Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. XI - Strona 6

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. XI
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Page 7
Wszystkie strony

Cały transport zamknięto w poczekalniach na stacji. Noc przeszła spokojnie. W ciągu dnia słychać było strzelaninę w górach za miastem. Dworzec kolejowy stał na skraju miasta, w pobliżu zalesionej góry. Obawialiśmy się trochę ataku z gór. Myśleliśmy, że ktoś będzie chciał uwolnić aresztowanych Bośniaków.

W dzień stałem na bramie od strony miasta. Podszedł do mnie jeden Bośniak i prosił, że chce przynieść z kolegami wody ze studni. Poszedłem z nim do ogrodu za płotem, gdzie była studnia. Bośniak nabrał wody i daje pięć koron, abym go puścił. Pieniędzy nie wziąłem i kazałem mu uciekać w kukurydzę rosnącą w ogrodzie. Wróciłem sam na posterunek udając, że poszedłem tylko napić się wody. Podchodzi do mnie drugi Bośniak z propozycją, że zapłaci za odprowadzenie jego i kolegów w kukurydzę. Widzieli bowiem, jak poszedłem z poprzednim i wróciłem sam. Bezinteresownie odprowadziłem ich do ogrodu, skąd uciekli w kukurydzę. Po powrocie na stanowisko poprosiłem kolegę, żeby mnie zastąpił, a ja przeszedłem na inną placówkę.

Po południu przyszedł młody podporucznik i wydał rozkaz eskortowania złapanych Bośniaków na Węgry. Oświadczyliśmy jednogłośnie, że nie pojedziemy w charakterze eskorty. Oficer zdenerwował się, popędził do miasta i przyprowadził nowy oddział młodych chłopaków. Nadjechał pociąg osobowy. Załadowano do niego Bośniaków. Towary jakie przywieźli - pozostawiono na stacji. Myśmy trochę jeszcze posiedzieli na stacji i obserwowali, jak wojsko jedzie z frontu. Byliśmy głodni.

Wróciliśmy do baraków. W barakach nie wiedzieli, co się dzieje na świecie. Do miasta nie wypuszczano. Poszliśmy spać. Rano wydano śniadanie. Wysłano kilku żołnierzy na stację. Ci przynieśli nowinę, że całą noc jechało wojsko z frontu i nadal  jedzie. Rozległy się okrzyki:
- Huraa....jedziemy do domu...
Rozbiliśmy magazyny, porozdzielali żywność a część oddali do kuchni. Mięsa było pod dostatkiem, tak, że każdy otrzymał dobrą porcję. Na magazyny z bielizną i obuwiem rzuciła się ludność cywilna. My nie braliśmy, bo nie mieliśmy co z tym robić. Najwyżej niektórzy powymieniali swą odzież na świeżą i nową.

Przy barakach było więzienie, gdzie przetrzymywano bośniackich żołnierzy. Wyłamaliśmy zamki i wypuścili ich na wolność. Uciekli w śliwkowy las. Na marginesie nadmienić należy, że duże obszary Bośni zalesione były śliwami. Śliwki bośniackie uważane były za najsmaczniejsze w całych Austro - Węgrach.

Późnym popołudniem wybraliśmy się na stację. Było nas, Galicjaków prawie kompania. Na stację zajeżdżały pociągi z Sarajewa. Były przepełnione. Wsiadłem do wagonu pocztowego, pełnego przesyłek. W czasie jazdy żołnierze rozpakowywali niektóre przesyłki. Urzędnicy pocztowi próbowali bronić powierzonych im paczek. Rozpakowałem jedną paczkę. Spodziewałem się tam zegarków. Okazało się, że są tam jakieś wisiorki i dewizki do zegarków.

Na jednej ze stacji przyszli do nas podpici Bośniacy. Zaczęli strzelać dla postrachu i żądali oddania broni. Karabiny pochowaliśmy pod siebie, mogą się jeszcze przydać.
Na następnej stacji sprzedałem Bośniakowi karabin za 5 koron, bagnet za koronę oraz magazynki naboi po 50 halerzy każdy. Kupujący Bośniak powiedział, że i tak daleko broni nie powiozę, bo mi zabiorą - i to za darmo.

W jednej z miejscowości kupiłem manierkę samogonu śliwowicy. Prawie każdy gospodarz posiadał tam w sadzie budkę, w której przerabiał śliwki na samogon. Na stacjach stały olbrzymie cysterny, w których zaprawiały się śliwki do przerobu na wódkę. Zerwane z drzew śliwki sypano do takiej olbrzymiej beczki, w której długo fermentowały. Masę destylowano, a samogon przepompowywano do cystern kolejowych i wysyłano do rektyfikacji. Sam samogon był bardzo silny i niezdrowy. Myśmy mało na to zwracali uwagę. Przecież nie wypadało jechać z wojny i nie upić się z radości.
Samogon tak podziałał na mnie, że spałem całą dobę bez pamięci. Koledzy opowiadali, że w międzyczasie działy się straszne rzeczy. Kilka razy dochodziło do walki wręcz z podpitymi Bośniakami.

Koledzy zbudzili mnie na stacji Brod Bośniacki. Byliśmy tu już przed miesiącem, wyjeżdżając na front. Zebrało się nas pięciu kolegów i razem wyruszyliśmy w dalszą drogę. Przeszliśmy rzekę i weszliśmy do miasta Brod-Slawonia. Most był bardzo długi. Przez most przejeżdżała kolej normalnotorowa oraz kolej wąskotorowa. Most ten służył również do transportu kołowego. Ruch odbywał się na jednej powierzchni. Po obydwu stronach mostu były rampy, które regulowały ruch kołowy i kolejowy.


W Brod-Slawoni zaszliśmy do restauracji, aby coś zjeść. Wybór potraw był niewielki, bo wielu żołnierzy przeszło tędy już przed nami. Przekąsiliśmy trochę i kazaliśmy sobie podać wina. Zaszumiało nam w głowach. Zaczęliśmy głośno rozmawiać i trochę śpiewać. Potem trochę przedrzemaliśmy. Było tu wielu żołnierzy, którzy spali na stołach, ławach i pod stołami.

Na stacji Brod-Slawonia znaleźliśmy się nad ranem. Tu dowiedzieliśmy się, że nie należy spodziewać się rychło jakiegoś pociągu. Brak było lokomotyw. Na stacji leżały sterty ziarna słonecznikowego wysypanego z wagonów. Wagony pewnie użyto do przewozu wojska. Nabraliśmy tego ziarna i ruszyliśmy w drogę. Slawonię przeszliśmy pieszo i o głodzie. Nie było można nic kupić do jedzenia. Tą drogą przeszło już mnóstwo wojska i wykupiono wszystko, co się dało zjeść. Część żołnierzy po prostu rabowała. Spotykaliśmy jeńców rosyjskich, którzy też wracali do domów.

Przeszliśmy rzekę Sawę i weszli do Kroacji. Sytuacja komunikacyjna i żywnościowa podobna jak w Slawoni. Udało nam się po drodze kupić trochę chleba i wina. Skromnie to było, ale jakoś dało się przeżyć.
Doszliśmy do Dunaju. Przeszliśmy rzekę i wkroczyli na Węgry. Tu nas poinformowano, że pociągi do Galicji odjeżdżają ze stacji Szabadka. Do Szabadki było jeszcze 50 kilometrów. Ciągnęliśmy dalej piechotą. Gdzieniegdzie mogliśmy coś kupić do jedzenia.

Do stacji Szabadka doszliśmy już późno wieczorem. Na stacji stał pociąg towarowy, ale tak załadowany, że nie było już miejsca dla nowo przybyłych. Wojsko przybywało na dworzec bez przerwy. Byli tam Austriacy, Niemcy, Węgrzy, Moskale. W każdym kącie widać było człowieka. Ludzie siedzieli na dachach wagonów, buforach, hamulcach i schodach. My z Tomkiem chcieliśmy się dostać do wagonu. Niemcy zajmujący wagon zatarasowali sobą wejście i nie puszczali nikogo do środka, mimo że było tam jeszcze trochę miejsca. Na każdym kroku widać było niezgodę Niemców z poddanymi Austro - Węgier.

W ostateczności wdrapaliśmy się na dach wagonu i ulokowali pomiędzy Moskalami. Było raczej średnio wygodnie, za to bardzo niebezpiecznie. Można było we śnie zsunąć się z dachu na ziemię. Tak dojechaliśmy do Budapesztu. Pociąg zatrzymał się na dworcu południowym. Wysiedliśmy wszyscy. Konduktor, Słowak, wskazał nam kierunek do drugiej stacji, skąd odchodziły pociągi do Czech i Galicji. Z Tomkiem i jeszcze dwoma kolegami puściliśmy się ulicami poszukując drugiego dworca. Zaszliśmy na olbrzymi rynek. Tam w sklepie kupiliśmy końskiej kiełbasy. O chlebie nie było mowy.

Za głosem gwizdu lokomotyw trafiliśmy na dworzec kolejowy. Było tam mnóstwo żołnierzy różnych narodowości. Stało kilka pociągów gotowych do odjazdu w różne strony Austro-Węgier. Węgierskie patrole wojskowe pilnowały porządku. Robili rewizje u żołnierzy i rekwirowali zapasowe części umundurowania, buty, koce, broń.
Nie udało mi się schować przed patrolem. Kiedy zauważyłem maszerujących w moją stronę, usiadłem pod murem, okryłem się kocem i zacząłem się trząść (niby z zimna). Zainteresował się mną patrol. Pewnie chcieli mi zabrać koc. Podeszli do mnie, ale nie wstawałem, trząsłem się nadal i jęczałem. Powiedziałem, że jestem chory na malarię. Porozumiewaliśmy się po niemiecku. Zostawili mnie w spokoju i skierowali do pociągu jadącego w nasze strony. A miałem przy sobie dwa nowe koce i drugą parę nowych trzewików.

Wsiedliśmy do wskazanego przez patrol pociągu. Żołnierze z patrolu pomogli umieścić się w wagonie. Tomek udawał, że się mną opiekuje.
Pod wieczór pociąg ruszył. Nad ranem stanęliśmy na jakiejś stacji. Lokomotywę przepięto do innego pociągu. Na stacji żołnierze rozkładali ognie i gotowali co kto miał. Przeważnie kawę. Nabrałem wody do manierki, wsypałem kawę, mocno zakręciłem i wstawiłem w gorący żużel wygarnięty z lokomotywy. Woda zaczęła się gotować. Para wysadziła korek i poparzyła mi twarz. W manierce pozostało tylko trochę kawy. Takie było moje śniadanie.

Nadjechał pociąg osobowy. Razem z Tomkiem wsiedliśmy do niego. Jechaliśmy wygodnie. Współpasażerowie gościli nas winogronami.
Tak zajechaliśmy do Miszkolca. Pociąg skończył jazdę. Następny pociąg do Szatra Ujhel odchodził wieczorem. Dwa wagony z pociągu z Budapesztu miały być do niego doczepione. Tam spotkaliśmy się z kolegami, którzy pojechali wcześniejszymi pociągami. Poinformowali nas, że tutaj także patrole węgierskie zabierają dodatkowe części umundurowania. Umieściliśmy z Tomkiem plecaki na dachu wagonu myśląc, że patrol ich nie zauważy.

Na stacji była kuchnia wojskowa. Dostaliśmy, gęstą, pożywną zupę. Z peronu nasze plecaki umieszczone na dachu wagonu były widoczne jak na dłoni. A my myśleliśmy, że znaleźliśmy świetną kryjówkę. Po powrocie do wagonu schowaliśmy plecaki pod ławkami.

O oznaczonej godzinie nadjechał pociąg osobowy. Doczepiono nasze wagony. W drodze konduktor Słowak spisywał nazwiska żołnierzy wyjaśniając, że zdarzają się wypadki śmierci i wtedy nie można zidentyfikować nazwiska i narodowości denata.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl