Jako prawnik w żaden sposób nie moglem zrozumieć, na jakiej podstawie moja praca w zawodowych organizacjach ziemiańskich i znajomość z Januszem Radziwiłłem, Zdzisławem Lubomirskim, Adolfem Bnińskim ma być czynem podlegającym karze i świadczyć o mojej reakcyjności.
A na marginesie tych zarzutów, dotąd nie mogę zrozumieć, dlaczego miałbym wstydzić się współpracy z wymienionymi osobami. Osobiście stwierdziłem, że Janusz Radziwiłł, choć był ordynatem ołyckim i nieborowskim i spadkobiercą tytułów rodowych, był także inżynierem leśnikiem oraz pionierem uprzemysłowienia w Polsce. Niejednokrotnie słyszałem od ludzi, których zatrudniał w swoich majątkach i cukrowni, że był wzorowym pracodawcą. Dlaczego mam się wstydzić współpracy z tak światłym i szlachetnym człowiekiem, jakim był np. Stanisław Badeni, który tyle uczynił na rzecz nauki polskiej albo Adolfem Bnińskim, nieskazitelnym patriotą, którego „docenili” hitlerowcy skazując go na męczeńską śmierć. Pozbawiono ich nie tylko ziemi i majątków, ale nie pozwolono nawet mieszkać w okolicy, gdzie mieli swe dwory. Oddano je na użytek ludzi, którzy doprowadzili je do ruiny i dzisiaj wszyscy zmuszeni są spieszyć „zabytkom na odsiecz”.
W więzieniu przekonałem się, jak daleko zaszły „wypaczenia”, jak potraktowano także działaczy wybitnie lewicowych, np. Kazimierza Pużaka, niezłomnego działacza PPS i przewodniczącego Rady Jedności Narodowej w okresie okupacji, który zmarł w więzieniu, albo Tadeusza Szturm de Sztrema z „WRN”, człowieka szlachetnego ducha i niezwykle prawego.

Moja rozprawa sądowa odbyła się w więzieniu mokotowskim dnia 16 kwietnia 1951 roku. Poza więzieniem miały miejsce tylko tzw. „pokazówki”, na których oskarżeni kajali się za przestępstwa wobec władzy ludowej. Na mojej rozprawie sądowi przewodniczył major WPL w asyście dwóch podoficerów. Po otwarciu przewodu został odczytany akt oskarżenia. Do winy nie przyznałem się. W postępowaniu dowodowym przewodniczący sądu stwierdził, że zarówno moje zeznania w toku śledztwa, jak i zeznania świadków dowodzą niezbicie, że brałem udział w nielegalnej organizacji pod nazwą „Delegatura rządu londyńskiego”, że byłem współorganizatorem konferencji konspiracyjnych „podziemia”, czyli działałem w zamiarze zmiany przemocą ludowo-demokratycznego ustroju państwa polskiego oraz usunięcia ustanowionych organów władzy zwierzchniej narodu.

Z urzędu przydzielony mi adwokat, o ile dobrze zapamiętałem, nazwiskiem Weisfeld. Może i w dobrej wierze podjął wysiłek mojej obrony nie negując jednak oskarżenia i przytaczając tylko okoliczności łagodzące, prosił o niski wymiar kary dla mnie. Nie mogłem zgodzić się na takie postawienie sprawy przez mojego obrońcę. Oświadczyłem, że jestem prawnikiem i wiem, jak mam się bronić przed krzywdzącymi mnie zarzutami aktu oskarżenia. Nie zaprzeczam, że podjąłem się likwidacji agend Departamentu Informacji i Propagandy Delegatury Rządu na Kraj i że związane z tym czynności wykonałem, jednakże nie w celu prowadzenia działalności konspiracyjnej przeciwko Państwu Ludowemu, ale z obowiązku moralnego dotrzymania wierności wobec spraw i ludzi, z którymi współdziałałem w okresie okupacji hitlerowskiej.  Na dowód tego, że nie prowadziłem czynności skierowanych przeciwko aktualnemu porządkowi prawnemu, służyć może moje zachowanie się i praca, mająca na celu odbudowę Warszawy ze straszliwych zniszczeń. Dobrowolnie osobiście przekazałem Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, mieszczącej się w gmachu Sądów, materiały dotyczące tych zbrodni, wśród nich także zbierane po upadku powstania warszawskiego w 1944 r. relacje i opisy zbrodni na Woli, Ochocie, Śródmieściu Południowym i Mokotowie Północnym oraz Starym Mieście, a także 250 indywidualnych protokołów zeznań. Na dowód tego mam pokwitowanie z datą 14 marca 1946 r. podpisane przez przewodniczącego Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich – Rybińskiego.
Zostałem ostro upomniany przez przewodniczącego sadu, że wnoszę nieistotne dla sprawy okoliczności i że zamyka postępowanie dowodowe, a sąd udaje się na naradę. Ani się spostrzegłem, jak za chwilę odczytany mi został wyrok.

Znak akt Sr 232/51 skazujący:
Adama Grabowskiego, ur. 1902 r., syna Feliksa i Kunegundy, za przestępstwa z art.. 86 § 2 KKWP i innych na łączną karę 14 lat więzienia, z utratą praw na 5 lat i przepadek mienia.

Nie zaskoczyła mnie tak wysoka kara więzienia. Odczułem nawet ulgę, że wreszcie mam za sobą przewlekłe śledztwo i nie będę niepokojony zaskakującymi zeznaniami innych. Sposób prowadzenia śledztwa, jego przewlekłość i całkowite odizolowanie od rodziny i świata zewnętrznego, niezależnie od wyroku, stanowiły już dotkliwą karę, nieznaną dotąd, której podlegali więźniowie polityczni w okresie „błędów i wypaczeń”.

24. W ogromnej celi więziennej

Zaraz po rozprawie sądowej strażnik więzienny polecił mi zabrać koc i miskę do jedzenia, jedyne rzeczy, które mógł mieć więzień, i poprowadził z X pawilonu do głównej części więzienia. Tu stanęliśmy przed celą zamkniętą tylko na kratę żelazną. Była to cela ogromna, wypełniona po brzegi przez kłębiący się w niej tłum ludzi. Gdy strażnik otwierał kratę, tłum na chwilę znieruchomiał. Gdy krata zamknęła się za mną, tłum na nowo zaczął krążyć, jak cienie w Hadesie. Najbliżsi mnie pytali o nazwisko i wysokość wyroku. Dowiedziałem się, że to nie przedpiekle, ale największa cela w więzieniu mokotowskim, w której gromadzeni są więźniowie po wyroku i stąd wysyłani do więzień, w których będą odsiadywać karę.

