Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. XI - Strona 2

Spis treści
Wspomnienia dziadka Ignacego - cz. XI
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Page 7
Wszystkie strony

Poszliśmy do następnego domu. Zacząłem mówić na taką melodię, jak u poprzedniego gospodarza. Tym razem trafiłem na chłopa trochę uświadomionego, który wrócił też niedawno z wojny. Odniósł się do nas dosyć groźnie i podejrzliwie przypuszczając, że przyszliśmy na jakieś zwiady. Widząc że możemy tu coś "oberwać" - szybko odeszliśmy.

Skierowaliśmy się w kierunku stacji kolejowej. Zaczynało zmierzchać. Idąc przez wieś zauważyłem, że jakaś babina macha do nas ręką. Podszedłem do bramy. Babka zapytała, czy jesteśmy Ukraińcami. Na odpowiedź twierdzącą z naszej strony wyciągnęła spod zapaski małe chlebki pszeniczne i dała nam na drogę. Podziękowaliśmy i szybko pospieszyliśmy na stację.
Zauważyłem jakiś ruch między opłotkami. Młodzi ludzie przemykali od domu do domu. Mogło to wyglądać na jakąś zmowę, albo po prostu na zwykłe odwiedziny sąsiedzkie. Ale na wszelki wypadek przyspieszyliśmy kroku. Po drodze stała jeszcze jedna chata otoczona sadem. Chcieliśmy tu także zajść myśląc, że jeszcze o nas nic nie wiedzą. Ledwie zmieniliśmy kierunek, a tu widzimy, że jeden z kolegów ucieka przez płot. Za nim biegnie rozjuszona baba z miotłą.
Wróciliśmy na stację. Pociąg nasz jeszcze stał. Zebranym chlebem podzieliliśmy się z kolegami. Wieczorem doczepiono lokomotywę i pojechaliśmy dalej.

Któregoś dnia pociąg stanął w lesie. Dano nam piły i siekiery i kazano ścinać drzewa na opał do lokomotywy. Jedni ścinali, inni znosili, a część markowała pracę. Kopalnie nie pracowały, węgla nie było. Tylko w ten sposób mogliśmy pozyskać paliwo do  lokomotywy.
Zajechaliśmy do Płoskirowa. Tu na bazarze kupiłem trochę ziemniaków. Gotowaliśmy na stacji. Naraz rozpoczęła się strzelanina. Kule padały koło pociągu. Na stacji było pełno Niemców, którzy także wzięli się do strzelania. Kto i do kogo strzelał - nie wiadomo.

Z Płoskirowa jechaliśmy na Wołoczyska (przed wojną stacja po stronie rosyjskiej). Tutaj dowiedzieliśmy się od kolegów Austriaków, że tych, co wracają z niewoli, wysyła się na front do Włoch i Albanii. Wiadomość ta zepsuła nam humor i radość z perspektywy powrotu do domu. Ja miałem zamiar wrócić z powrotem do mojej gospodyni, ale nie miałem pieniędzy na przejazd i wyżywienie.

Dalej jechaliśmy przez Kamieniec Podolski do Czerniowiec. Kamieniec Podolski widniał z daleka jako białe miasto. Drogi bite były białym kamieniem. Ogrodzenia były też z białego kamienia.
W Czerniowcach kwaterowaliśmy w koszarach za miastem, a po jedzenie chodziliśmy na dworzec kolejowy, gdzie była kuchnia wojskowa. Jeńców wracających z Rosji było bardzo dużo, i to wszystkich narodowości zamieszkujących Austro-Węgry.

Z Czerniowiec pojechaliśmy przez Kołomyję, Worohtę na stronę wówczas węgierską.
Po odbyciu przepisowej kwarantanny przyjechaliśmy do Przemyśla, do koszar macierzystego 18 pułku strzelców. Było to około połowy czerwca 1918 roku. Tutaj, po dobrobycie w Rosji, zauważyliśmy znaczną biedę. W mieście i w wojsku niedostatek. Chleb był pieczony z domieszką mielonych  trocin drzewnych. Zupę na obiad gotowano z różnego rodzaju zarobaczywionych i nadgnitych jarzyn. Wydawano bardzo małe porcje mięsa. Na ćwiczenia, z braku obuwia i mundurów, chodziła tylko część żołnierzy. Często za obuwie służyły sandały z drewnianymi spodami. Z ćwiczeń niektórzy wracali boso, ponieważ paski przytrzymujące sandały odrywały się w czasie marszu.
Powracającym z niewoli udzielano miesięcznego urlopu. Żołnierz meldujący się w koszarach po urlopie otrzymywał następny miesiąc urlopu. Sprawy urlopów załatwiano szybko, gdyż był bardzo duży napływ byłych jeńców z niewoli rosyjskiej.

Dostałem urlop. Na razie na miesiąc. Było to w sobotę. Do domu w Wesołej przybyłem około północy. Rodzice i siostry bardzo się ucieszyli.
Gdy odchodziłem na wojnę, ojciec mój nie widział, z powodu katarakty. W międzyczasie był na operacji w klinice w Krakowie, gdzie zdjęto mu kataraktę. Widział dosyć dobrze.


Dowiedziałem się, że we wsi jest bardzo dużo dezerterów. Kto przyszedł na urlop, już nie wracał do pułku. Dezerterzy organizowali się i wprowadzili swoistą dyscyplinę. Każdemu nowemu urlopowiczowi zagrozili, że gdyby się ważył  po skończonym urlopie wracać do pułku, to zasiądą na drodze i połamią mu kości. Armia dezerterów zwiększała się z każdym dniem. Podobne organizacje dezerterskie powstawały w wielu wsiach i miastach Galicji.

Po miesięcznym urlopie bez przeszkód wróciłem do pułku z myślą, że otrzymam następny miesiąc urlopu. Zasadniczo drugi miesiąc urlopu mógł być wątpliwy, ze względu na nagminną dezercję. Włączono mnie do kompani. Chodziłem na warty i ćwiczenia. Jednej niedzieli zrobiono zbiórkę z karabinami. Otrzymaliśmy rozkaz przeprowadzenia ćwiczeń bagnetem oraz marszu tzw. "ławą", tj. żołnierz przy żołnierzu.
W ten sposób przygotowywano wojsko do rozbijania manifestacji. Ćwiczyliśmy w ten sposób, że maszerując, przy wystąpieniu lewą nogą karabin z bagnetem wysuwało się do przodu, zaś przy następnym wystąpieniu prawą nogą karabin cofało się. Było to przygotowanie do przebijania bagnetami. Ale kogo???.

Oficer w trakcie przemowy podał, że w  Łańcucie, czy w okolicy  Łańcuta, zbuntowali się chłopi i robotnicy i robią manifestację. My mieliśmy ich rozpędzać bagnetami.
Na takie przemówienie dowódcy powstał ruch w oddziałach i zamieszanie. Kapitan kazał robić dalsze ćwiczenia z bagnetami. Staliśmy frontem do koszar i w tym kierunku maszerowaliśmy wysuwając i cofając karabiny z bagnetami. Kiedy zbliżyliśmy się takim marszem do stojącego przed nami kapitana, ów dał rozkaz:
- W tył zwrot.
Nie posłuchaliśmy rozkazu i posuwaliśmy się dalej. Kapitan cofał się, bo bagnety dotykały go. Tak doszliśmy do ściany budynku koszar. Widząc, że to nie żarty, że wojsko  odmawia posłuszeństwa, kapitan  rozkazał:
- Rozejść się - i uciekł najbliższymi drzwiami do budynku koszar.

Na skutek takiej właśnie naszej postawy, władze wojskowe zrezygnowały z wysłania nas do uśmierzenia buntów i manifestacji.

Nareszcie przyszedł mój czas i wręczono mi kartę urlopową na drugi miesiąc. Miesiąc urlopu przeszedł szybko. W połowie sierpnia należało wrócić do pułku. Nie bardzo uśmiechało mi się "wąchanie prochu".
Poszedłem do zakonu do jezuitów w Starej Wsi, że chcę się zapisać do konwiktu i wykierować na duchownego. Przeor nie bardzo był przychylny temu, gdyż dowiedział się, że byłem w kraju bolszewików i nie bardzo reflektował na mnie, jako przyszłego braciszka. Przypuszczał zresztą, że tym sposobem chcę wykręcić się od wojska. Wyjaśniłem mu, że jeszcze przed wojną chciałem iść do Seminarium Duchownego do Przemyśla, gdzie kończyło się gimnazjum  i przechodziło na studia duchowne. W końcu przeor zgodził się i przedstawił mi wszystkie przepisy nauki i warunków pracy duszpasterskiej.

Otrzymałem odpowiednie dokumenty do wypełnienia. Wkrótce rozmawiał ze mną już jako z młodszym braciszkiem, mającym zostać w przyszłości misjonarzem. W rozmowie dowiedziałem się, że jako zakonnik nie będę mógł mieć żadnych własnych pieniędzy. Dla rodziny i znajomych dostawałbym od zakonu obrazki i inne dewocjonalia. Takie warunki przedstawione przez jezuitę odstraszyły mnie i więcej nie zgłosiłem się do klasztoru.
Przygotowywałem się do dezercji. Do mnie przyłączył się brat stryjeczny, Tomek, który wrócił wcześniej i był już dezerterem. W sumie, w Wesołej było około 60 dezerterów.

Dla wzmocnienia posterunku we wsi, władze wojskowe wydelegowały kilku żandarmów. Żandarmi ci bardziej obawiali się dezerterów, niż dezerterzy ich. Zależało nam na spokojnym dezerterowaniu, a i wśród żandarmów byli tacy, co chcieli już zmiany istniejącego porządku.
Każdy z dezerterów miał kryjówki w swoim obejściu lub u znajomych. Ja zrobiłem sobie kryjówkę na przybudówce domu, gdzie składało się drewno na opał. Wybrałem w stosie drewna jamę wygodną do leżenia i tam właziłem na noc. Po wejściu tam zaciągałem powałę, na której leżała kupa gałęzi. Tak było to urządzone, żeby nie było widać śladu czyjegoś pobytu. Mogłem spokojnie spać.
W nocy czasami słyszałem, jak przychodziły pod dom patrole żandarmerii i długo zatrzymywały się, czekając widocznie, że mogę wrócić do domu po żywność.
Z kryjówek tych korzystaliśmy od czasu do czasu, bo obawialiśmy się, że mogą nas odkryć.

Pogoda dosyć sprzyjała. W pogodne noce spaliśmy w Bani na polu, w kopcach koniczyny lub Debrzy pod krzakami. Jeżeli żandarmi następowali nam zbyt na pięty,  szliśmy w lasy pod Ujazdami i na Wyrębach.
Koledzy dezerterzy gromadzili się w większe grupy. Myśmy z Tomkiem trzymali się razem. Jednego razu nocując w Bani usłyszeliśmy, że obok przechodzi grupa naszych chłopców. Kiedy przechodzili obok nas, Tomek krzyknął "halt ....halt". Chłopcy, myśląc, że to żandarmi,  zerwali się biegiem i zniknęli w lesie.

Cały dzień przebywaliśmy na polu pomagając w robocie.
Jednego dnia siostry moje kopały ziemniaki w Zapadach. Byłem razem z nimi. Naraz rozpoczęła się strzelanina. Zerwałem się, ale nie wiedziałem gdzie uciekać. Patrzę, a tu biegnie Tomek. Zdawało nam się, że żandarmeria i wojsko buszuje po polach za dezerterami. Postanowiliśmy dobiec do lasu. Nad Debrzą schodziły się drogi z Potoka. Drogą biegł żołnierz i strzelał. Strzelał pewnie ze strachu, bo obawiał się chyba, aby go dezerterzy nie rozbroili. Wpadliśmy prawie na niego. Szybko obróciliśmy w drugą stronę.  Żołnierz nie strzelał, nie wiadomo dlaczego. Może przypuszczał, że skoro uciekamy, to go nie napadniemy i nie odbierzemy karabinu. Prawdopodobnie sam chętnie by poszedł do domu, gdyby mu pozwolono.

Skąd wzięła się taka nagonka: patrol szedł właśnie pomiędzy domami, szukając dezerterów. Trafili akurat na  Wróbla, dezertera, który robił coś koło gospodarstwa. Skoro zobaczył uzbrojonych żołnierzy rzucił się do ucieczki w pola, szukając wąwozów i zagłębień. On swą ucieczką wywołał panikę i strzelaninę.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl