Skorzystałem natomiast z innego dobrodziejstwa, jakie się otworzyło przed więźniami politycznymi, którzy musieli jeszcze tkwić w więzieniu. Pozbawienie człowieka pracy i bezczynność była również dotkliwą wyniszczającą karą. Nie każdy umiał sobie brak pracy zastąpić wzmożonym życiem wewnętrznym. Zwłaszcza ci, którzy musieli karę więzienia odbywać w pełnej izolacji, odczuwali wyniszczającą jej formę. Potwierdzało to prawdę, że człowiek jest istotą społeczną i rozwijać się może tylko we współżyciu z innymi. Wreszcie mogliśmy korzystać z biblioteki, mogliśmy widywać rodzinę nie tylko przez kratę więzienną, ale przy stole, zezwolono na pożyteczną pracę. Odczuliśmy, jak powoli stajemy się normalnymi ludźmi i przywraca się nam zakwestionowaną godność osobistą.

Wyznaczono mi pracę w magazynie surowców i wyrobów gotowych więziennego przedsiębiorstwa metalowego. Początkowo układałem na półki ciężkie taśmy, służące do tłoczenia znaczków górniczych, różne pręty i blachy, w tym także z brązu, służące do wyrobu palników tlenowych. Kiedy strażnik, kierownik magazynu, dowiedział się, że umiem pisać na maszynie, posługiwać się kalkulatorem, myśleć i pisać jak ekonomista, przydzielił mi zadania jak dla głównego planisty. Bez trudności zauważyłem, że w więziennych zakładach metalowych nie ma należytego związku z zamawianiem materiałów do produkcji i istotnym ich zużyciem. Zaproponowałem więc zamawianie materiałów i surowców ściśle według rodzaju i wielkości produkcji oraz pozbycie się zbędnych materiałów zalegających w magazynie.  Z Centralnego Związku Więziennictwa przybył inspektor i przeglądając moje propozycje dziwił się, że nikt dotąd nie wpadł na taki pomysł i wszystkie zamówienia materiałów dokonywane były na wyrost, niepotrzebny materiał zalegał w magazynie, a produkcja często miała postoje z powodu braku odpowiedniego.

Praca w więzieniu i świadomość, że nawet tutaj można być użytecznym, dawała niejakie zadowolenie. W czasie pracy można było także zetknąć się z ciekawymi ludźmi, którzy podobnie jak ja dopuszczeni zostali do pracy. Trudno mi wszystkich wymienić, ale odczuwam potrzebę wymienienia tych, z którymi z miejsca się zaznajomiłem. Codziennie spotykałem przemiłego profesora z Krakowa, Józefa Zielińskiego. Pisał na maszynie, często wykazy planistyczne, które przygotowywałem. W więzieniu nie zapomniał o zdrowym humorze i umiał nas nim zarazić nawet w trudnych sytuacjach. Poznałem Władysława Jachniaka, z wykształcenia ekonomistę. Miał nieprzeciętną zdolność do teorii i dydaktyki, których w więzieniu nie mógł rozwinąć. Wspominam go, wdzięczny, że po wyjściu z więzienia podjął starania w mojej sprawie za pośrednictwem swej żony-adwokata i jemu zawdzięczam, że wreszcie i mnie objęło wcześniejsze zwolnienie z więzienia.
W więzieniu zaprzyjaźniłem się z Jerzym Dodackim, którego spotkał ten szczególny przypadek, że po wyzwoleniu z obozu hitlerowskiego dostał się do polskiego więzienia. Po wyjściu na wolność nie zapomnieliśmy o sobie i często się spotykaliśmy, wspominając innych kolegów z pracy więziennej, jak Aleksandra Jasińskiego, z zawodu buchaltera, którego nazywaliśmy Oleksą i bardzo lubili. Niestety, ostatnio zmarł Jerzy Dodacki i nie mam już nikogo, z kim mógłbym wspominać złe i dobre czasy więzienia. Pamiętam młodego Wojciecha Szymanowskiego, studenta architektury. Wcześniej ode mnie zwolniony, odwiedził moje córki i pisał do mnie do Wronek, abym był dobrej myśli.
Ze współwięźniów szczególnie polubiłem młodych akowców: Stanisława Sieradzkiego, warszawiaka z batalionu „Zośka”m oraz Janka Skibę, Ślązaka z rodziny górniczej. Ze smutkiem patrzyłem na coraz bledszą twarz młodego Ślązaka i podziwiałem, że w więzieniu nie zaprzestał nauki. Często wspominam Henryka Kozłowskiego i romantycznie usposobionego Jerzego Gutowskiego, którzy zagubili mi się gdzieś po wyjściu z więzienia.

Odwiedzali mnie w więzieniu najstarszy brat i najczęściej obie moje córki. Opuściłem je jako małoletnie, a witałem po wyjściu z więzienia starszą Izabelę już jako zamężną i matkę pierwszego wnuka Piotra; i młodszą, jako studentkę pierwszego roku Politechniki Warszawskiej. Moje córki przechowały wiernie wszystkie listy, jakie napisałem do nich z więzienia, ja zaś listy, jakie napisały do mnie. Nie bez wzruszenia czytam je co pewien czas, ponieważ w listach tych zawiera się historia mojego pobytu we Wronkach i moich dzieci.

W sierpniu 1956 roku zostałem odesłany z więzienia we Wronkach z powrotem do więzienia śledczego w Warszawie, co zapowiadało zasadniczy zwrot w mojej sprawie i być może rychłe zwolnienie z więzienia.

Córki autora
Córki autora – Izabela i Elżbieta


27. Rehabilitacja

Z Wronek jechaliśmy pociągiem osobowym. Pięciu więźniów ubranych we własne ubrania cywilne pilnował jeden strażnik. Nie było miejsc siedzących w zatłoczonych przedziałach, ale znalazły się dla nas. Przygodni pasażerowie częstowali nas, czym kto mógł, i życzliwie wypytywali. Wysiedliśmy na peronie Warszawa Główna i długo tutaj czekali, zupełnie nie pilnowani, ponieważ strażnik musiał dopiero zabiegać o transport. Wreszcie przewieziono nas do więzienia mokotowskiego. Tu w magazynie oddałem moje osobiste ubranie, otrzymałem więzienne drelichy i odprowadzony zostałem do celi ogólnej dla więźniów pracujących.

Zaledwie kilka dni pracowałem w miejscowej drukarni więziennej. Zachorowałem i po stwierdzeniu przez lekarza objawów tyfusu przewieziony zostałem do szpitala zakaźnego przy ul. Wolskiej. Działo się to wtedy, kiedy w Warszawie miały miejsce znane wydarzenia październikowe 1956 roku. Wszyscy byli bardzo podnieceni. Zainstalowane głośniki na korytarzu nadawały przebieg wieców. W pokoju leżący obok mnie chory w gorączce tyfusowej wołał: zbliża się straszliwy pożar… już nas obejmuje… ratunku!. W oknach rzeczywiście widać było blaski zachodzącego słońca, stwarzające pozory pożaru. We mnie tkwiły jeszcze nocne dziwaczne majaczenia. Śniłem, że zwożą mnie, nagiego trupa, windą do prosektorium w piwnicy. Po chwili jadę znowu do pokoju na szpitalne łóżko.
Od podawanych mi pastylek przeciwtyfusowych byłem cały przesycony chlorem i bardzo osłabiony. W czasie wydarzeń październikowych na szpitalnym łóżku przeżywałem osobisty kryzys. Niewiele brakowało, abym jak ks. Zygmunt Kaczyński i niektórzy koledzy więzienni, pożegnał się z życiem. Ale coś przełamało się we mnie. A kiedy odwiedził mnie ksiądz, po tylu latach mogłem się wyspowiadać z grzechów więziennych i mogłem przyjąć Pana Jezusa, czułem, że będę jeszcze żył.

W dniu krytycznym znikł z korytarza pilnujący mnie strażnik więzienny. Poczułem się prawie wolny, kiedy odwiedziły mnie w szpitalu córki. Zaniepokojone były wyraźnie nie tyle moim wyglądem, ile nie najlepszym samopoczuciem, w jakim mnie znalazły.
W istocie, byłem zrezygnowany i musiałem na nowo uczyć się chodzić. Byłem bardzo słaby, gdy ze szpitala zakaźnego przewieziono mnie karetką do więzienia mokotowskiego, ale już nie do celi, a do szpitala więziennego. W nim powoli dochodziłem do sił. W dniu 17 listopada 1956 roku otrzymałem urzędowe zawiadomienie o warunkowym zwolnieniu z więzienia.
Tego samego dnia po południu zjawiłem się w domu. Jak należało się spodziewać, w mieszkaniu nie było dla mnie miejsca. Abym w ogóle mógł przenocować, musiała siostra żony, która przez czas mojej nieobecności opiekowała się moimi dziećmi, przenieść się do swej ciotki na ul. Miedzianą. We własnym mieszkaniu nie mogłem sobie znaleźć miejsca, wejść w rytm wykonywanych zajęć domowych. Za bardzo przywykłem do reżimu więziennego i byłem zupełnie nieporadny. Nie miałem żadnych obowiązków, dokuczało mi uczucie bezużyteczności. Wszyscy z rana rozbiegali się do swoich zajęć, mnie przypadło zadanie zabawiania wnuka, Piotrusia.

Skończył się trzymiesięczny termin warunkowego zwolnienia mnie z więzienia, a żadne postanowienie w mojej sprawie jeszcze nie zapadło. Wobec tego byłem zmuszony zgłosić się z powrotem do więzienia mokotowskiego. Przyjęto mnie z pewnym zdziwieniem, że zgłaszam się nie wzywany. Ciągle ciążył na mnie wyrok. Znowu więc przybrałem drelichy więzienne. Dopiero z końcem maja 1957 roku zostałem zwolniony z więzienia na podstawie postanowienia Zgromadzenia Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego z dnia 29 maja 1957 roku, które postanowiło: /cytuję/
a/  uchylić postanowienie Najwyższego Sądu Wojskowego z dnia 11 czerwca 1951 r. i wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z dnia 16 kwietnia 1951 r. w sprawie Adama Grabowskiego w części dotyczącej skazania za przestępstwo z art. 28 KKWP w zw. z art. 8 dekretu z dnia 16. XI. 1945 r. i postępowanie karne o ten czyn umorzyć z braku cech przestępstwa,
b/  wymienione wyżej orzeczenia w części dotyczącej skazania Adama Grabowskiego za przestępstwo z art. 86 § 2 KKWP uchylić i sprawę przekazać do ponownego rozpoznania właściwemu sądowi powszechnemu,
c/  zarządzić bezzwłoczne wypuszczenie Adama Grabowskiego na wolność.

Ciążące na mnie wyroki zostały uchylone i byłem wreszcie wolny. Zasadzie praworządności stało się zadość, ale oczekiwał mnie jeszcze jeden proces przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie i moja sytuacja nie była jeszcze wyjaśniona do końca. Tymczasem z moim zdrowiem nie było najlepiej. Musiałem leczyć paradontozę zębów, a w przychodni przeciwgruźliczej na ul. Wiejskiej stwierdzono podejrzany stan moich płuc i nakazano długotrwałe leczenie. Wiosną 1957 roku, w pogodne dnie, woziłem w wózeczku dziecięcym mojego wnuka na spacery do Łazienek i czułem, że powoli wracam do równowagi życiowej, a także i zdrowia.
W lecie 1957 roku otrzymałem z Ministerstwa Zdrowia, bez jakichkolwiek starań z mojej strony, bezpłatny zdrowotny pobyt z Zakopanem na dwie osoby na czas 6 tygodni. Ucieszyło mnie to najbardziej. Znowu mogłem być w ukochanych górach, radować się nie tylko ich widokiem, ale także córkami. Każda z nich przez trzy tygodnie była ze mną w charakterze opiekunki. Córki były tak piękne w swym rozkwicie, że nie mogłem się im napatrzeć do syta. Byłem rad, że miały powodzenie i ciągle zapraszano je na popołudniowe dancingi, a lubiły taniec, zwłaszcza młodsza, Elżunia.

Późną jesienią stanąłem przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie. Znowu musiałem się usprawiedliwiać, że nie byłem „nosicielem reakcyjnych idei politycznych czy klasowych”, że nie należałem do żadnej partii politycznej, a przekonań dopracowałem się samodzielnie. Nie oznaczało to, że stałem na uboczu spraw publicznych. Odwrotnie, od najmłodszych lat włączałem się we wszystkie czyny wolnościowe. Nie ukrywałem nigdy, że włączyłem się również w historyczną misję Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce.
Powtórzyłem, co niezmiennie zeznawałem w śledztwie, że uczestniczyłem w pracach tzw. Delegatury Rządu na Kraj, ponieważ nie mogłem zostać obojętny na hańbę okupacji hitlerowskiej. Pisałem tylko, moja przydatność z punktu widzenia wojskowego była niewielka, ale skutecznym orężem w walce było także słowo pisane.
Nie wypieram się osób, z którymi przyszło mi współpracować. Mój akt oskarżenia uznał ich jednostronnie za reakcjonistów, a ja na podstawie tego, co sam stwierdziłem, mam ich za dobrych, ofiarnych Polaków.

Sąd Wojewódzki dla m. st. Warszawy, Wydział VII Karny, wyrokiem z dnia 25 listopada 1957 r. /sygn. akt  VII. K. 108/57/  uniewinnił mnie całkowicie. Na tym jednak sprawa moja się nie zakończyła, ponieważ Prokuratura Generalna zgłosiła rewizję, zarzucając przez uniewinnienie mnie obrazę art. 36 m.k.k. Sąd napisał jednak w uzasadnieniu:
„Trafny jest pogląd Sądu i instancji, że w czynach oskarżonego brak jest w ogóle znamion przestępstwa, a w szczególności, że działalność oskarżonego w likwidacji agend departamentu informacji i propagandy oraz przekazywaniu wiadomości do Londynu i odbieraniu wiadomości z Londynu jest jedynie porozumieniem dwóch osób, a to oskarżonego i Koźniewskiego”.
Sąd Najwyższy utrzymał w mocy wyrok Sądu Wojewódzkiego z dnia 25 listopada 1957 r. i w ten sposób po ok. 8 latach więzienia oraz blisko 2 latach procesów rewizyjnych zostałem całkowicie zrehabilitowany. Odzyskałem nie tylko wolność, ale i prawo do odszkodowania za konfiskatę i utracone mienie. Musiałem w tym względzie poczynić oddzielne procesowe starania, równie upokarzające, jak sam proces karny. Nie miałem siły i ochoty targować się, zwłaszcza, że przypominano mi, że Państwo jest za biedne, aby pokryć mogło straty rzeczywiście poniesione. Gdyby nie bezinteresowna pomoc i starania mojego dawnego znajomego, adwokata Remigiusza Krajewskiego, nie otrzymałbym przysądzenia dla mnie nawet tej odrobiny części, jaką otrzymałem. Wystarczyło tego na zapłacenie długów, jakie zostały zaciągnięte. Jeśli zaś idzie o odszkodowanie, to czy można je wyrównać człowiekowi więzionemu przez 8 lat i odsuniętemu od pracy w pełni jego sił?

Nie odzyskałem własnego księgozbioru, w tym kompletów Przeglądu Współczesnego oraz księgozbioru byłego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism RP, który udało się przetrzymać nie tylko przez cały okres okupacji hitlerowskiej, ale i uratować w czasie powstania warszawskiego. Mieli się opiekować nim Stefan Krzywoszewski i Mieczysław Niklewicz, ale byli już u kresu sił i cały z tym związany ciężar spadł na mnie. Jeszcze przed moim aresztowaniem, na skutek zabiegów redaktora Atlasa, cały księgozbiór został zabrany dla rzekomo tworzącego się Instytutu Prasoznawczego. Po mojej rehabilitacji usiłowałem dowiedzieć się, gdzie się znajduje. Nie dowiedziałem się niczego, ponieważ po 1957 roku znowu wszystko stanowiło tajemnicę państwową.

Zobacz:
Odcinek poprzedni
Odcinek następny