Ta ogromna cela, mimo że przebywałem w niej stosunkowo krótko, utrwaliła się w mojej pamięci. Spotkałem w niej bowiem wielu kolegów i przyjaciół, zarówno z okresu okupacji, pracy w Tygodniku Warszawskim, a także wielu ciekawych ludzi. Pierwszy powitał mnie ksiądz prałat Zygmunt Kaczyński. Popatrzył na mnie swymi jasnymi oczyma i martwił się, czy starczy mi sił, aby przetrzymać ten straszliwy okres, który wreszcie kiedyś musi się skończyć. Martwił się o moje zdrowie ks. Zygmunt Kaczyński, a nie minęło zaledwie kilka tygodni, gdy zmarł nocą w tej ogromnej celi. Jego wrażliwe serce nie wytrzymało udręki śledztwa i dolegliwości więzienia. Wieść o jego nagłej śmierci doszła do mnie już po moim wyjeździe do więzienia we Wronkach. Ubył jeszcze jeden niepospolitej miary człowiek, który dobrze wiedział, jaką mamy kroczyć drogą w trudnych czasach.
W tej przejściowej celi spotkałem i długo trzymałem w braterskim uścisku Jerzego Brauna, poetę, przyjaciela i kolegę. Poznaliśmy się w latach gimnazjalnych, wtedy recytował nam swe gorące wiersze. Tak układało się nasze życie, że choć na co dzień żyliśmy z dala od siebie, to jednak w chwilach przełomowych byliśmy zawsze razem. Tak było w latach 1918–1920, następnie w okresie okupacji hitlerowskiej oraz w latach 1945–1948. W tym samym czasie zostaliśmy aresztowani, poddani śledztwu i surowo osądzeni. Teraz los wyznaczył nam spotkanie w celi, jemu – ostatniemu przewodniczącemu Rady Jedności Narodowej i delegatowi Rządu na Kraj, i mnie – likwidatorowi Departamentu Informacji i Prasy tejże  delegatury Rządu na Kraj. Niewdzięczne i niełatwe mieliśmy zadanie do wypełnienia, ale do końca pozostaliśmy wierni ideałom chrześcijańskim, głęboko zakorzenionym w społeczeństwie polskim, których dopracowaliśmy się w życiu. Teraz spotkałem Jerzego Brauna mocno przygaszonego, w oczach jego nie płonął, jak dawniej, żywy zapał, przyciszonym głosem skarżył się na dolegliwości sercowe. Niebawem rozstaliśmy się, zesłani każdy do innego więzienia.
Jerzego Brauna spotkałem dopiero w 1958 roku po naszych perypetiach więziennych. Obaj odczuwaliśmy potrzebę włączenia się na nowo w pracę, bez której nie umieliśmy żyć. Jerzy Braun nie znalazł już miejsca dla siebie w kraju. Ostatni raz zobaczyłem go w Rzymie w 1970 roku, zaproszony na uroczystość beatyfikacji Maksymiliana Marii Kolbego. Z trudnością chodził, ale jeszcze tworzył. Zmarł później poza krajem, który tak kochał. Całkowicie mu oddana żona sprowadziła jego doczesne szczątki do ojczyzny. W kwaterze zasłużonych, na starym Cmentarzu Powązkowskim, pożegnało go liczne grono przyjaciół.

W przejściowej celi przebywali także inni koledzy redakcyjni Tygodnika Warszawskiego. Nie zastałem już w niej naszego przemiłego sekretarza redakcji, Antoniego Madeja, poety, którego z Jerzym Braunem łączyła nie tylko przyjaźń, ale i wspólne zainteresowanie filozofią Hoene-Wrońskiego. Nie spotkałem naszego publicysty Kazimierza Studentowicza oraz Józefa Kwasiborskiego ze Stronnictwa Pracy, a także Teofila Sygi i wielu innych przyjaciół i kolegów, którzy jak ja popadli w niełaskę.
Odnalazłem natomiast wielu znanych mi księży i zakonników. Dzielił z nami dolę więzienną sędziwy ksiądz Moskała, gromadząc koło siebie liczne grono słuchaczy i pełniąc do końca swą misję. Wielu tutaj potrzebowało pociechy i przykładu wytrwania w dobrym, kiedy triumfowało zło, gdy szerzyła się nienawiść.
W tym zbiorowisku odnalazłem także przełożonego  Ojców Paulinów z Jasnej Góry, o. Raczyńskiego. Witając go pomyślałem, że reprezentuje tu Panią Jasnogórską, pocieszycielkę strapionych. W rzeczywistości znalazł się tutaj za rzekomo popełnione przestępstwa dewizowe. Powód zawsze się znajdzie, aby niewygodnego pozbawić wolności – dowiedziałem się od oficera śledczego w więzieniu.

W gąszczu łóżek piętrowych odnalazłem kolegę z pierwszej klasy gimnazjum Św. Jacka. Był nim Edward Bulanda, jezuita, prowincjał Towarzystwa Jezusowego. Skupiony modlił się cicho, gdy stanąłem koło niego. Jego głębokie oczy uśmiechnęły się do mnie, jakby na przekór smutnej dla nas obu rzeczywistości. Nie pytałem, dlaczego tu się znalazł. Mnie dociekliwie wypytywano o „kontakty” z ojcami jezuitami. Wszystko, co mogłem powiedzieć, to to, że w 1914 roku, kiedy miałem 12 lat, poznałem Edwarda Bulandę, późniejszego jezuitę; zresztą na krótko, ponieważ przeszedł on do gimnazjum jezuickiego, a ja pozostałem w gimnazjum Św. Jacka. Dopiero teraz spotkaliśmy się po raz drugi.
Przebywało w celi kilku młodych księży, po wyrokach, dlatego, że zbyt gorliwie katechizowali młodzież. Swą obecnością dowodzili, jak dalece Kościołowi katolickiemu w Polsce została wydana walka. Po wyjściu z więzienia rozmawiałem na ten temat z księdzem Edwardem Baraniakiem, również więzionym, sekretarzem osobistym kardynała Augusta Hlonda, później arcybiskupem metropolitą Poznania. Uświadomił mnie, że tylko przedwczesna śmierć uratowała Prymasa Augusta Hlonda od postanowionego już aresztowania i uwięzienia. Spotkało ono zresztą jego następcę, Stefana kard. Wyszyńskiego.

Więźniów, gromadzonych w tej przejściowej olbrzymiej celi, można było zaliczyć do następujących czterech grup: pierwszą stanowili księża, zakonnicy oraz świeccy działacze katoliccy; drugą, najliczniejszą, przedstawiciele władzy z okresu międzywojennego, oficerowie Wojska Polskiego, Komendy Głównej AK, Delegatury Rządu na Kraj, żołnierze AK, którzy walczyli w powstaniu warszawskim w 1944 r., oraz działacze zdelegalizowanych w procesie tzw. porozumienia narodowego stronnictw PPS, PSL, ND, CHSP i PR; trzecią grupę stanowili wyżsi oficerowie Wehrmachtu, Gestapo i administracji okupacyjnej; czwartą – kilku więźniów pospolitych, których utykano nawet w małych celach pomiędzy więźniów politycznych, w wiadomym celu. Należy im oddać sprawiedliwość, że niechętnie spełniali wyznaczone im zadanie i nie szczędzili nam naiwnych rad, jak przetrwać „więzienną dolę”.

Umieszczenie natomiast pomiędzy polskimi więźniami politycznymi gestapowców, z którymi toczyliśmy walkę na śmierć i życie, odczuliśmy jak jeszcze jedną zniewagę, których nam nie szczędzono. A może była to perfidna prowokacja, aby upozorować, co niektórym wpierano w śledztwie, że przy końcu wojny Polacy współpracowali z hitlerowcami.
W rzeczywistości przedstawiciele tej trzeciej grupy więźniów stanowili w więzieniu obraz godny pożałowania. Trudno było uwierzyć, że to ci sami, butni, pełni pychy ludzie, którzy pastwili się i bez żadnych skrupułów rozstrzeliwali Polaków. Tutaj byli pokorni i niemal służalczy. Na własne oczy widziałem jednego z nich, który w więzieniu pełnił funkcję lokaja przy Różańskim. Nie okazywaliśmy im uczuć zemsty i nienawiści, na którą sobie zasłużyli, ale unikaliśmy rozmowy z nimi, do której byli bardzo skorzy. Byli zmuszeni trzymać się z dala i oddzielnie.

Przez tę zbiorczą celę przewinęło się za mojej bytności wielu ciekawych ludzi nauki, architektów, pisarzy i publicystów. Z niektórymi tu dopiero się poznałem – jak z architektem Mieczysławem Twarowskim, późniejszym docentem Politechniki Warszawskiej, autorem rewelacyjnych książek, tłumaczonych na kilka języków świata. Stwierdziliśmy, że wiele poglądów nas łączy. Spotkałem go po wyjściu z więzienia. Podobnie jak ja, został członkiem zarządu Rady Prymasowskiej Odbudowy, a następnie Budowy Kościołów i połączyła nas konkretna praca społeczna. W tej celi odświeżyłem znajomość ze Stanisławem Lipkowskim, kawalerem maltańskim. Poznał mnie pierwszy i uściskał jak kogoś bliskiego i dawno nie widzianego. Wspólnota jednakich przeżyć jeszcze bardziej zbliżała ludzi do siebie.
Z ciekawych ludzi przebywał w ogromnej celi, znany przed wojną pułkownik Wacław Kostek-Biernacki, były wojewoda i organizator obozu w Berezie Kartuskiej. Był już stary, z trudnością się poruszał, podpierając się laską. Pozwalano mu za dnia leżeć w łóżku. Zachowywał się z wielką godnością i chętnie rozmawiał ze wszystkimi, którzy tego pragnęli. Dla niego specjalnie zjawiał się niekiedy oficer polityczny z wyraźnym zamiarem ośmieszenia go jako dawnego działacza PPS. Wtedy w tym starym człowieku budził się lew i niczym nie dał się zaskoczyć. Wykazywał gruntowną znajomość dzieł Marksa, Engelsa i Lenina, wobec czego młody oficer był bezradny. Słuchaliśmy tych jego potyczek z niemałym podziwem dla starego działacza politycznego.
Byłem świadkiem próby poróżnienia Kostki-Biernackiego z przebywającymi w celi kapłanami i działaczami katolickimi. Nie ukrywał on, że jest wyznawcą staropogańskiej wiary naszych przodków. Katolicy nie podejmowali jednak dyskusji na ten temat. Wszyscy znajdowaliśmy się w tym samym położeniu, wszyscy umieli wiele zrozumieć i wiele wybaczyć. Było rzeczą zastanawiającą, że ten stary człowiek rzeczywiście myślami był cały pogrążony w naszej zamierzchłej przeszłości. Opowiadał chętnym, jak to nasi praojcowie czcili siwego tura, o czasach spokojnych i ludzkich, które zmieniły się na gorsze odkąd przyszli „Niemce” i zaczęli obalać bóstwa i mieczem nawracać na nową wiarę.

Przewinął się przez tę celę i następnie przebywał ze mną w jednej celi, Kazimierz Świtalski, były premier i marszałek sejmu międzywojennej Rzeczypospolitej. W 1939 roku, jako legionista w randze majora znalazł się w wojsku i po kampanii został internowany w obozie jenieckim w Murnau. Po wyzwoleniu obozu w 1945 r. powrócił do kraju. Został aresztowany i skazany na więzienie. Nie znałem go osobiście, ale byłem krytycznie nastawiony do jego systemu sprawowania władzy. W więzieniu dał się poznać, jako człowiek wielu zalet i przemiły kompan. Umiał opowiadać ciekawe rzeczy zarówno z czasów legionów, sprawowania władzy i obozu w Murnau. W więzieniu nie było w nim nic z dawnego dygnitarza państwowego. Potrafił nucić piosenki legionowe, sentymentalne i romansowe. Zapominało się przy nim o udrękach więziennych. Przetrwał długie więzienie, ale niedługo cieszył się wolnością i życiem, które naprawdę kochał. Przechodząc przez ulicę, zginął od jadącego tramwaju. Z żalem żegnało go na cmentarzu grono osób, wśród których niemałą grupę stanowili byli murmańczycy i byli współwięźniowie Mokotowa i Wronek.

W wielkiej celi więzienia mokotowskiego przeważali ludzie starsi i w średnim wieku. Nie zabrakło jednak i ludzi młodych, którzy już na progu swej dojrzałości znaleźli się w więzieniu. Byli to młodzi akowcy, którzy po krwawej łaźni w powstaniu warszawskim i upokorzeniu w obozach hitlerowskich, nie wiadomo dlaczego znaleźli się w więzieniu w wyzwolonej ojczyźnie. Snuli się wśród nas bladzi i wychudli, ze zwieszonymi głowami. Pytali nas, starszych, dlaczego tak się dzieje? Nie wiedzieliśmy co im powiedzieć, ponad to, że te absurdy polityczne muszą się skończyć i przyjdzie czas, że wszystko zdąży do pojednania i zjednoczenia, ponieważ bez niego żaden naród nie może żyć, a oni młodzi mają szansę tego doczekać.
Przez wielką celę mokotowskiego więzienia przewinął się cały przekrój społeczeństwa. Znaleźli się tutaj ci, co dawniej sprawowali władzę, przedstawiciele wszystkich stronnictw, które działały w okresie międzywojennym, niektórzy z ruchu oporu przeciwko okupacji hitlerowskiej, szeregowi żołnierze, starzy i młodzi, z miast i ze wsi, wierzący i niewierzący. Nie spotkałem tylko osób pochodzenia żydowskiego. Wyniszczeni zostali niemal doszczętnie przez hitlerowców, a ci, którzy przybyli z wyzwalającymi nasz kraj, znaleźli się po drugiej stronie barykady, na wysokich stanowiskach śledczych w więzieniach. To jeszcze jedno powikłanie w naszych dziejach, jak w antycznej tragedii.

