Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. XI - Strona 3

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. XI
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Page 7
Wszystkie strony

Do domu bezpieczniej było przychodzić za dnia. Musiało się ryzykować powroty do domu, aby coś ciepłego zjeść, przebrać się i chociaż trochę przy rodzicach posiedzieć. Gdy przychodziłem, siostry czuwały na zewnątrz domu. Zresztą byliśmy prawie zawsze zorientowani, kiedy żandarmi mieli zamiar wyjechać na łapankę. Mieli do obsłużenia 3 wsie. Po polach i lasach prawie nie chodzili, w ten sposób czuliśmy się we wsi dosyć swobodnie i bezpiecznie. Chłopcy byli już oswojeni z dezercją i obławami, co prowadziło wręcz do zuchwałości. Organizowali zabawy z muzyką i tańcami, schodzili się na wesela.  Żandarmi byli o każdej takiej zabawie powiadamiani, ale nie zdarzyło się, aby kogoś na nich złapali. Dużo pomagały nam dziewczęta.

Jednego razu było wesele na Wyrębach u niejakiego Bułdaka. Chłopcy zmawiali się na nie. Wieczorem tego dnia byliśmy z Tomkiem w domu. Dowiedzieliśmy się, że patrol żandarmerii wybiera się na Rytą Górkę, a potem na to wesele na Wyrębach.  Żandarmi pojechali furmanką przez Barycz. Wyruszyliśmy krótszą drogą przez las. Spieszyliśmy się i zdążyliśmy na Wyręby przed przybyciem patrolu. Koledzy dezerterzy trochę podpici i rozbawieni nie przejmowali się naszymi ostrzeżeniami. Dalej pili i tańczyli z dziewczętami. Nadsłuchiwałem turkotu furmanki na gościńcu.

Naraz ktoś krzyknął "żandarmi". Zgaszono światło. Zrobiło się ciemno. Każdego, który próbował wyjść z domu, żandarmi aresztowali. Ja byłem w środku, szukałem schronienia. 
Żandarmi weszli do domu. Dziewczęta zbiły się w gromadkę, chowając chłopców pod spódnicami. Część z nich siedziała rzędem na ławie, żartując z żandarmami i nie dając się ruszyć z miejsca. Ja zalazłem pod ławę. Dziewczyny zasłoniły mnie spódnicami. Wtedy spódnice były długie, aż do samych kostek i szerokie, złożone z czterech i pięciu szerokości płótna. Tomek już wcześniej zwiał w pola i z daleka obserwował co się dzieje na weselu.

Żandarmi złapali tylko trzech dezerterów i skuli ich łańcuchami. Gospodarz poczęstował ich wódką, więc specjalnie nie przykładali się do dalszego szukania. Odjechali furmankami, a złapani chłopcy szli pieszo. Po drodze jednemu z nich udało się wykręcić rękę  z łańcuchów i uciec. Drugi uciekł z posterunku, a trzeci okazał się niepełnoletni i nie podlegał jeszcze obowiązkowi wojskowemu.

Od czasu do czasu wzmagano nagonkę na nas. Patrole nękały wieś. Po kilka dni nie nocowaliśmy w domu. Władze wojskowe nie mogły opanować dezercji. Nie słyszeliśmy, aby kiedykolwiek złapano kogoś z naszej wsi. Bywało, że po kilka dni siedzieliśmy z Tomkiem w deszczowe noce w bliskości domu i baliśmy się wejść. Czasami nocowaliśmy w stodole. Powrócić w nocy do mieszkania nie było bezpiecznie, gdyż patrole zachodziły do domów  i żandarmi siedzieli tam do rana nie dając nikomu z domowników wyjść na dwór.

Jednego dnia w południe siedziałem w domu koło stołu. Jedliśmy obiad. Nagle otwarły się drzwi a w nich stanął żołnierz  i żandarm. Patrzyli na mnie i mówili
- Das ist Deserteur.
Nie miałem gdzie uciekać. Moja mama widząc co się święci przygotowała bochenek chleba i około funt masła. Podeszła do żandarma i pyta:
- Czy pan chce chleba i masła? To proszę.
 Żandarm wszedł do izby. Zerwałem się od stołu, skoczyłem do drzwi, odepchnąłem stojącego na drodze żołnierza i pobiegłem w pole. Widziałem w tym brawurowym momencie, że żołnierz złapał za karabin, który trzymał na pasku. Nie myślę, że chciał strzelać, ale pewnie obawiał się, że chcę mu odebrać karabin. Jak mi potem opowiadali, to żołnierz śmiał się z tej przygody. Był to rodowity Austriak, nie mógł się po polsku rozmówić, ale na migi pokazywał, że ma żonę i dzieci i też chciałby być w domu.

