Przed domem czekało auto, w które wsiedliśmy, jednak na placu Trzech Krzyży odmówiło posłuszeństwa. Pomaszerowaliśmy piechotą do dużego gmachu w Alejach Ujazdowskich, róg Koszykowej. W okresie okupacji mieściło się w nim niemieckie „Kripo”, a teraz Urząd Bezpieczeństwa. Kiedy zamknęła się za nami żelazna krata przed podwórzem gmachu, usłyszałem głos mojej starszej córki Izy: Tatusiu! Tatusiu! Wyciągała do mnie ręce przez kratę, a mnie szybko zabrano do wnętrza gmachu. Długo potem miałem w uszach rozpaczliwy okrzyk córki i zastanawiałem się, jakim cudem potrafiła biec za autem, a następnie iść za nami, aby się przekonać dokąd mnie zabrano.

Schodami do piwnic doprowadzono mnie do małej komórki, która dawniej musiała być piwniczką na węgiel. Nie miała okienka, ale pod sufitem, tuż u wejścia, mały reflektor silnie oświetlał nędzny słomiany barłóg na ziemi. Zamknięto drzwi. Było duszno. Zdjąłem ciepły płaszcz i położyłem na barłogu. Musiałem także zdjąć okulary, aby uchronić oczy od porażającego światła. Przybliżyłem twarz do ściany i przeczytałem wyskrobane tajemnicze słowa: Nie smuć się, gdy tu wejdziesz – nie ciesz się, gdy stąd wyjdziesz. Przywiódł mi na myśl strofy Dantego: wyzbyjcie się wszelkiej nadziei, wy, którzy tu wchodzicie. Nie smuciłem się zbytnio, ale po wielu latach, gdy opuściłem więzienie, też nie było powodu do radości. Mądra to była sentencja i przewidująca.

Usiadłem na sienniku. Poczułem głód palenia. Nie zabrano mi papierosów, ale zapałki, toteż zacząłem żuć sam tytoń. Usłyszałem otwieranie zamka i tajemnicza ręka wsunęła przez uchylone drzwi miseczkę z czarną kawą i pajdkę czarnego chleba. Wypiłem gorzkawy płyn, ale jeść nie mogłem. Nie wiem dlaczego, ale z czarnego chleba zacząłem lepić Chrystusa frasobliwego, jakiego zapamiętałem wędrując po drogach polnych Podhala. Skierowało to moje myśli w inną stronę i uspokoiło. Nagle otwarły się drzwi i strażnik zabrał mi ukształtowaną już figurę. Po chwili wrzucił mi dwie nowe pajdki chleba, jakby zachęcając do lepienia na nowo. Formowałem chleb śliną i spłynął na mnie spokój, uciszył się ból rozstania z najbliższymi. Przygotowany byłem na wszystko, ale nie byłem pewny, czy potrafię naśladować Chrystusa, gdy zechcą mnie lżyć, chłostać i naigrawać się ze mnie.Przekonać się o tym mogłem już następnego dnia. Windą, która prowadziła z piwnic, zawiózł mnie strażnik do górnych pięter i zaprowadził do zwyczajnego pokoju biurowego. Za biurkiem siedział zwyczajny urzędnik, który popatrzył na mnie wnikliwie i wskazał krzesło. Gdy jednak powolnym ruchem wyjął rewolwer i położył obok siebie na biurku, zrozumiałem, że nie czeka mnie zwykła urzędowa rozmowa. Zapytał mnie, czy przyznaję się do udziału w spisku w celu obalenia siłą ustroju ludowego oraz do szpiegostwa. Jeśli mi miła własna głowa, to lepiej od razu przyznać się i wskazać uczestników spisku. Oskarżenie było absurdalne, więc spokojnie oświadczyłem, że nic mi  nie jest wiadome o spisku, mającym na celu obalenie ustroju ludowego, a co do szpiegostwa to brzydzę się nim i tymi, którzy je uprawiają. Zobaczysz, jak będziesz śpiewał, wszystko potrafimy z ciebie wydusić – powiedział. Powstał z krzesła i w tej chwili do pokoju weszło kilku mężczyzn, dwóch ujęło mnie za ręce i zaprowadziło do sąsiedniego pokoju.

Tutaj, na stojąco otoczyli mnie ścisłym kołem i zaczęli zbiorowo przesłuchiwać, zadawać pytania, krzyczeć. Nim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, popychali mnie jeden do drugiego i uderzali po głowie. Zasłoniłem się rękami w obawie o okulary. W pewnej chwili ktoś podstawił mi nogę i upadłem na podłogę. Kilku naraz kopało mnie, a ja przytomnie starałem się, aby nie dostać w nerki. Nie czułem razów i półprzytomny nie zdawałem sobie sprawy, jak długo mnie maltretowano. Naraz uciszyło się, znikli prześladowcy i ktoś litościwy, dopytując się, czy nic mi się nie stało, dźwignął mnie z ziemi i postawił na nogi. Podtrzymując zaprowadził do małego pokoju o zakratowanym oknie, posadził przy stoliku, na którym leżało kilka kartek papieru i pióro do pisania. Zachęcał mnie łagodnie, abym napisał swój życiorys, co mam do zeznania, i oddalił się.

Przez dłuższą chwilę rozmyślałem, czy wobec tego, co mnie spotkało, należy pisać cokolwiek. W ręku trzymałem okulary, szkła całe, ale oprawa połamana. Czy uda mi się oprawkę skleić jedynym tworzywem, które miałem do dyspozycji, chlebem powszednim? Okazało się, że tak sklejone okulary nosiłem przez cały czas więzienia i na pamiątkę przechowuję do dnia dzisiejszego.

Napisałem jednak życiorys, niczego nie ukrywając. Na koniec pisania przyszedł mi na myśl Erazm z Rotterdamu, który odrzucając wszelką przemoc był orędownikiem zgodnego porozumienia we wszelkiej formie. Jak wszystkie duchy wolne, był jednak samotny. Napisałem, że jedynym moim dążeniem było pozostać wolnym i nie wiązać się z kimkolwiek. Nie znaczyło to, abym stał na uboczu i nie angażował się po słusznej stronie, abym nie pracował społecznie. Nie chcę i nie mogę tolerować bratobójczej walki, zwalczania przeciwników politycznych środkami przymusu i gwałtu, niszczenia dóbr materialnych i kulturalnych. Uspokoiło mnie to, co napisałem i postanowiłem w tym wytrwać bez względu na to, co mnie jeszcze może spotkać.

Odprowadzono mnie do mojej piwniczki. Sprowadzony lekarz opukał mnie i widocznie niczego groźnego u mnie nie stwierdził, skoro po jego odejściu nakazano mi wczołgać się do niskiego, całkowicie ciemnego lochu. Był podobny do pieca chlebowego, a raczej do miejsc w katakumbach na cmentarzu powązkowskim, do których wsuwano trumnę zmarłego, zasklepiając płytą kamienną, a ten zamykano żelaznymi drzwiczkami. Pomyślałem, że za życia doczekałem się miejsca w katakumbach. Mnie zamknięto w celu skruszenia i zastraszenia tylko na krótki czas. Żadna żyjąca istota, bez dostępu powietrza dłużej by tu nie pożyła. Następna piwniczka, do której mnie doprowadzono, była obszerna, ale całkowicie pozbawiona światła. Tylko przez szpary drzwi sączyło się trochę światła ze słabej żarówki na korytarzu. Jak naukowo wykorzystano światło, raz oślepiając nim do bólu, drugim razem ukrywając je ta, by nie mogło przebić mroku nocy.Leżałem na worku ze szczątkami słomy, obolały po perypetiach śledczych. Wielką przysługę oddał mi mój ciepły płaszcz, którego mi nie zabrano. Owinięty w niego spałem dzień i noc, tracąc powoli poczucie czasu. O nastaniu  nowego dnia przekonywało mnie uchylenie drzwi i wsunięcie miski z zupą i kawałkiem chleba. Początkowo liczyłem otwieranie drzwi, aby wiedzieć, jak długo tu będę, ale straciłem w końcu rachubę. W kącie stało duże, blaszane naczynie, nakryte pokrywą. Gdy ją podnosiłem, wydawało straszliwy odgłos, może z powodu panującej dookoła ciszy. Później dowiedziałem się, że naczynie takie nazywa się kiblem, oraz że od niego wywodzi się praktykowane w więzieniu powiedzenie „kiblować”, czyli przebywać w więzieniu, zaś rozprawa sądowa, mająca miejsce w więzieniu, nazywa się „kiblówką”.

Kiedy już traciłem nadzieję, że wyjdę z tej ciemnicy, pewnego dnia szeroko rozwarły się drzwi i strażnik polecił mi zabrać swoje rzeczy tj. płaszcz i miskę. Nie bez trudu, posuwając się na chwiejnych nogach, doprowadzony zostałem do dużej celi ze światłem dziennym, pochodzącym z okien piwnicznych, wychodzących na aleje Ujazdowskie. Moje oślepłe oczy dostrzegły życzliwe twarze kilkunastu zgromadzonych osób. Stan mój musiał przedstawiać się nie najlepiej, skoro kilku, nie proszonych, zajęło się mną. Umyli mi całe ciało, ostrożnie karmili i radzili, abym uczył się chodzenia i z wolna gimnastykował. Dopiero wtedy przekonałem się, że moja głowa chwieje się nieustannie na boki, a ręce drżą, jak u wiekowego starca. Miałem złamane żebro, pamiątkę z przesłuchania, dopiero teraz zaczęło boleć. Ludzka pomoc i opieka powoli przywracała mi siły. Zapamiętałem szczególną życzliwą pomoc ze strony architekta o nazwisku Baumiller. Wrócił z podróży do Stanów Zjednoczonych i nie wiadomo dlaczego, zamiast we własnym mieszkaniu, znalazł się tutaj.

Nikt mnie teraz nie zabierał na przesłuchania, ani też nie przerzucał do innych cel. Kiedy jednak odzyskałem siły i mogłem się samodzielnie poruszać, zostałem przewieziony do więzienia mokotowskiego, na właściwe badania śledcze, które trwać miały blisko dwa lata, zanim doczekałem się rozprawy i wyroku sądowego. Teraz z wiozącego mnie auta, choć przez chwilę, widziałem na ulicach miasta ludzi wolnych, choć spieszących się nie wiadomo dlaczego.

20.  W celach więzienia mokotowskiego

Znalazłem się w więzieniu mokotowskim, ale nie jak przedtem w celi ogólnej, ale w celi obliczonej  na dwóch więźniów, o piętrowym łóżku. Teraz, w okresie masowych aresztowań, w takiej celi, po usunięciu łóżka, lokowano sześciu a nawet ośmiu więźniów (przepraszam podejrzanych, ponieważ było to więzienie śledcze i dopiero po skazującym wyroku stawało się prawdziwym więźniem). Było ciasno i trzeba było spać na siennikach rozkładanych na noc w poprzek celi. Roślejsi musieli uginać nogi przy spaniu, a najgorzej mieli ci, którym przypadło miejsce przy wysuniętej muszli klozetowej. Dniem sienniki były układane przy ścianie, jeden na drugim, tworząc coś w rodzaju stołu, przy którym stojąc można było jadać.

Na nakryte kocem sienniki każdego ranka rzucane były całodzienne porcje chleba, pokrajane w nierówne ćwiartki. W więzieniu chleb był w szczególnym poszanowaniu. Na obiad była w początkowym okresie tylko wodnista zupa, w której trudno było znaleźć ziemniaka, a często tylko zielony liść kapusty. Na wieczór była tylko tzw. kawa. Nikt nie otrzymywał paczek z zewnątrz i choćby miał pieniądze w depozycie, nie mógł nic zakupić na tzw. wypiskę w kantynie więziennej. Wszyscy byli wygłodniali i przy pobieraniu chleba każdy chciał otrzymać tę większą nieco pajdkę. Była to niemiła lekcja wyrzeczenia się dla bardziej głodnego.

Kto palił papierosy, miał znakomitą okazję do porzucenia tego nałogu, szczególnie szkodliwego w więzieniu. Często nowo przybywający do celi przynosili paczkę papierosów. Panującym w więzieniu obyczajem rozdzielano je między palących. Raz tylko skorzystałem z tego dobrodziejstwa. Po kilku zaciągnięciach nogi ugięły się pode mną i rzuciłem papierosa, ale podjął go większy nałogowiec.W przepełnionej celi nie było miejsca nawet na beznadziejne kręcenie się w miejscu. Nie było na czym usiąść. Nie tylko młodzi, ale i starsi zmuszeni byli nauczyć się siadać na zgiętych kolanach, lekko opierając się o ścianę. W tej pozycji najlepiej było słuchać, gdy ktoś miał i chciał coś opowiadać. Ulubionym zajęcie, zwłaszcza młodych, było porozumiewanie się z sąsiednimi celami przez wystukiwanie alfabetem Morse’a. Młodzi godzinami, nawet nocą, potrafili wystukiwać, zwłaszcza gdy w sąsiedztwie były kobiety. Porozumienie się z celami na niższym i wyższym piętrze też było możliwe, choć bardzo uciążliwe. Po usunięciu wody w misce klozetowej można było rozmawiać, jak przez telefon. Tą drogą przedostawały się do celi wiadomości o tym, kto i gdzie przebywa.Powoli poznawałem życie w więzieniu śledczym. Dowiedziałem się, że w celach tego pawilonu znajduje się wielu moich kolegów, a mianowicie Jerzy Braun, Józef Kwasiborski, ks. Zygmunt Kaczyński oraz kilka łączniczek z okresu konspiracji okupacyjnej. Dało mi to wiele do myślenia. Aresztowania objęły więc szerokie kręgi osób.

Przybywający do celi, pytani dlaczego zostali aresztowani, oświadczyli że obecnie nikt nie jest pewny, że aresztowani zostali nie tylko działacze przedwojennych stronnictw politycznych, oficerowie Wojska Polskiego, AK-owcy, ale nawet działacze lewicowi. Niektórzy aresztowani zostali tylko za „wiedział, a nie powiedział”.
Czego oczekiwać mieli ci, co wcześniej zostali uwięzieni? Skoro na wolności każdy obawiał się, nawet ci, co piastowali najwyższe stanowiska partyjne i państwowe. Ten, kto miał przesłuchania śledcze w więzieniu, przychodził do celi bardzo przygnębiony. W czasie przesłuchania dowiadywał się, że jest albo szpiegiem, albo usiłował siłą obalić ustrój ludowy, że musi wskazać wszystkich, z którymi współpracował w swym bandyckim procederze, że niezależnie od wyroku, jaki w jego sprawie zapadnie, już teraz spotkać go może dotkliwa kara.

Przez dłuższy czas nie zabierano mnie na badania śledcze, nie niepokojono, poza niespodziewanymi rewizjami w celi tzw. kippiszami, które polegały na tym, że przybyli klawisze wybebeszali ze słomy wszystkie sienniki, tak że w celi było ciemno. W ciągu godziny musieliśmy doprowadzić celę do porządku. Niełatwe życie mieli więc i ci, których na razie nie niepokojono śledztwem. Wszystkie niewygody przepełnionych cel równoważyła jednak jedna jej zaleta – nikt nie był samotny, pozostawiony tylko ze swoimi myślami. Sam krótko tego doświadczyłem na samym wstępie śledztwa, ale opowiadali mi koledzy, którzy zamknięci byli w wąskiej celi lub stali na tzw. „stójce”, że doznawali halucynacji. Ściany wąskiej celi jakby się zwężały i chciały ich miażdżyć.

Nie każdy potrafił ratować się przed fizyczną samotnością ucieczką w świat dawnych przeżyć, przypomnienie odległego dzieciństwa, rodziców, rodzeństwa, żony i własnych dzieci. Choć niektórych nie było już wśród żyjących, wspomnienia pozwalały zapomnieć, że zamiast miłości zwycięża zło. Ucieczką taką można się było ratować nawet na wolności, kiedy dokuczyli nam ludzie, kiedy nie można było słuchać radia i telewizji, gdy ponad ludzką wytrzymałość tłoczy się do głowy to, z czym żadną miarą nie można się zgodzić. Nawet wśród miłych kolegów więziennych, kiedy nie miałem ochoty na rozmowę lub opowiadanie zdarzało się, że prosiłem, aby dano mi spokój. Wciskałem się w kąt, przymykałem oczy i w myślach wędrowałem po ulubionych szlakach górskich. Byłem na Orlej Perci, to znowu na Czubach Mięguszowieckich. Przezwyciężałem każdą ścianę, każdą rynnę, czułem trzeźwe górskie powietrze, patrzyłem na śnieg utrzymujący się stale w załomach skał. Zawsze sprzyjała mi pogoda, zwłaszcza na długim szlaku, gdy wędrowałem przez Świnicę, Pięć Stawów, Opalony i Świstówkę do Morskiego Oka na nocleg na deskach w starym schronisku, następnie przez Rysy do Popradzkiego Plesa, znowu nocleg już wygodniejszy, po czeskiej stronie i zdobycie Małego Lodowego. Następnie powrót przez Polski Grzebień i Dolinę Białej Wody.

Coraz częściej trzeba było wzajemnie podtrzymywać się na duchu, oderwać się od złych myśli narzucających się w związku z toczącym się śledztwem, niesprawiedliwością i dotkliwymi karami, jakie spadały na niektórych. Pocieszaliśmy się, że byłoby bardziej tragicznie, gdyby w więzieniu byli tylko więźniowie pospolici. Znaczyłoby to, że już wszyscy pogodzili się z narzuconą rzeczywistością, z istniejącą odpowiedzialnością syna za ojca, przyjaciela za przyjaciela. Byliśmy tu za przynależność i pracę w organizacjach, które uznane zostały za reakcyjne i wrogie wobec ludu pracującego, za to, że się o czymś wiedziało i nie doniosło wszechwładnej władzy bezpieczeństwa. Myśleliśmy jak długo może trwać bezprzykładna atmosfera braku zaufania do kogokolwiek? Wszyscy stali się podejrzani i każdego można było oskarżyć. Przesłuchujący mnie oficer śledczy pytał, czy nie miałem kontaktu z Władysławem Gomółką i gen. Spychalskim i nie wiem o ich współpracy z AK. Bardzo mi takie zeznanie pomoże. Tylko obciążenie innych może uratować od losu nie do pozazdroszczenia.

Inni oskarżeni dowiedzieli się, że tylko ujawnienie wszystkich wspólników reakcyjnych poczynań przeciwko władzy ludowej może ich uratować od rozwałki, czyli „czapy”, jak się mówiło w języku więziennym. Doprowadzenie do tak bezprzykładnego absurdu sprawy aresztowań i odpowiedzialności nie może się długo utrzymać i musi ustąpić. Tym przekonaniem starałem się pocieszyć innych współwięźniów. Twarda rzeczywistość więzienna nie rokowała jednak zmiany. Odwrotnie, dochodziły do nas wiadomości zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz, szczególnie tragiczne i bolesne, które posiały atmosferę beznadziejności. Zły nastrój i napięcie przed oczekującym każdego przesłuchaniem rozładować mogła tylko ucieczka w świat przeczytanych książek, a indywidualnie – modlitwa.

21. Znaczenie przeczytanych książek i modlitwy

Nie mówiło się w celi więziennej o tym, dlaczego ktoś został aresztowany i na jaki temat jest przesłuchiwany. Chętnie natomiast wszyscy słuchali, jeśli ktoś umiał streścić przeczytaną książkę lub opowiedzieć coś z własnych przeżyć. W czasie mojego długoletniego więzienia miałem okazję wysłuchać kilkakrotnie trylogii Henryka Sienkiewicza. Niektórzy opowiadali ją z niezwykłą dokładnością, a mimo tego słuchający mieli jeszcze do dodania pominięty szczegół. Opowiadano Quo vadis Sienkiewicza i Faraona Bolesława Prusa. Niektórzy potrafili w dłuższych fragmentach recytować Pana Tadeusza i Dziady wileńskie Adama Mickiewicza. Ja zapamiętałem niektóre fragmenty z Wesela i Wyzwolenia Stanisława Wyspiańskiego oraz kilka wierszy Cypriana Kamila Norwida.

Zdradziłem się kolegom niewoli więziennej, że sporo przeczytałem książek. Od tej pory nie zaznałem spokoju i byłem nawet zmuszany do ich streszczenia, jak na lekcjach w gimnazjum. Taki był głód słowa w więzieniu, że interesowały nawet podręczniki do nauki łaciny i greki, wkuwane za młodu, jak Iliada i Odyseja Homera, Commentarii de bello Gallico Juliusza Cezara, Metamorfozy Owidiusza i Eneida Wergiliusza. Wydobytych z pamięci oryginalnych fragmentów tych dzieł chciwie słuchali zwłaszcza ci, co nie uczyli się greki i łaciny. Dopiero w więzieniu potrafiłem docenić nauczycieli tych języków, którzy tak cierpliwie uczyli nas, małych urwisów.
Gdyby nie więzienie, nie wiedziałbym, jak wiele człowiek potrafi odnaleźć w pamięci rzeczy dawno zapomnianych. Czytałem w Ewolucji twórczej Henryka Bergsona, że człowiek wszystko pamięta. Przyjąłem to z należną dozą sceptycyzmu, jak wiele innych głoszonych prawd i odkryć. W więzieniu przekonałem się jednak, że trzeba tylko chcieć i umieć się skupić, a wszystko wygrzebać można z zakamarków własnej głowy. Zjawią się wtedy treści książek nawet trudnych do opowiedzenia. Z dużym zainteresowaniem czytałem dwukrotnie W poszukiwaniu straconego czasu Marcelego Prousta, w doskonałym tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego. Jest to lektura z natury swojej trudna do opowiadania, bo najważniejsze w niej są swoisty nastrój, muzyka, słowa, niedopowiedzenia, subtelne dywagacje, świat drobnych zdarzeń i ludzi, który już odszedł, a zaklęty został w nieznanym dotąd stylu proustowskim. Płk. Kazimierz Pluta Czachowski z Komendy Głównej AK, któremu zawdzięczaliśmy niejedno ciekawe opowiadanie z przeżyć związanych z nocnymi lotami cichociemnych w okresie okupacji prosił mnie, abym jednak spróbował opowiedzieć chociaż pierwszy tom Prousta W stronę Swanna.
Więcej dla sprawdzenia, czy w ogóle będzie to możliwe, zacząłem opowiadanie. Musiałem jednak skupić się, zapomnieć gdzie jestem, i jak aktor, który potrafi zidentyfikować się z graną postacią, snułem Prousta. Byłem zdumiony, ale niemal wszystko pamiętałem, łącznie z nazwiskami osób i nazwami miejsc, w których przebywały i z tym przedziwnym, niepowtarzalnym klimatem i wszystkimi frazami muzyki. Słuchali mnie w skupieniu mili towarzysze w celi. Opowiadanie jednak kosztowało mnie niemały wysiłek i wzbraniałem się opowiadania następnego tomu pt. W cieniu zakwitających dziewcząt. Wtedy pułkownik Pluta Czachowski powiedział do mnie twardo, po żołniersku, że widocznie nie zdaję sobie sprawy z tego, iż ukazując piękno dzieła Prousta przenoszę słuchających poza mury więzienia, pozwalam zapomnieć gdzie się znajdujemy, że czeka na nas przesłuchanie śledcze, że czuć się możemy choć na chwilę opowiadania wolnymi. Czy mogłem nie opowiadać dalej?

Po wyjściu z więzienia, w roku 1957, spotkałem się oczywiście z tak miłym kolegą. Wspominaliśmy czasy śledztwa, które tak dało nam się we znaki. Wtedy przyznał, że osobiście wiele zawdzięcza Proustowi, że zamiast nadsłuchiwać, kiedy zazgrzyta zamek i zostanie wezwany na dokuczliwe śledztwo chętnie słuchał i doznawał odprężenia. Uśmiechając się powiedział także, że właśnie czyta Prousta i musi przyznać, że wiernie go w więzieniu przekazałem słuchaczom. Prosił mnie również w imieniu własnym i innych kolegów więziennych, abym napisał teraz o naszych przeżyciach więziennych. W tym względzie przecenili mnie drodzy przyjaciele. Może potrafiłem dla pokrzepienia serc opowiadać książki wybitnych autorów, ale pióro dziennikarza, który całe życie specjalizował się tylko w gospodarczych sprawach świata, nie potrafi opisać klimatu tych niedobrych lat, które dla tak wielu były koszmarne. Nie byłem także przekonany, że bez dystansu należy pisać o tych „błędach i wypaczeniach”. Dopiero obecnie, kiedy piszę pamiętnik dawnego redaktora, spłacam częściowo dług, jakim obarczyli mnie koledzy więzienni, żałuję tylko, że tak wielu z nich już nie żyje.

W celach więzienia śledczego nie opowiedziałem wszystkich tomów W poszukiwaniu straconego czasu. Utknąłem na tomie Po stronie Gouermantes, a z pozostałych zdołałem  opowiedzieć tylko o tym najbardziej autentycznym bohaterze jego dzieł, jakim był czas, współczynnik wszystkich występujących osób, współaktor wszystkich zdarzeń, nazwany czwartym wymiarem. Później, w więzieniu we Wronkach, nie potrafiłem już opowiadać W poszukiwaniu straconego czasu.
Aby ten czas w więzieniu nie był całkowicie stracony, często tylko cytowałem trzy  sformułowania Prousta, które mnie specjalnie zaciekawiły, a mianowicie na temat przyzwyczajenia, sióstr zakonnych w szpitalach i dzienników. A oto one:
Przyzwyczajenie to robotnica zręczna, ale bardzo powolna, która zrazu pozwala naszemu duchowi cierpieć całe tygodnie w tymczasowej siedzibie, ale którą mimo wszystko winniśmy błogosławić, bo bez przyzwyczajenia, zdany na własne środki, duch nasz nie byłby zdolny uczynić nam żadnego mieszkania mieszkalnym”.
Cytując to sformułowanie Prousta pocieszałem współwięźniów, że to błogosławione przyzwyczajenie pozwoli nam znieść, nawet przez długi czas to, co początkowo wydawało się nie do zniesienia.
Kiedy później miałem sposobność spotkać w ciągu mego życia, w klasztorach na przykład, naprawdę święte wcielenie czynnego miłosierdzia, zazwyczaj miało ono żwawe, praktyczne, obojętne i szorstkie wzięcie spieszącego się chirurga, ową twarz, na której nie widzi się żadnego współczucia, żadnego rozczulenia wobec ludzkich cierpień, żadnej obawy urażenia ich – pozbawioną słodyczy, antypatyczną i wzniosłą twarz prawdziwej dobroci. Proust potrafił docenić siostry miłosierdzia w szpitalach. Nie poznano się na nich w naszej na nowo urządzanej ojczyźnie i aby dowieść świeckości pracy w szpitalach, zlikwidowano je na równi z krzyżami.
Zarzucam dziennikom to, że ściągają codziennie naszą uwagę na rzeczy bez znaczenia, gdy ledwo parę razy w życiu czytamy książki mówiące o rzeczach zasadniczych.
Dopiero w więzieniu, gdzie pozbawiono nas w ogóle dostępu do słowa pisanego, zrozumiałem jak wiele w pracy codziennej poświęcamy uwagi rzeczom bez znaczenia i interesujemy nimi czytelników, jakby na co dzień rzeczy zasadnicze nie miały żadnego znaczenia. Przypomniałem sobie, że w życiu swoim miałem zaledwie kilka okazji, aby rzeczom zasadniczym poświęcić uwagę i przeczytać książki zajmujące się nimi. Oczywiście należało dokonać wyboru, bo wszystkiego nie warto i nie jest się w stanie przeczytać.

Pierwszy niedosyt i poszukiwanie rzeczy zasadniczych nawiedził mnie tuż po maturze i zbiegł się z odrodzeniem się państwowości polskiej. Drugi w okresie okupacji hitlerowskiej. Mało wtedy wychodziłem z domu, porządkowałem materiały wiążące się ze zbrodniami hitlerowskimi i wiele czytałem. Wybór miałem duży, ponieważ w domowej bibliotece uzbierało się wiele ciekawych i nie przeczytanych książek. Oprócz tego, jak na beczce prochu, siedziałem na księgozbiorze Związków Wydawców Dzienników i Czasopism RP, którym się opiekowałem. W więzieniu, dopiero po 1954 roku, gdy znacznie zelżało, mogliśmy otrzymać książki do czytania. Głód za słowem pisanym był wielki, a wybór mały tak, że zacząłem studiować podręcznik farmakologii. Wyniosłem z tego tę korzyść, że zniechęciłem się do lekarstw, jakie obficie przepisują lekarze chorym, co jak dotąd wyszło mi na dobre.

Przez długie lata więzienia karmić się można było tylko tym, co potrafili przekazać sobie współwięźniowie. Niektórzy tylko potrafili mówić o książkach, po które na wolności mało kto sięga, a w więzieniu stanowiły one niemałą atrakcję. Chętnie opowiadałem o książce Ernesta Dimneta pt. Sztuka myślenia, czyli o zwracaniu uwagi w czasie, gdy umysł jest czynny. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, ale żyjemy na ogół automatycznie. Nie myślimy, ponieważ napotykamy na duże przeszkody i myśl się rozprasza. Trzeba się nieustannie pilnować, aby nie pozwalać na to. Pomaga w myśleniu uważne czytanie i słuchanie, które są niczym innym, jak pożyczaniem myśli od innego człowieka. Przeszkadza w myśleniu własna nieszczerość i chęć przedstawienia siebie innym, niż się jest w istocie.
Stosunkowo łatwo opowiadało mi się o książce Aleksisa Carrela pt. Człowiek istota nieznana oraz Stefana Zweiga pt. Erazm z Rotterdamu, trudniej Pascala Myśli. Z przyjemnością przypominałem sobie i innym fragmenty z książki Dzieje Anglii Andre Maurois, jak np. nie ma nic smutniejszego nad widok kraju, który ze strachu poddaje się znienawidzonemu rządowi albo Mężowie stanu, żeby nie wiem jak byli mądrzy, bardziej podlegają zdarzeniom niż nad nimi panują. Tego rodzaju stwierdzenia były, podobnie jak w dramacie Szekspira, prawdami ogólnoludzkimi. Ciekawym odkryciem było, jak książki opowiadane w celach więziennych potrafiły podtrzymywać na duchu nawet tych, którzy nie byli już  w stanie znieść presji przesłuchań śledczych.

Nie tylko wartościowa książka, ale i cicha modlitwa potrafiła sprowadzić spokój i pokrzepienie dla skołatanego serca. Gdy tylko zauważyliśmy, że ktoś modli się cicho, milkliśmy także i w celi panował nastrój niemal klasztorny. Szczególny nastrój ogarniał wszystkich w każdą niedzielę lub święto katolickie, przypominał, jak z rodziną szło się do kościoła na Mszę Św. Jeśli w celi przebywał ksiądz lub zakonnik, wtedy i tu liturgia Mszy Św. znajdowała swój wyraz, oczywiście ściszony, ale ze świętą ofiarą ciała i krwi Chrystusowej w postaci kruszyny chleba więziennego i wody.
Jeśli w celi nie było więźnia kapłana, zastępowali go więźniowie, którzy za młodu służyli do Mszy Św. jako ministranci. Pamiętali oni stałe teksty, które w czasie Mszy Św. odmawia kapłan, jak i te, które mówi ministrant. Przez pewien czas przebywałem w celi z młodym akademickim działaczem społeczno-katolickim, Wiesławem Chrzanowskim. Obaj znaliśmy łacińskie teksty Mszy Św. i w niedzielę odmawialiśmy je razem. Ja próbowałem nawet nucić prefację: Vre dignum et iustum est…. Wtedy wszystkim wydało się, że prawdziwie jesteśmy w kościele i uczestniczymy w Najświętszej Ofierze.

Niełatwo było nam, świeckim działaczom katolickim, głosić i przypominać jedyną prawdę tego świata, Ewangelię Chrystusową. Choć tak prosta i przystępna, może dlatego właśnie tak trudna była do powtórzenia bez tekstu w ręku. Uronienie jednego słowa, niedokładne zapamiętanie innego, mogło nie oddać tego, co było w niej najistotniejsze. Toteż nie odważyłem się powtarzać Ewangelii, choć wydawało mi się, że niektóre znam na pamięć. Wolałem opowiedzieć co zapamiętałem z Myśli Pascala, np.:
Styl Ewangelii jest cudowny z rozmaitego względu, między innymi w tym, iż nie występuje nigdy z napaściami. Nie ma bowiem w opowiadaniu ani jednej wycieczki przeciw Judaszowi, Piłatowi, ani żadnemu z Żydów,
albo: Boga czuje serce nie rozum. Oto jest wiara – Bóg dotykalny dla serca, nie dla rozumu.
Z pascalowskiej Nędzy człowieka bez Boga powtarzałem często:
Trzeba znać samego siebie; gdyby to nie posłużyło do znalezienia prawdy, to służy przynajmniej do wytyczenia własnego życia, a nie masz nic godziwszego.
Z pascalowskich Myśli o duchu i stylu powtarzałem takie oto stwierdzenia:
Kiedy spotykamy naturalny styl, jesteśmy wręcz zdumieni i zachwyceni: spodziewaliśmy się bowiem ujrzeć autora, a znajdujemy człowieka, albo:
Człowiek nie pokazuje swej wielkości przez to, iż pozostaje na jednym krańcu, ale przez to, że dotyka dwóch naraz i wypełnia przestrzeń między nimi.
Moja pamięć obficie czerpała w więzieniu z tego, co wyniosłem z wykładów i artykułów w Czasie księdza Konstantego Michalskiego, profesora i rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego. Udostępnił on mądrą życiowo filozofię św. Tomasza z Akwinu.

Zdjęcia z archiwum rodzinnego

Zobacz też:
Poprzedni odcinek
Następny odcinek