25. W więzieniu karnym we Wronkach

Do więzienia karnego we Wronkach przyjechałem w okratowanym wagonie kolejowym, doczepionym do normalnego składu pociągu osobowego. W przedziale jechało po kilku więźniów. Niektórzy pocieszali się, że będą mieli wreszcie spokój, zapominając, że zbyt długi może się okazać bardzo trudny do zniesienia. Przyjazd na stację Wronki nie wróżył niczego dobrego. Okazało się, że po wyroku nie jesteśmy więźniami politycznymi, ale jak w śledztwie – bandytami. Wczesnym rankiem ze stacji kolejowej prowadzono nas, niewielką grupę, przed rysujące się wysokie mury więzienia. Nakazano nam uklęknąć i na kolanach doczołgać się przed bramę naszego nowego domu.
Po chwili rozwarła się brama więzienia i pojedynczo wchodziliśmy na podwórze więzienne. Tu przed kolejną bramą nakazano nam rozebrać się do naga i z ubraniem w ręku biec szybko, w szpalerze rozstawionych strażników, najpierw przez długi korytarz, następnie schody żelazne, na piętro pawilonu do otwartych, czekających na nas cel.

Cele więzienne we Wronkach podobne były do cel w więzieniu mokotowskim, tylko prymitywniej urządzone. Przy drzwiach w kącie zamiast bidetu stał duży blaszany „kibel”. Żeliwna rura, sięgająca do sufitu, ogrzewała w zimie celę, zamiast kaloryfera. Mocno okratowane i wysoko umieszczone okno sączyło mało światła na smołowaną podłogę. Podobnie jak w więzieniu mokotowskim nie było w celi łóżek, stolika, taboretu. Przy ścianie leżało sześć słabo wyściełanych słomą sienników do rozkładania na noc w poprzek celi. Drzwi do celi były dębowe, z „judaszem” do podglądania od zewnątrz, ze stalowymi zasuwami i zamkami. Własne ubranie, płaszcz i buty musiałem oddać do magazynu więziennego, otrzymałem natomiast drelich więzienny i drewniaki. Po ciepłej kąpieli natryskowej otrzymaliśmy koszulę i kalesony. W drewniakach trzeba było się uczyć chodzić.

Rozpoczął się okres odbywania kary. Warunki bytowania i odżywiania były podobne jak w więzieniu mokotowskim, z tą jednak zmianą na lepsze, że obecnie mogliśmy otrzymać przesyłkę pieniężną i zakupić raz w tygodniu w miejscowej kantynie trochę żywności. Po długotrwałym śledztwie byliśmy mocno wygłodzeni, jedni wychudli, niektórzy znowu opuchli z nadmiaru wody w organizmie. Mnie osobiście przymusowa głodówka wyleczyła gruntownie z trapiącej mnie choroby wątroby, jak to wyczytał z moich źrenic niezrównany doktór – zielarz warszawski, który chyba dlatego znalazł się w więzieniu, by mógł służyć dobrą radą wszystkim współwięźniom.
Wszystkich młodych zżerała gruźlica na skutek niedożywienia. Mnie po przebytej paradontozie krwawiły dziąsła, a silne dawniej zęby ruszały się jak klawisze w fortepianie. Toteż z radością witaliśmy każdą paczkę żywnościową, jaką otrzymał ktoś, i dzielili między sobą, jak przystało w rodzinie więziennej.

Wielką dla wszystkich rzeczą było obecnie to, że każdy mógł raz na miesiąc wysłać list do rodziny i otrzymać odpowiedź. Pozbawieni byliśmy tego w okresie długiego śledztwa, co było udręką i dodatkową karą, niegodną cywilizowanego społeczeństwa.

W więzieniu karnym przysługiwał krótki, półgodzinny spacer w obrębie więzienia. Pozwalał nie tylko odetchnąć świeżym powietrzem, ale zobaczyć więźniów z sąsiednich cel. W czasie spaceru przekonałem się, że dzieli los więźnia ze mną kolega z pracy zawodowej przed 1939 rokiem, Władysław Englicht. Uśmiechał się rotmistrz Potworowski, znany mi były ziemianin z poznańskiego. Dowiedziałem się więcej o nich, gdy do celi, w której przebywałem, doprowadzono Witolda Maringe, znanego przed wojną organizatora rolnictwa. Podjął się on na zaproszenie Władysława Gomułki niełatwego zadania  zorganizowania Państwowych Gospodarstw Rolnych /PGR/ na ziemiach odzyskanych. Z wielką znajomością rzeczy zabrał się do zagospodarowania odłogiem leżących ziem. Do realizacji tego zadania przybrał sobie najlepszych fachowców, jakich znał, między innymi Potworowskiego i Englichta. Kiedy Gomułka znalazł się w impasie politycznym, wszyscy zostali uwięzieni i skazani na długotrwałe więzienie za sabotaż, ponieważ jako klasowo obcy podjęli się trudnej pracy zagospodarowania ziem zachodnich.
Z podziwem patrzyłem na pana Witolda, jak on – wzór rolnika postępowego, znosił wszystkie dolegliwości więzienia, jak będąc w więzieniu troszczył się jeszcze o sprawy rolnictwa. Odsunięcie takiego człowieka od pracy to nie błąd, ale zbrodnia wobec kraju, który po zniszczeniach wojennych czekał na dobrych gospodarzy, jak spragniona ziemia wody.

Strażnicy więzienni śledzili przez judasza nasze zachowanie się w celi, otwierali drzwi przy wydawaniu posiłków, prowadzili do łaźni więziennej i na spacer. Starsi wiekiem nie tylko nie dokuczali nam, ale po ojcowsku niemal uspokajali tych, co się awanturowali, tłumaczyli, że tylko sobie zaszkodzą. Dopiero w obecności oficerów politycznych, którzy wizytowali nas w celi, zachowywali się agresywnie. Gdy w czasie pogadanek milczeliśmy uparcie i nikt z więźniów nie chciał podjąć dyskusji na temat naszej reedukacji, wtedy oficer zarządzał rewizję w celi, czyli tak zwany „kipisz”. Jeśli znaleziono rzecz niedozwoloną, spotykały nas kary pozbawienia na pewien czas listu lub zakupu żywności na tzw. wypiskę.
Osobiście spotkała mnie innego rodzaju kara, gdy w czasie rewizji przed Świętami Bożego Narodzenia znaleziono w naszej celi malutką szopkę betlejemską, ulepioną z chleba i słomek. Przyznałem się, że to ja ją ulepiłem. Oficer polityczny patrząc na mnie szyderczo powiedział: „że też chce wam się robić takie głupoty” i rozbił szopkę na mojej łysej głowie. Szopka chlebowa zdążyła już stwardnieć i przez święta zamiast niej miałem na czole fioletowy znak.
Możliwość napisania listu do domu, a jeszcze więcej otrzymanie od najbliższych wiadomości, dostarczała wiele radości, ale dla niektórych stawała się źródłem nowej zgryzoty i niepokoju. Jak można było pocieszyć młodego kolegę więziennego, któremu żona przysłała wiadomość, że nie może na niego czekać tyle lat, na jakie został skazany, i ma już innego. Taki dodatkowy wyrok otrzymał młody akowiec, który zniósł wszystko, i walkę na Starówce i wyrok na 12 lat więzienia. Załamał go dopiero ten dodatkowy wyrok żony i jak zamknięty w klatce niedźwiedź tłukł się po celi. Wytłumaczyliśmy mu wreszcie, że kobieta, która nie potrafi poczekać na powrót męża, nie może być jego żoną.

