Gdyby Noe miał jakiekolwiek problemy ze skompletowaniem załogi na swoją Arkę – z powodzeniem mógłby się zwrócić do Trzydziestek i na pewno nie zostałby odesłany z kwitkiem.

W inwentarzu Trzydziestki przeważają psy i koty, ale to nie znaczy, że jedynie na tych gatunkach Trzydziestka się koncentruje. Bo nie pogardzi także ślimakiem, szynszylą, pyszczakami akwariowymi, papużką falistą, glonojadem, chomikiem, ostatnio urodziła nam się mała klaczka, a jak się przytrafią rybiki w łazience, mrówki w kuchni albo dorodny tłusty pająk na balkonie, to też się szybko okazuje, że do eksterminacji tych zwierzątek Trzydziestka jakoś serca nie ma i niech już sobie będą.

Żeby przekonać niechętnego zwierzęciu współmałżonka, jesteśmy gotowe na wszystko – wyciągamy z lamusa pogardzane na co dzień kobiece sztuczki (tak zakręć, żeby mąż myślał, że to jego pomysł), próbujemy targów (zgoda na kota w zamian za zgodę na motor), podstępów (po prostu przynieś zwierzaka do domu, ale w odwodzie miej kogoś, kto weźmie kota, jeśli plan się nie powiedzie). Gotowe wręcz jesteśmy własnym ciałem kupczyć, byle tylko w naszym domu rozległ się tupot małych łapek. Strategie bywają takie, że Napoleon spaliłby się ze wstydu, że niby taki geniusz, a przy Trzydziestkach – wysiadka.
Nieistotne, jak bardzo księżycowy byłby pomysł czy fortel, ważne, że przynosi jednak pożądany efekt w postaci rodziny zakochanej bez pamięci w naszym nowym zwierzaku. Niechętni początkowo mężowie wodzą czułym wzrokiem za rodzinnym czworonogiem, który przepięknie ziewa, słodko śpi, a siusia to już zupełnie uroczo. A gdyby – karmiony jak w najlepszej włoskiej trattori parmezanem i bazylią – chomik chciał urządzić sobie mały jogging na plecach pater familiae, to czemu nie, niech sobie zwierzątko pobiega.

Koty karmimy oliwkami, kukurydzą z puszki i cukierkami miętowymi; w celach rozrywkowych „merdamy mu myszką”, cokolwiek to znaczy. Czasem kot robi nam takie numery, że nie mamy wątpliwości, że w naszym domu grasują duchy. Nagłe wpatrywanie się ze zjeżoną sierścią w miejsce, w którym my osobiście nic ciekawego nie widzimy, albo nawet w ogóle nic nie widzimy, zabawy z dywanem w środku nocy tak, że ruszający się dywan widzimy, ale samego kota nie. Włos się na głowie jeży, ale wiadomo – co to za życie bez kota!

Jeśli chodzi o  psy, to zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, że to obowiązek bardziej absorbujący niż w przypadku posiadania kota. Bo „trzeba wychować, kochać, utrzymywać, zapewnić opiekę w razie wyjazdu, czasem zrezygnować z pojechania w różne miejsca, bo nie wszędzie z psem jesteś mile widziany”. Ale to nas nie odstrasza, bo dom bez psa wydaje się jakiś niepełny. Często stajemy się psiarami w wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności. Bo albo trafiłyśmy do schroniska i któryś z piesków tak na nas patrzył, że nie można było go tam zostawić. Albo akurat w znajomym miocie jeden szczeniak został, taki biedny i całkiem sam.

A potem już wsiąkamy w tę miłość z kretesem i ani się obejrzymy, jak nasz facet zaczyna mówić do psa „synku”.