapewnił nas:
   Wobec naszej wspólnej Matki i Królowej serc, pragnę Wam na koniec powiedzieć, że wiem o waszych cierpieniach, o waszej trudnej młodości, o poczuciu krzywdy i poniżenia, o jakże często odczuwanym braku perspektyw na przyszłość – może o pokusach ucieczki w jakiś inny świat.
   Matko Jasnogórska, która dana nam jesteś przez Opatrzność ku obronie narodu polskiego, przyjmij dzisiejszego wieczoru ten apel Polskiej Młodzieży wespół z papieżem Polakiem – i pomóż nam trwać w nadziei!

Adam Grabowski
Adam Grabowski niedługo przed śmiercią
***


Od wydawcy

Redaktor Adam Grabowski zmarł w niecały rok po napisaniu tych wspomnień, 30 marca 1986 roku. Został pochowany na Powązkach w Warszawie.

Odcinek poprzedni