Pobyt w więzieniu we Wronkach i przeżycia z tym związane podzielić można na dwa okresy: pierwszy od 1951 do 1954 roku i drugi, od 1954 do 1957 roku. W tym pierwszym okresie traktowano nas jak w śledztwie, jak bandytów podziemia politycznego, i przy każdej sposobności wbijano w głowę, że bez względu na to, jaki kto ma wyrok, znajdziemy się pod murem straceń albo zostaniemy wydaleni z kraju w strony, skąd się już nie wraca. W drugim okresie, dokładnie od śmierci Stalina w 1954 roku, ten kurs stopniowo łagodniał. Dobrze zapamiętaliśmy dzień przełomu. Wczesnym rankiem zobaczyliśmy przez okno flagę żałobną. Gdy otwarły się drzwi celi, strażnicy rozlewający nam kawę do menażek dziwnie do nas mrugali. Rozśpiewały się ściany więzienne do tego stopnia, że oficerowie polityczni wizytowali wszystkie cele. Ustawieni na baczność wiedzieliśmy już co się stało i że to może odmieni nasz niedobry los, mieliśmy podniesione głowy i w oczach zamiast zwykłej rezygnacji paliły się blaski nadziei. Zauważył to oficer i surowo powiedział: niech tylko nie będzie komu za wesoło, bo zarobi sobie pobyt w karcu.
Rzeczywiście, odmieniło się w więzieniu w drugim okresie. Stopniowo opuszczali więzienie ci, co mieli wyroki poniżej 10 lat i odbyli już połowę kary. Pozostałym zezwolono na korzystanie z biblioteki więziennej i zaproponowano pracę w więziennych zakładach metalowych, prowadzono do kina więziennego, a nawet zezwolono na zorganizowanie sobie Dziadów Mickiewiczowskich.

Mogłem i ja być zwolniony, ale nie skorzystałem z tego dobrodziejstwa. Pewnego dnia zostałem zaprowadzony do kancelarii więziennej i w niej zobaczyłem oficera śledczego z okresu wczesnego śledztwa w Warszawie. Był to ten łagodny, który pocieszał mnie po poturbowaniu. Powitał mnie jak dobrego znajomego i powiedział:
– Przyjechałem tu autem z Warszawy i mogę pana zawieźć wprost do dzieci, z pana strony potrzebna jest drobna formalność, akt dobrej woli, a mianowicie podpisanie oświadczenia lub krótkiego artykułu, który zostanie zamieszczony w prasie katolickiej współpracującej z władzą ludową, że pan odżegnał się od współpracy z Watykanem.
Byłem zaskoczony propozycją.
– Nie współpracowałem z Watykanem, jak więc mogę się tego wypierać – oświadczyłem. Dowiedziałem się, że w dalszym ciągu nie mogę zrozumieć aktualnej sytuacji politycznej w kraju i wyciągnąć właściwych wniosków.
Na tym skończyła się propozycja mojego wcześniejszego zwolnienia z więzienia. Później z mojego najbliższego otoczenia dowiedziałem się, że postąpiłem co najmniej lekkomyślnie. Czyżby wolność osobistą można było mieć za wszelką cenę? Ani wtedy, ani teraz nie żałuję, że nie skorzystałem z takiej oferty wolności. Odwrotnie, dziękuję Bogu, że udzielił mi siły i oparłem się pokusie. Dziękowałem ponownie po wyjściu z więzienia, kiedy dowiedziałem się, że niektórzy koledzy z okresu walki z hitlerowską zbrodnią, nawet jeden ksiądz, nie oparli się pokusie i poszli na ustępstwa i podpisali, jak im się zdawało mało znaczące oświadczenia. Uniknęli aresztowania i ciężkiego więzienia, ale może później żałowali, że odtąd nigdy już nie mogli być sobą. Rozumiem ich dramat wewnętrzny i daleki jestem od przypisywania im winy. Winni są oczywiście tylko ci, co posługują się nieludzką metodą pozbawiania człowieka jego godności.