Jednego razu siedziałem w Debrzy z siostrą, która pasła krowy. Nagle przychodzi mama z płaczem i woła z daleka:
- Ciebie już złapali.
Nie czekając na dalsze wyjaśnienia, zerwałem się na nogi i pognałem do najbliższego lasku. Siostra wołała za mną, abym nie uciekał. Ja z kolei zrozumiałem, że patrole polują na nas po polach i już są w pobliżu.
Po pewnym czasie wychyliłem się z lasu i zacząłem spoglądać spoza drzew na pole. Byłem głodny i wiedziałem, że mama przyniosła jedzenie. Było spokojnie. Wróciłem do siostry.
Tu dowiedziałem się, skąd ten alarm. Patrol żandarmerii robił rewizje w domu, przeszukiwali wszystko. Znaleźli moje buty wojskowe i żądali od mamy, aby mnie wydała. Mama powiedziała, że nie wie gdzie jestem. Wreszcie znaleźli moją kryjówkę na przybudówce. Żołnierz, który znalazł kryjówkę krzyknął, że ma już dezertera. Zdenerwowało to mamę, bo chociaż wiedziała, że jestem w polu, ale nie była pewna, czy przypadkiem nie wróciłem i nie schowałem się w kryjówce. Żandarmi zabrali płaszcz gimnazjalny i koc wojskowy. Okazało się, że kryjówka została odnaleziona z mojej winy. Rano, wychodząc w pole, nie zakryłem desek i nie zamaskowałem gałęziami. Później już ukrywałem się u swojej siostry Tekli w komorze pod podłogą.

Organizacja dezerterów otrzymała wiadomość, że niedługo ma przybyć batalion wojska, otoczyć wieś i wyłapać dezerterów.  Źródłem informacji był posterunek żandarmerii w Dynowie. Pełnił tam służbę  żyd, karczmarz z Wesołej, Hersz Tag. Żydzi w czasie wojny obijali się, markierowali, aby tylko nie iść na front. Przekupywali komisje, zatruwali się przed badaniami różnymi mieszankami, kryli się po biurach wojskowych, korzystając ze znajomości języka niemieckiego.
Batalion miał przybyć w nocy z piątku na sobotę. Tak podano w informacji.

 Każdy schował się na noc swoim sposobem. Ja z Tomkiem poszliśmy na Wyręby do siostry. Tymczasem w zapowiedzianym terminie wojsko nie przyszło. Podano, że może to nastąpić dopiero za kilka dni. Wszyscy dezerterzy powrócili do domów.
W sobotę wieczorem położyłem się w ubraniu na ławie i zasnąłem. Zaczęło świtać. Ktoś gwałtownie zastukał do okna i krzyknął:
- Uciekaj.... wojsko we wsi.
Była to siostrzenica mieszkająca 2 kilometry od nas. Mówiła, że koło nich jest już wojsko. Jej ojciec i brat, też dezerterzy, schowali się na strychu w siano. Wybiegłem na podwórze, kierując się w pole.

Droga była już odcięta. Stało tam już dwóch żołnierzy i paliło fajki. Wróciłem do domu i mówię mamie, aby przygotowała mi chleba, bo nie mam już gdzie uciekać. Mama mówi:
- Szukaj kryjówki w zabudowaniach.
Chciałem wleźć do komina, za wąski. Chciałem w stajni pod podłogę, nie dało się, bo było pełno gnojówki. Próbowałem schować się pod żłób, ale było mnie spod żłobu widać.
Przypomniałem sobie, że swego czasu pod podwaliną stodoły przygotowałem sobie schowek. Ale dojście do schowka było pod obserwacją żołnierzy. Zaryzykowałem. Wypadłem z domu na podwórze, rozpędziłem krzykiem kury i pognałem w kierunku stodoły. Żołnierze patrzyli się na mnie. Zapchałem się głęboko pod stodołę. Obok była przybudówka, wypełniona sianem i nie wymłóconą wyką. Wyka ta zakrywała podwaliny, pod które wlazłem. Było już koło południa. Siostra Antoszka przyniosła mi jedzenie. Powiedziałem aby odeszła. Nie mam ochoty na jedzenie, a poza tym żołnierze mogą nas znaleźć  i wyciągnąć z tej dziury.

Po dłuższej chwili usłyszałem, że ktoś chodzi po wyce i odgrzebuje. Myśląc, że to swoi, chciałem zapytać, czy wszystko w porządku i czy żołnierze już sobie poszli. Ale wstrzymałem się. Szumienie ustało. Za chwilę przybiega Antoszka i pyta, czy żyję. Komendant z żołnierzami chodzi po domach i robi rewizje. Tu w tej przybudówce także byli. Gdybym się odezwał, żołnierze przeszukaliby wykę. Ale prawdopodobnie znaleźliby Tomka, który zakopał się w wyce nade mną. Sąsiad Jan był schowany w tej przybudówce z boku za wiązką słomy. W tym wypadku jednego z nich mogliby znaleźć i zabrać, a ja leżałbym bezpiecznie pod stodołą.

Wreszcie usłyszałem głos trąbki na zbiórkę żołnierzy. Odetchnąłem, ale nie na długo. Słyszę rozmowę w języku niemieckim:
- Hier ist ein deserter. Was werden wir machen? (tu jest dezerter, co mamy robić?)
Już na mnie skóra cierpła, a nie wiedziałem o tych, którzy się kryli pod wierzchem. Oni byliby pierwsi na łapankę. Drugi żołnierz odpowiedział:
- Was schot uns nicht. (co nas to obchodzi).
I poszli dalej. Po chwili przyszła siostra i mówi że wojsko formuje się koło posterunku. Nie wiadomo, co będą dalej robić. Może będą we wsi kwaterować jeszcze kilka dni.

 Tak przesiedziałem do wieczora. Dopiero, gdy nadeszła wiadomość o odejściu batalionu do Dynowa, powyłaziliśmy z kryjówek. Mimo, że wieś była obstawiona dookoła (były i karabiny maszynowe) złapali tylko jednego dezertera. Okazało się, że był on inwalidą wojennym. Po wylegitymowaniu puszczono go wolno. Ponad 60 dezerterów wyszło zwycięsko z tej łapanki. Mieliśmy wyrobiony instynkt przeczucia i brawurowej odwagi. Ułatwiło nam to, że nie posiadaliśmy i nie użyliśmy broni.
Jak później wynikało z naszych opowiadań, żołnierze w wielu wypadkach widzieli, gdzie się kryją dezerterzy. Udawali, że nic nie zauważają. Wojna każdemu dokuczyła i każdy chciał wrócić do rodziny. Końca wojny nie było widać, dlatego w dezerterach pokładali nadzieję, że przyspieszymy zakończenie wojny.

Sposoby ukrywania się lub ucieczki w pole w tym dniu były różne. Jedni uciekali wąwozami. Spotykani żołnierze nie tylko ich nie aresztowali, ale jeszcze pokazywali drogę ucieczki, wolną od posterunków. Niektórzy do kawałka kołka przywiązywali bagnet i przemykali się pomiędzy posterunkami udając żołnierzy. Mundury mieliśmy takie same. Kilku przebrało się za dziewczęta i pędzili krowy na pastwisko.

Po odejściu batalionu życie dezerterów powróciło do starego trybu. Ja z Tomkiem myśleliśmy jednak o rezygnacji z dezercji i zgłoszeniu się do pułku.  Żandarmi ciągle dokuczali rodzinie rewizjami i szykanami. Poza tym zbliżała się zima i ukrywanie się byłoby ogromnie utrudnione.

Z wyjazdem ze wsi nie było tak łatwo, gdyż,  jak poprzednio podałem, pozostali dezerterzy zagrozili powracającym do wojska pobiciem i połamaniem kości. Umówiliśmy się z Tomkiem na pokryjomy wyjazd do Przemyśla. Do nas przyłączyło się jeszcze dwóch kolegów. Najęliśmy podwodę i nocą wyruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy całą noc. Rano byliśmy w Przemyślu. Tu, zanim weszliśmy do jednostki, zasięgnęliśmy języka, jaką karę otrzymują żołnierze za dezercję. Mówiono, że dają dwa lub trzy tygodnie aresztu i wysyłają na front. Zgłosiłem się do swojej kompani.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl