Drukuj
Listopad 2004 autor: Ignacy Krowiak

Wspomnienia dziadka Ignacego, cz. VIII

    Była pogodna noc. Doszliśmy do jakiejś wsi. Rosjan zamknęliśmy w pierwszej napotkanej chałupie  wystawiając wartę na zewnątrz. Ja jako dowódca nie musiałem pełnić służby wartowniczej. Było nas jednak mało i każdy musiał trochę odpocząć tośmy się sprawiedliwie co jakiś czas na służbie zmieniali. Jeńcy byli szczęśliwi, że wojna się dla nich skończyła i mogli spokojnie spać. Mówili, że przez dwie ostatnie noce oka nie zmrużyli.

Rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Koło południa skierowano nas do jakiegoś dworu, gdzie było dowództwo dywizji i gdzie gromadzono sprowadzanych ze wszystkich stron jeńców. Tu czekałem na zdanie naszych jeńców i potwierdzenie tego faktu. Potrzebne mi też było potwierdzenie wykonywania rozkazu w czasie nieobecności w kompani, i że nie dezerterowałem. To dla żandarmerii. Nie bardzo mi się spieszyło z przekazywaniem ich, a ci nabrawszy do mnie zaufania trzymali się blisko i byli na każde zawołanie. Starałem się o ich wyżywienie.  Zgromadzono już ponad tysiąc jeńców.

Po otrzymaniu zaświadczenia ruszyliśmy w drogę powrotną. Szliśmy już szosą. Doszliśmy do znanego nam młyna. Widać było ślady bitwy. Młyn był częściowo zburzony, mostu nie było. Nasi saperzy budowali prowizoryczny most. Kończyli właśnie budowę.
Przed mostem, na polu pojawiły się groby, których przedtem nie było. Znalazłem grób kolegi z mojej sekcji. Był w moim wieku. Pochodził ze wsi koło Dynowa. Nazwiska dziś już nie pamiętam. Miał postawiony krzyż brzozowy a na nim tabliczkę z nazwiskiem.

Szliśmy dalej. Zbliżała się noc. Skręciliśmy do pobliskiej wsi. Tu widać było wojsko. Może nasz pułk? Okazało się jednak, że był to pułk węgierski. Chcieliśmy zajść do jednej z opuszczonych chat. Poprzedzał nas żołnierz węgierski. Kiedy otworzył drzwi, z pieca skoczył na głowę Węgra duży, bury kot. Zsuwając się z głowy przerażonego Madziara pazurami podrapał mu twarz. Śmialiśmy się z niego i to go tak rozsierdziło, że rzucił się na nas. Musieliśmy szybko uciekać przed nim.
Tu dowiedzieliśmy się, że nasz pułk zmienił kierunek i poszedł na Równe. Pomału podążaliśmy za nim. Nie spieszyliśmy się bardzo, bo przed nami na froncie było bardzo gorąco. Wreszcie dotarliśmy pod Klewań, gdzie spotkaliśmy nasze oddziały. Wędrówka nasza trwała dłużej niż tydzień.

Po złożeniu meldunku zostaliśmy odesłani do macierzystej kompani. Był dzień, więc do linii nie dało się dojść. Czekaliśmy nocy przy kuchni.
Poczta polowa dostarczyła mi list od rodziców. Zaraz odpisałem, że jestem zdrów. Koło kuchni pokrzepiliśmy się dobrze, bo byliśmy wygłodzeni w czasie naszej wędrówki. Ogryzłem kilka kości wołowych.
Nocą ruszyliśmy ku linii. Okopy nasze były w szczerym polu. Komendant plutonu Fähnrich szczerze się ucieszył z mego powrotu, bo nie miał z kim porozmawiać w czasie mojej nieobecności. Na froncie w tej chwili był spokój. Przeczekaliśmy tak do drugiego rana.

W nocy dostarczyli nam amunicji pod dostatkiem. Przed świtem ruszyli nas z okopów do angryfu (ataku). Posuwaliśmy się ostrożnie, skokami, pojedynczo. Wreszcie Moskale spostrzegli nas i rozpoczęli ostrzał karabinowy i artyleryjski swego przedpola. Natychmiast nasza artyleria odpowiedziała im. Ostrzeliwując się gęsto, podsuwaliśmy się skokami i czołganiem.
Bez przerwy rozlegała się komenda:
- Vorwärtz!
Linia przerzedzała się, żywi parli do przodu.
Już nadeszło południe, a my ciągle w natarciu. Wystrzelałem masę naboi i zaczął mi się wyczerpywać ich zapas. Zacząłem strzelać bardzo rozważnie.

Pod wieczór obie artylerie przestały ostrzeliwać przednie linie, przeniosły swój ogień na tyły przeciwnika. Nie było już rozkazu Vorwärtz. Leżeliśmy cicho. W nocy kuchnie nie dojechały mimo, że na froncie zapanowała cisza. Całkiem wyraźnie słyszałem rozmowy rosyjskie. Znaczyło to, że podeszliśmy pod okopy rosyjskie.
Stąd właśnie wstrzymanie ognia artyleryjskiego. Dlatego nie dojechały kuchnie. Atakowaliśmy polami, wśród traw, zbóż i ziemniaków. Nie widzieliśmy, że podsunęliśmy się tak blisko nieprzyjaciela.
Wytworzyła się sytuacja patowa. Nie mogliśmy się podnieść do odwrotu, po pierwsze dlatego, że szkoda było tak drogo zdobytego terenu, po drugie - nie było rozkazu, a po trzecie - nikt nie chciał się narażać na kule nieprzyjacielskie. Ostatecznego zwycięstwa nie mogliśmy osiągnąć, bo do ataku na bagnety nie było już wystarczających sił. Oddziały przerzedziły się znacznie.
Podobnie było chyba i u Moskali.

U nich jednak sytuacja była lepsza, o czym później się przekonaliśmy. Oni siedzieli w poprzednio przygotowanych okopach z podchodnymi rowami strzeleckimi, a myśmy atakowali w szczerym polu. Oni mogli otrzymywać tymi rowami zaopatrzenie. W nocy dochodził do nas zapach zupy. My siedzieliśmy w wygrzebanych dołkach głodni i spragnieni. Czekaliśmy na posiłki.
Po dobie głodówki zjadłem ostatnią konserwę i resztę sucharów. Popić nie było czym. W nocy lizałem rosę z karabinu i liści.

Rosjanie mieli dobry wywiad o naszym wojsku, znali rozmieszczenie pułków. Wołali do nas po rosyjsku:
- Wosiemnadcat'ka, dam wam chlieba.
I czasami dla żartu rzucali jakiś kawałek chleba lub suchara. Doszło nawet do groteskowej sytuacji, że sanitariusze, wysunąwszy nosze, szturchali się nimi.
W takim bezpośrednim sąsiedztwie siedzieliśmy trzy doby. W nocy czuwaliśmy w napięciu i gotowości do odparcia w każdej chwili ataku. Do strzelaniny rzadko kiedy dochodziło.

Czwartego dnia usłyszałem za sobą jakiś ruch i zobaczyłem sylwetki czołgających się żołnierzy. Przychodziło Vestrkunk  (wzmocnienie).
Po linii poszła komenda:
-  Podaj dalej. Bajonett auf.
Wiedziałem co to znaczy. Przyszedł czas na szturm okopów rosyjskich. Linia frontu zaczęła się zagęszczać. Przybyły kolega dał mi kawałek chleba i herbaty z rumem. Zakręciło mi się w głowie.

O świcie rozkaz do szturmu. Koledzy, przybyli z uzupełnienia, zerwali się pierwsi. Nie orientowali się, jak daleko jest do okopów nieprzyjaciela. Ja nie ruszałem się z miejsca i obserwowałem, co się będzie działo dalej. Widzę, że biegną krzycząc: huraaa!!!, a Moskali wcale nie widać, by zrywali się do kontrataku. Puściłem się za nimi z wielkim krzykiem.
Noc była pochmurna, a nad ranem rozpadał się rzęsisty deszcz. Ta chmurna noc ułatwiła dotarcie do nas posiłków. Nie wiadomo, czy dowództwo czekało na taką noc, czy był to tylko szczęśliwy zbieg okoliczności, bo w przeciwnym wypadku dotarcie posiłków do nas było niemożliwe bez znacznych strat w ludziach. Ciekawiło mnie już wcześniej, dlaczego mimo cichych wprawdzie, ale słyszalnych odgłosów przybywających posiłków, Rosjanie nie reagowali. Przecież musieli coś słyszeć. Od czasu do czasu pole było oświetlane przez rakiety nasze i rosyjskie. Co się okazało?

Moskali w okopach nie zastaliśmy. Wycofali się, korzystając z ciemności. Przyczyną wycofania się wojsk stojących przed nami było przerwanie frontu przez naszą armię na prawym skrzydle. Moskale wycofali się pośpiesznie w obawie przed okrążeniem. Czasami dolatywały do nas rosyjskie pociski artyleryjskie, ale już nie czyniły znaczących szkód.
Idąc tyralierą, kompania nasza doszła do wsi. Za nami przyszła kuchnia, żywność i amunicja. Po czterech dniach wreszcie dostaliśmy suty obiad, wyfasowali chleb i papierosy, żołd i wino oraz inne dodatki, jakie były przypisane żołnierzowi na froncie. Pobraliśmy amunicję. Potem dalej marsz.

Było już popołudnie, gdy przyszedł rozkaz okopania się. Panowała ogólna cisza. Moskali nie dopatrzyłem się, ale obserwatorzy dopatrzyli się linii frontu rosyjskiego. Obok mnie okopała się obsługa karabinu maszynowego. Nie byłem z tego towarzystwa zadowolony, bo artyleria rosyjska zawsze próbowała w pierwszej kolejności wymacać stanowiska karabinów maszynowych i zniszczyć je. Można przy tej okazji oberwać. Trudno, nic nie mogłem na to poradzić.
Ciszę przerwała nawała naszej artylerii, która zaczęła bić na tyły nieprzyjaciela. Odpowiedziała jej artyleria rosyjska, bijąc w nasze okopy. Była celniejsza. W dali widziałem ich balon obserwacyjny. Z niego to obserwatorzy rosyjscy kierowali ogniem artyleryjskim.

Już są ranni i zabici. Widziałem kolegę z rozerwanym brzuchem. Brudną ręką podtrzymywał wylewające się wnętrzności. Twarz jego była wykrzywiona potwornym bólem i strachem.
- Vorwärtz.
Podsuwaliśmy się odważnie, bo z przeciwnej strony nie było ostrzału karabinowego. Biła tylko artyleria, ale ona i tak była celna, bo widziano nas z balonu i kierowano na nas ogień. Naraz padła salwa karabinowa, już są ranni i znowu zabici. Teraz nie możemy już iść tak odważnie. Podsuwamy się ostrożnie skokami, kopiąc za każdym razem chociaż płytkie dołki, aby tylko głowę schronić.
Tak do wieczora. Nie uszliśmy więcej niż pół kilometra. Na tej przestrzeni wykopałem ze 20 dołków. Kopało się, leżąc z głową przytuloną do ziemi. Moskale strzelali gęsto i ostrzeliwali nas ze szrapneli. Kule często trafiały w plecaki, które górowały nad plecami. Na noc zwolniliśmy tempo.

Rano skoro świt:
 - Vorwärtz.
Podsunęliśmy się trochę. Artyleria rosyjska biła szrapnelami. Znaleźliśmy się na wzniesieniu, tak, że trafiliśmy pod ogień ze wszystkich stron. Przed sobą widziałem miasto Kleweń. Dowództwo dążyło do zdobycia Równego.
Z tego wzniesienia wycofaliśmy się w biały dzień. Gdyby nas zostawili na tym wzgórzu cały dzień, nie uratowałaby się żywa dusza. Po naszym ustąpieniu Moskale zajęli pagórek. Mieli dobre pole ostrzału, widzieli nas jak na dłoni. Wycofaliśmy się na dogodniejsze pozycje. Tu leżeliśmy cały dzień, noc i następny dzień do południa.

W nocy nadeszły posiłki. Zrobiło się raźniej. Pod wieczór:
- Vorwärtz.
Znów posuwamy się skokami, czołganiem, itp. Nocą:
- Vorwärtz.
Moskale wycofali się do Klewenia. Znaleźliśmy się na dawnym miejscu. Znów Rosjanie mieli nas jak na dłoni. Świecili reflektorami i rakietami. Było jasno, jak w dzień. Komendant kompani słał gońców do komendy pułku z zapytaniem, co robić, bo do rana nie zostanie mu ani jeden żołnierz. Pułk nakazał wycofanie.
Rückzug (odwrót).
Chłopcy nie patrząc na to że, że Rosjanie oświetlają teren i strzelają rwali do tyłu ile kto miał sił. Ciężej rannych trzeba było zabrać ze sobą. Po drodze przeszliśmy przez linię okopanych Węgrów, oczekujących na Rosjan. Było to tak zorganizowane, że kiedy rozbity pułk musiał się cofać, wojsko z rezerwy tworzyło front zaporowy aby powstrzymać natarcie nieprzyjaciela.
Gdy znaleźliśmy się za linią frontu okazało się, że kompania okropnie się wykrwawiła. Brakowało prawie połowy stanu osobowego.

Pułk zakwaterował we wsi i czekał na uzupełnienie z Kadry. Trwało to kilka dni. Odpoczywaliśmy. Czasami trzeba było pełnić Feldwache (placówkę), a niekiedy iść na patrol.
Jednego dnia wybierali ochotników. Zgłosiłem się myśląc, że to na patrol. Podszedł do mnie trochę znajomy szef kompani i pyta:
-  Ty wiesz gdzie idziesz?
A ja mu odpowiadam:
-  Na patrol.
- A jakże, na patrol - mruknął - będziecie rozstrzeliwać dwóch Czechów,  dezerterów. Poszli na urlop i nie wrócili. Złapali ich  i zrobili im sąd polowy. Będą ich rozstrzeliwać.
Ubłagałem go, by mnie z tego wyłączył. Wyznaczył innego żołnierza. Słyszałem strzały. Zakopali ich pod lasem. W rozkazie odczytali o rozstrzelaniu dezerterów i konfiskacie ich mienia.

Przybył do nas świeży batalion z Krakowa. Była to dla nas jakaś rozrywka. Co słychać? Co mówią o wojnie? itp. Pojawili się znajomi. Jak zwykle pytania, pytania.
Pogoda nam sprzyjała. Kwaterowaliśmy pod namiotami na polanie leśnej. Nie było obawy zbombardowania,  bo samoloty nie latały wtedy.
Naraz, jednego ranka alarm i Marschbereit (przygotowanie do wymarszu). Razem z kolegą zwinęliśmy nasz namiot. Każdy z nas nosił część namiotu z odpowiednią ilością kołków. Namiot mógł być postawiony z dwu części dla dwu żołnierzy, albo z 4 części dla 4 żołnierzy, nawet z 6 części dla 6 żołnierzy. Używaliśmy 4 części.
Po śniadaniu i wyfasowaniu suchego prowiantu, pobraniu żołdu zwanego lenung wyruszyliśmy w drogę. Kompania była prawie w pełnym składzie; stan uzupełniono nowo przybyłymi. Szliśmy szybkim marszem różnymi drogami, polami, lasami.

Z odgłosów strzałów wywnioskowaliśmy, że zbliżamy się do frontu. Pod wieczór minęliśmy stanowiska baterii, która zazwyczaj ustawiała się 2-5 kilometrów od linii frontu. Artylerzyści widocznie uwijali się przy strzelaniu, bo kanonada była gęsta.
Wieczorem stanęliśmy w lesie. Kuchnia z gotowym obiadem nadjechała za nami. Tu uzupełniliśmy amunicję. Zaczynało się chmurzyć i nadciągnęła burza. Przerażające wrażenia. Na ziemi strzelały armaty, z nieba strzelały pioruny. Podeszliśmy pojedynczo do wsi.

Tyralierą doszliśmy do brzegu rzeki. Rakiety nasze i rosyjskie oświetlały teren. W świetle rakiet błyszczało lustro wody i czerniał most. Rakiety tak mnie oślepiły, że gdy zgasły, nic dosłownie nie widziałem. Ciemność.
Strzelanina przycichła. Wojsko, które tu było w linii wycofywało się, myśmy ich zmieniali. Zadaniem naszym było przejście przez most i obrona zdobytego przyczółka.
Mojemu plutonowi przypadło zająć prawą stronę przedpola mostu. Za nami miał nadejść drugi pluton i zająć lewą stronę. W takiej pozycji mieliśmy bronić mostu i odpierać ewentualne natarcia, a w ogóle ochraniać przeprawę pozostałych oddziałów przez most. Most był uszkodzony, i to nie wiadomo przez kogo. Czy przez naszą artylerię, aby uniemożliwić przejście Rosjanom, czy odwrotnie. Kilku saperów poszło na most, ale niewiele mogli zrobić, bo Moskale zaczęli ich gęsto ostrzeliwać. Nasza artyleria odpowiadała ogniem.

W nocy zaczęła się silna strzelanina. Nasza artyleria zintensyfikowała ogień, by przycisnąć przeciwnika do ziemi i ochraniać saperów na moście. Wśród takiej strzelaniny pluton wszedł na most. Pociski karabinowe ze wszystkich stron dosięgały nas. Tuż koło mnie padł ranny kolega. Rozmyślałem, jak to zrobić, by niby odprowadzając go do tyłu wycofać się z mostu. Tego mi się jednak nie udało zrobić.
Most był dosyć długi, raczej prowizoryczny. Deski nie były przymocowane. Każdy dyl ruszał się i robił hałas. Nad wodą była tylko jedna trzecia długości mostu, zaś dwie trzecie nad lądem, po obu stronach wody, po równo.

Na moście rozpoczęła się dosłownie rzeź. Rosjanie bronili przejścia rozpaczliwie. Myśmy nie strzelali, tylko poszli do przodu, bo już następny pluton dostał rozkaz przejścia mostu. Z rosyjskiego brzegu Moskale bili z karabinów, ich artyleria wymieniała strzały z naszą artylerią, robiąc spustoszenie na tyłach. Na most nie mogła bić żadna z artylerii, by nie razić swoich. Koniec świata. Broniła nas tylko noc, no i może to, że most nieco górował nad terenem.
Pociski nieprzyjacielskie chybiały, ale nie wszystkie. Na światła rakiet kładliśmy się na moście, ale to nie było zupełne krycie, bo zawsze można było wypatrzeć, że na gołym moście coś leży. Gdy tylko przebyliśmy przestrzeń nadwodną mostu, zeskakiwaliśmy na dół. Tu było bezpieczniej i mogliśmy posuwać się naprzód.

Skacząc z mostu, wpadłem w jakieś bagno, ledwie się wyciągnąłem. Pełne trzewiki wody. Na moście zostali zabici i ranni wzywający pomocy. Niektórych rannych dobiły następne pociski; nie mieli żadnego schronienia. Lżej ranni szli ze zdrowymi. Za nami posuwały się inne plutony.
W plutonie chodziłem w drugiej czwórce. Kiedy znalazłem się na ziemi, pobiegłem na prawo, wraz z innymi kolegami, by zająć wskazane stanowiska no i oddalić się od ostrzeliwanego mostu. Komendant Fähnrich mimo, że ranny w rękę, był z nami. Kiedy pojedynczo i „gęsiego” odchodziliśmy od mostu, napotkaliśmy okopy. Z okopu podniosła się ciemna postać i krzyczy:
Pastoj
Natychmiast zorientowałem się, że to Moskal. Trąciłem kolegę i mówię:
- Łapmy go, to Moskal.
I tak jednocześnie chwyciliśmy go za ręce. Ten puścił karabin i prosi:
Nie strielaj.
Obok słychać było jęki rannego. Pytamy:
- Ilu was jest?
- Rota (kompania). A was mnogo? - Z kolei on zapytał.
- Dywizja. - skłamaliśmy.
Rosjanin szarpnął się, wyrwał się nam i uciekł. Rannego nie było już słychać.

Prawdopodobnie była to placówka przy moście, bo Moskal pokazał, że kompania okopała się na wzniesieniu, które górowało nad doliną rzeki. Z tego wzniesienia Rosjanie mieli doskonały ostrzał. To z tej strony tak zasypali nas ogniem, powodując okropne straty w ludziach.
Cała rozprawa z Moskalem trwała moment. To nie był czas na rozmowy. Za uciekającym nie strzelaliśmy, by nie zdradzić swego stanowiska. Źle się stało, że nam uciekł, bo ich prawdopodobnie było więcej na placówce. Tamci wcześniej zwiali i zgłosili tam na górce o naszej obecności. Już za chwilę zaczęła się nawała ogniowa na naszym kierunku. Nie odpowiadaliśmy, tylko szukali odpowiedniego schronienia.
Znalazłem gotowy okop i w nim się położyłem. Noc. Nie wiadomo ilu naszych padło. Pluton, który szedł za nami, zmagał się jeszcze na moście.

Fähnrich kazał podejść nieprzyjaciela okopanego na pagórku, by mu utrudnić ostrzeliwanie mostu. Z naszego brzegu wstrzymano strzelanie, by nas nie wystrzelać, zresztą, tak na wszelki wypadek, bo nikt nie wiedział, gdzie my jesteśmy. Może nawet myśleli, że trafiliśmy do niewoli.
Z drugim plutonem most przeszli telefoniści. Na brzegu dostaliśmy informacje  o położeniu linii nieprzyjacielskich. Jaką informację dostał Fähnrich, nie wiadomo. Wysyłał po jednym żołnierzu do przodu, na jakieś dwadzieścia kroków. Tam kazał się okopywać i czekać, aż wszyscy dojdą do tej linii i mniej więcej wyrównają.
Gdy wszyscy osiągnęli tę linię, Fähnich powtórzył rozkaz, i jeszcze raz, i jeszcze raz. Za trzecim podejściem zauważyłem okopy rosyjskie. Cofnąłem się i zameldowałem. Robiło się to wszystko sprawnie, szybko i z zimną krwią, by się nie zdradzić. Korzystaliśmy z ciemności. Na pagórku, jak się okazało, był cmentarz. Groby, nieliczne nagrobki i coś tam jeszcze ułatwiało nam podchodzenie Rosjan, którzy i tak byli zajęci mostem i nie zwracali uwag na to co się dzieje w pobliżu.

Doszedł do nas jeszcze jeden pluton. Pagórek dobrze nas krył. Zaczęło dnieć. Na most wchodziły jeszcze jakieś małe oddziały. Moskale bili na most, bez przerwy, ale jakimś cudem nie trafiali.
Dał się słyszeć tętent kopyt końskich. To kozacy zaatakowali most. Wjechali nań, gdy jeszcze tam były grupki wojsk austriackich. Rozpoczęła się rzeź. Nikt z naszych nie uszedł cało. Ratowali się, skacząc do wody. Linie telefoniczne zostały na moście przerwane. Rozkazy już do nas nie docierały.

Z lewego skrzydła strzelanina. To nasi. Po przejściu mostu okopali się zaraz na brzegu, bo ogień rosyjski uniemożliwił im dalsze posuwanie się. To oni zobaczyli, co się dzieje na moście i zaczęli ostrzeliwać kozaków. Tylko część kozaków wjechała na most, reszta puściła się wpław przez rzekę. Ci, co poszli wpław, pierwsi natknęli się na naszych żołnierzy okopanych na brzegu. Wywiązała się walka.
Widząc co się dzieje na dole, nad brzegiem, zaczęliśmy strzelać do kozaków. Nasza artyleria zaczęła ich ostrzeliwać szrapnelami. Część z nich zawróciła i popędziła do tyłu, prawdopodobnie sądząc, że są otoczeni. Ci, co poszli na most i ci, co poszli wpław, zawrócili na nasz brzeg. Na moście  i w wodzie padło ich dużo. Kozacy po przejściu rzeki popędzili w górę jej biegu, prawym brzegiem. Zjawili się austriaccy husarze. Słychać było bitwę. Co się stało z kozakami, nie dowiedziałem się nigdy, ale to nie miało żadnego znaczenia.

Szrapnele, były to granaty z nastawianymi na pewną wysokość nad ziemią, zapalnikami, które eksplodowały w powietrzu. Szrapnel oprócz materiału wybuchowego, wypełniony był metalowymi kulkami wielkości grochu. Na końcu szrapnela był przyrząd do nastawiania wysokości  eksplozji. Eksplozja w powietrzu następowała pod wpływem ciśnienia powietrza, wciskającego się przez odpowiednie kanaliki i działającego na zamontowaną wewnątrz iglicę, wspartą na spłonce. Odległość wybuchu regulowało się przez zmianę długości kanalika. Szrapneli używano jak kartaczy. Wybuchały minimum 50 kroków od wylotu lufy, a pękając rozsiewały kulki. Była to w tamtych czasach straszna broń.

Na most wchodziły nasze oddziały i nadal były rażone przez nieprzyjaciela. My, w sile niespełna dwóch plutonów (siła ludzi ubyło), podsunęliśmy się prawie pod same okopy rosyjskie, i to niepostrzeżenie. Kryły nas nagrobki i groby. Będąc już w pobliżu, rozpoczęliśmy ostrzał.
Moskale przygotowywali atak na most. Chodziło im o odbicie mostu i uniemożliwienie dalszej przeprawy naszych wojsk. Do przeprawy ruszyły dalsze kompanie naszego batalionu. Zależało nam, by Rosjanie nie przypuścili kontrataku i nie odbili mostu. Dlatego to otworzyliśmy ogień.

Zbliżało się południe. Słońce przygrzewało. Ogarniał nas sen. Żołądek domagał się swych praw, a nie było co jeść. Naboje też się wyczerpywały, ale nie traciliśmy ducha licząc na nadejście posiłków. Walczyliśmy z przeważającymi siłami wroga, skupionymi nad przeprawą mostową.  Rzeka była głęboka, stąd tak ważne znaczenie miało utrzymanie mostu.
Koło południa walczący z nami Rosjanie wycofali się. Podsunęliśmy się na skraj cmentarza, by mieć lepszy wgląd na przedpole. Moskale wycofali się do pobliskiego lasu, skąd razili nas ogniem.
Do wieczora przez most przeszedł cały batalion.

Utworzyliśmy front już za rzeką. Rzeką tą był Styr, a wieś nazywała się Kołki. Przeprawa przez Styr pod Kołkami odbiła się szerokim echem i stała się głośna. Padło tam dużo wojska, zarówno austriackiego jak i rosyjskiego.
Otwartą przez nas przeprawą przeprawił się cały pułk. Otrzymaliśmy menaż i fasunek. W międzyczasie przedrzemałem się. Tak byłem zmęczony, że nawet nie myślałem o żadnym jedzeniu. Marzyłem tylko o sapaniu. Przed świtem:
- Vorwärtz
Nie było to takie łatwe. Rosjanie okopali się na skraju lasu. Skokami, czołganiem podchodziliśmy pod nieprzyjaciela. Chodziło o to, by wrogowi będącemu w odwrocie i rozsypce nie dać czasu na zorganizowanie obrony.
Znów są ranni i zabici.

Przed szrapnelami nie było ochrony. Te pękały w powietrzu i siały kulkami. Hełmów stalowych wówczas nie używano. Taka technika ochrony żołnierza nie dotarła jeszcze do naszego wojska.
Podsunęliśmy się pod same okopy rosyjskie. Ruszyliśmy do ataku na bagnety. Rozległo się huraaa.... Podnieśliśmy się i ruszyli naprzód. Ten atak szedł nie bardzo, bo oglądaliśmy się jeden na drugiego.
Moskale przestali strzelać i to nam dodało odwagi. Kiedy podbiegliśmy do Rosjan, ci nie ruszyli nawet bronią. Podnieśli ręce do góry i wołali:
Nie strielaj.
Rzucili broń i poddali się. Zebraliśmy ich i ustawili w czwórki, a Fähnrich kazał mi odprowadzić ich na tyły. Do pomocy dostałem paru kolegów, bo Moskali było tylu, że od biedy można by z nich sformować kompanię.

Poprowadziłem ich lasem, bo polami było niebezpiecznie, gdyż artyleria nie przestała strzelać, a i Rosjanie nie chcieli iść polami. Po drodze oficer skierował mnie na punkt zborny jeńców. Było ich tam bardzo dużo. Można liczyć na tysiące. Był to wynik jednodobowej bitwy. Poległych po obu stronach chyba nie było mniej.
Rosyjski front na naszym odcinku został przerwany. Zarządzono odpoczynek. Obozowaliśmy w lesie. Dla bezpieczeństwa wysyłaliśmy patrole. Jedni wracali inni wychodzili. Mnie wypadło wyruszyć na patrol pod wieczór. Fähnrich przydzielił mi pięciu chłopców, których sobie sam wybrałem.

Szliśmy lasem wypatrując i nadsłuchując. Ciemniało już. Przez drzewa przeświecał teren bezleśny. Uradziliśmy, że podejdziemy na skraj lasu i tam posiedzimy obserwując, czy nie nadciągają Moskale. Nagle coś zaszeleściło. Patrzę, a to z ziemi zrywają się Moskale i zajmują postawę gotową do strzału. Myśmy też mieli karabiny gotowe do strzału, bo przecież byliśmy na patrolu. Oni trzymają broń pod pachą, my także.  Tak oni jak i my zamarli w postawie stojącej. Przyszedł mi pomysł poddania się do niewoli, ale obawiałem się o postawę towarzyszy. Słyszę jednak że oni między sobą szepczą:
-  Mamy dość tej wojny. Może oni by nas tak zabrali.
Ale w tym momencie któryś z Rosjan mówi:
- Polaki, nie strielatie. My toże nie budiem strielat' (Polacy, nie strzelajcie, my też nie będziemy strzelać).
Był między nimi jeden starszy, miał czerwone paski na ramieniu. Rozkazał im rzucić broń i powiedział:
Bieritie nas w pl’en (bierzcie nas do niewoli).
Poczuliśmy się dumni z wzięcia jeńców. Odprowadziliśmy ich na zgrupowanie. Rosjanie udzielili informacji, że pozostało ich już niewielu i nie mają więcej siły bronić przeprawy przez Styr.

Rano wyruszyliśmy, ale już nie schwarmlinią (tyralierą), tylko czwórkami. Każda kompania szła inną drogą. Batalion rozprzestrzenił się, by w razie czego natychmiast rozwinąć schwarmlinię. Przednie straże, tzw. szpice, meldowały, że nieprzyjaciela w okolicy nie ma. Maszerowaliśmy nie niepokojeni. Cisza na całym froncie. Marsz nie był męczący, bo szliśmy powoli z długimi przystankami. Można było odpocząć a nawet wyspać się.
Ja byłem śpiochem, toteż skoro rozkazano: Rast (odpoczynek), natychmiast szukałem jakiegoś miejsca z kopczykiem lub pagóreczkiem, a najlepiej odpowiadał mi rów. Kładłem się tak, aby nogi były wyżej, zaś pod głowę podsuwałem plecak. Nogi w takiej pozycji odpoczywały najlepiej ze względu na odpływ krwi.
Długo tak postępowaliśmy za cofającymi się wojskami rosyjskimi.

Opisane powyżej zdarzenia, w których brałem udział, mają swe miejsce  w ciągu operacji wojennych na froncie wschodnim:
W dniu 1-go lipca 1915 roku rozpoczęła się ofensywa niemiecko-austriacka. Austriacy zajmowali kolejno: Lublin i Chełm (pod koniec lipca), twierdzę Dęblin (4.VIII). Na północy Niemcy zajęli Kowno (18.VIII). Zajęcie Ostrołęki, Różana, Pułtuska (od 13.VII do 26.VIII), Warszawy (5.VIII), Modlina (20.VIII), Kowla (23.VIII), Brześcia Litewskiego (23.VIII),  Białegostoku  (26.VIII),  Grodna (2.IX).
Te wydarzenia mieliśmy już za sobą i przeszły one do historii.
A przed nami w najbliższym czasie było: zajęcie przez Austriaków  Łucka, Dubna i Brodów (1.IX). W bitwie pod Tarnopolem (6-19.IX) Austriacy zostaną zatrzymani i rozpoczną się walki pozycyjne. Ale o tym niżej.


Jednego dnia o poranku wyszliśmy z lasu na pole. Po drugiej stronie pola także był las. To był taki wąski pas pola ornego wcinający się w las. Idąc z  przodu zobaczyłem, że dowódca kompani dziwnie się zachowuje, ogląda się i gwałtownie skręca z powrotem do lasu. Maszerujemy skrajem lasu. Chłopcy coś szepczą i pokazują. Patrzę,  po przeciwnej stronie pola, też pod lasem maszeruje oddział Rosjan. Zrobiło mi się gorąco, a nuż oni pierwsi zaczną strzelać, a my jesteśmy nie przygotowani. Moskale nie strzelali i my nie strzelaliśmy. Oni powoli gubili się  w „swoim” gąszczu leśnym, my także zaczęliśmy się zagłębiać w  „nasz”  las.

Nadchodziła jesień. Noce zrobiły się chłodne. Jednego dnia spotkaliśmy pędzący wprost na nas oddział ułanów. To przedni patrol wracał ze zwiadu. Słyszałem, jak meldowali komendantowi kompani, że nieprzyjaciel okopuje się w odległości około 10 kilometrów. Podali nazwę miejscowości, której nie dosłyszałem.
Zatrzymano nas, telefoniści zaczęli rozwijać linię do batalionu. Dowództwo batalionu posuwało się gdzieś z tyłu za nami. O położeniu dowództwa batalionu wiedział tylko oberleutnant.
Nocą podjechały do nas kuchnie z fasunkiem i wydano nam żołd. Uzupełniliśmy zapasy naboi, bandaży i opatrunków osobistych. Wydali po cztery rezerwowe konserwy i cztery woreczki sucharów. To nas zmartwiło, bo wiedzieliśmy co się święci. Bitwa. Wydali żołnierzom granaty ręczne, ale tylko tym, którzy byli obznajomieni i przeszkoleni w posługiwaniu się nimi. Ja granatów nie tykałem. Bałem się, że  taki granat może mi w ręce eksplodować.

Nad ranem ruszyliśmy w dalszą drogę. Zaczął padać drobny, jesienny deszcz. Uszliśmy dobry kawał drogi, gdy dogonił nas łącznik z kompani, z rozkazem, by rozsypać się w tyralierę i okopać. Nie minęło 5 minut, jak już byliśmy okopani w Schwarmlinii. Bardzo upapraliśmy się gliną, bo lejący deszcz rozmoczył teren. Nakryłem się namiotem i tak zasnąłem. Naraz ktoś mnie budzi:
-  Fasunek przywieźli.
Poszedłem do miejsca, gdzie stały kociołki i worki z fasunkiem. Wziąłem to co mi przysługiwało i wracam do okopu, ale w żaden sposób nie mogę go znaleźć. Wszystkie okopy zajęte, ani jednego wolnego miejsca, a ja tam pozostawiłem plecak i karabin. Po dłuższym poszukiwaniu i badaniu znalazłem mój dekunek, ale był on zajęty przez innego żołnierza i dlatego nie mogłem go znaleźć. Noc była ciemna i było to na dodatek w lesie.

Nad ranem Vorwärtz i vorkunk (posuwać się naprzód szwarmlinią). Podbiegaliśmy kawałkami i padali na ziemię mimo, że nikt do nas nie strzelał. Kiedy w ten sposób przebyliśmy znaczną przestrzeń, gruchnęła w nas salwa, po niej druga i zaczęła się bezładna strzelanina. Z góry granaty i szrapnele. Nie sposób podnieść głowy, by się zorientować co się dzieje z przodu. Jedynie po sile ognia można było się zorientować, że przed nami są znaczne siły nieprzyjaciela.
Moskale ruszyli do przodu, ale tego mogłem się tylko domyśleć, bo w pewnym momencie ich artyleria przeniosła swój ogień na nasze tyły. Wyglądało na to, że oni podeszli pod nasze okopy. Leżałem wtulony w ziemię. Jak my tylko mogli, tak się ostrzeliwali. Byle powstrzymać atak. Rozkazu Vorwärtz  nie było. Naraz ktoś krzyknął:
- Rückzug (odwrót).

To było w tej chwili najgorsze. Na rozkaz Vorwärtz żołnierze podnoszą się powoli do ataku, ale Rückzug - to już paniczna ucieczka.  Żołnierze zrywają się i nie patrząc na kule uciekają. Kiedy nasi się podnieśli, Moskale sypnęli gradem kul. Padli ranni i zabici. Ja także poderwałem się zelektryzowany tym rückzugiem, ale świst kul nad głową rzucił mnie na ziemię, dosłownie przykleił do niej. Czołgam się.

Natrafiłem na jakąś polną drogę wgłębioną w teren. Cofam się nią. Na tej drodze było już kilku kolegów. Z drogi dostaliśmy się w jakąś kotlinkę. Można było nawet w niej siąść nie będąc widzianym przez Moskali Zebrało się nas w tym dołku kilku. Powiadam:
- Chłopy, wyrywamy, bo Moskale widzą nas z balonu. Jak sypną z armat, to z nas gulasz zrobią.
Każdy swoim sposobem wyrywał do tyłu. Ledwie oderwaliśmy się od naszego zbawczego dołka, Rosjanie pokryli go szrapnelami i granatami. Pędziłem, ile sił, przez pola. Słyszałem, jak padają koło mnie kulki szrapneli. Od kul karabinowych byliśmy jakoś zabezpieczeni, ale nie od szrapnelowych.

Cofaliśmy się bezładnie na znaczną odległość. Zdawało się, że zatrzymamy się aż na Styrze.  Żołnierze naszej kompani rozbiegli się na wszystkie strony, ale zaczęli pomału zbierać się w grupki. Wszyscy byli głodni. Nie wiadomo gdzie kuchnie. Nie wiadomo gdzie komendant.
Na froncie działała Feldgenarmeie (żandarmeria polowa).  Żandarmi znali miejsce postoju pułków i tam nas kierowali. Trafiłem na jakiś pułk, który szedł naprzód zajmować pozycje, najprawdopodobniej opuszczone przez nas. Szli bronić lub utrzymać pozycje.

Nareszcie trafiłem na punkt zborny rozbitków naszego pułku. Tu dostaliśmy pożywienie i pocztę. Otrzymałem list od rodziny. Zaraz odpisałem, że żyję i jestem zdrów, bo co miałem pisać. Tu nas uformowali i poprowadzili bokami. Dużo nas już brakowało.
W jednym miejscu kazali nam rozwinąć tyralierę, ale bardzo rzadką. Odległość pomiędzy żołnierzami była duża, bo było nas niewystarczająco na objęcie znacznej przestrzeni. Wykombinowaliśmy tak, by było po dwóch w niedalekiej odległości, o jakieś 10 kroków. Zależało od dogodności miejsca. Rozkazano dobrze się okopać. Wywnioskowaliśmy z tego, że będzie tu dłuższa obrona.

Obrałem miejsce w małym zagajniku na skraju lasu, pod drzewem, a obok mnie kolega Bielec, z Ulanicy. Niedaleko nas okopała się obsada karabinu maszynowego. Nie było to dobre sąsiedztwo, bo artyleria nieprzyjacielska w pierwszej kolejności wymacywała taką maszynkę  i obsypywała ją granatami.
Amunicji dostarczyli pod dostatkiem. Na dwu żołnierzy przypadała skrzynka licząca od 2.000 do 5.000 naboi. Nie orientowałem się dokładnie ile, ale musiało być ich dużo. Został wydany rozkaz, że kiedy padnie schüzen (strzelać), wtedy należy strzelać dzień i noc bez przerwy. Odpoczywać tylko w czasie chłodzenia karabinu. Powiedziałem do kolegi, że nie powinno nam się nudzić.
Częściowo się rozebrałem, bo mnie bardzo skóra swędziała. Ubranie było przemoczone do koszuli, a przy tym wszy harcowały. Tu wreszcie przebrałem bieliznę, po półtoramiesięcznym noszeniu bez zmiany. Nową bieliznę wyjąłem z plecaka a starą zakopałem, by się wszy nie rozlazły.

Pod wieczór nadszedł rozkaz, by dobrze baczyć na przedpole, bo obserwator spostrzegł, że Moskale zbliżają się wielką masą.
Mieliśmy obawy, czy tak wątłymi siłami zdołamy ich powstrzymać. Ostatnio dużo naszych zabrali Moskale. Prawdopodobnie kuchnie i karabin maszynowy został na polu i oni je zajęli, bo do nas przyszła nowa maszynka z nową obsadą. Szkoda nam było tej starej obsady karabinu maszynowego, gdyż już zżyliśmy się z nimi. Widać, że nie dali rady wycofać się na czas. Kuchnię i podwody chyba też Moskale otoczyli, bo przyszli nowi kucharze i koniowodni.

Wybuchła strzelanina. W oddali ukazali się Rosjanie zajmujący całe przedpole. Szli w linii jak na paradzie. Strzelaliśmy bez przerwy. Karabiny się grzały. Karabin maszynowy strzelał z przerwami. Lufa mego karabinu rozgrzała się niemal do czerwoności. Ręką nie można było trzymać nawet za łoże, zamek zacinał się z gorąca. Dla ochłodzenia trzeba było na jakiś czas przestać strzelać.
Wystrzelałem już chyba z 200 naboi. Nerwy nie pozwalały zaprzestać strzelania nawet na czas chłodzenia karabinu. Moskale szli i szli, a ja nie mogłem strzelać. Jednak chwilkę odczekałem. Wziąłem się znowu do strzelania, bo widziałem, że kolega odłożył karabin i miał zakrwawione ręce. Myślałem, że jest ranny. A on poobijał ręce o karabin, bo mu się zamek zaciął i nie dawał się odwieść. Artyleria rosyjska biła w nas granatami i szrapnelami,  na  szczęście niecelnie. Nasza artyleria biła na ich linie i tyły.

W nocy dostarczono żywność i uzupełniono amunicję. Dostarczono też do plutonu kilka karabinów, bo niektóre tak się zacięły, że nie pomogło nawet oliwienie. Nie czułem rąk, tak byłem zmęczony ładowaniem karabinu i strzelaniem. Karabinu nie przykładałem już do ramienia, tak mnie bolało. Opierałem go o odpowiednio ustawione skrzynki. Oliwę do smarowania miałem pod ręką i od czasu do czasu paroma kroplami smarowałem zamek. W tym czasie łapałem trochę oddechu. Karabin mój działał.
Piątego dnia takiego zmagania się nadeszło wzmocnienie frontu. Nad ranem:
- Vorwärtz.
I znów to samo. Podsuwaj się, czołgaj.
Moskale w te dni znacznie osłabli w sile i przestali atakować. Zaczęli się wycofywać, a my postępowaliśmy za nimi i to w szybkim tempie.


Zbliżała się zima. Noce zrobiły się chłodne. Nadeszły przymrozki, a my na zimę nie mamy schronienia, tylko jak krety ryjemy się w ziemi. Dostaliśmy się na bagna poleskie, zalesione rzadkimi lasami. Okopu na tym terenie, gdzie szedł nasz pluton, nie można było kopać, bo zaraz woda podchodziła. Robiłem tak, że z boku ukopałem ziemi i z niej robiłem pagórek przed sobą. Ale i tak jak poleżałem chwilę, to wygniotłem dołek, który podchodził wodą. Bagna były nieprzebyte. Miejscami to nawet żołnierze potopili się na stojąco, bo ich bagno wciągnęło. Miejscami były takie kępy, na których rosły drzewa lub krzewy. To na nich znajdowaliśmy jakie takie schronienie przed wszechobecnym bagnem. Leżąc na takiej kępie często nogi miało się już w wodzie.

W ten to sposób doszliśmy do wsi Komorów nad Styrem. W tym miejscu Styr zataczał koło i płynął przez tereny pozostające w rękach rosyjskich. Mnie wypadło posuwać się wzdłuż drogi prowadzącej do środka wsi. Moskale trzymali się mocno. Nie atakowali, ale też nie cofali się. My nie mieliśmy sił na przeprowadzenie ataku, bo dużo ludzi padło, a jeszcze więcej chorowało od tych mokradeł. Były dni, że trwaliśmy w miejscu bez ruchu. Moskale też nie strzelali.
Jednego ranka, leżąc z drugim kolegą za jakąś chałupą, rozmawialiśmy o naszej sytuacji, kiedy to się skończy itp. Nagle poraziło nas piekielne wycie. Przylgnęliśmy do ziemi. Nie orientowaliśmy się, skąd to coś leci. Zdawało się, że zaraz na nas spadnie. Wreszcie po stronie rosyjskiej  rozległ się potworny huk, aż szybki w naszej chałupinie powypadały. Za chwilę powtórka, i jeszcze raz, i nastała cisza. A to w sukurs przyszły nam ciężkie armaty kalibru 60 cm, zwane Mersery. Wożono je na platformach kolejowych.
Pod wieczór:
- Vorwärtz.
Podsuwaliśmy się ostrożnie. Zapadła noc. Stanęliśmy, ale czuwali na zmianę. Każdy był tak wyczerpany, że zasypiał na stojąco.
Rano:
- Vorwärtz.
Wieś przeszliśmy bez strzału. Doszliśmy do rzeki. Moskali już nie było. Odetchnęliśmy z ulgą. Chodziliśmy po wsi i buszowali po domach. We wsi nie było żywego ducha. Podobnie zresztą, jak i we wsiach, które minęliśmy.

Nad Styrem ustawiono placówki. Mnie wypadła placówka na cmentarzu. Zainstalowaliśmy się w grabarce. Rozpaliliśmy ogień w piecu, który tam dziwnym trafem się znajdował. Wojsko rozkwaterowało się po kwaterach i wypoczywało. Szacowano straty w ludziach.
Jak obliczyłem, w naszym plutonie z 50 ludzi pozostało 22. W niektórych plutonach było jeszcze mniej żołnierzy. Takich szczęśliwców jak ja, zdrowych i całych, zostało tylko 15. A wyszło nas z Krakowa 50 zdrowych chłopców. Tak więc kampania pochłonęła 70 procent stanu osobowego plutonu.
Zdekompletowane plutony łączono i formowano nowe. A i tak w kompaniach były tylko po dwa, trzy plutony zamiast regulaminowych czterech. Było i tak, że nawet te plutony nie miały pełnych stanów osobowych.

Nowo uformowaną kompanię przenieśli dobre pół kilometra za wieś. W szczerym polu, a raczej podmokłej łące mieliśmy tworzyć linię obrony. Kopać nie można, bo woda zalewa, a tu już początek zimy, śnieg. Zabraliśmy się do roboty. Za nami był las sosnowy. Narąbaliśmy grubych drągów i słupków. Znieśliśmy to na linię. Tu wykopaliśmy płytkie zagłębienia. Ułożyliśmy grube dyle celem podniesienia „podłogi” ponad poziom wody, zbierającej się na dnie dołu.
Na legary poukładaliśmy gęsto, jeden obok drugiego, drągi, tworząc podłogę. W czterech rogach dołu wbiliśmy kołki i na nich poukładali legary. Na legarach ułożyliśmy kołki, tak samo, jak na podłodze. Tak to mieliśmy podłogę i strop. Przestrzeń między podłogą a stropem pozwalała jedynie na wczołganie się żołnierzowi z plecakiem na plecach.
Robiliśmy tak niskie pomieszczenia, by oszczędzić na pracy przy rąbaniu i znoszenia drewna. Zresztą i czasu nie było za wiele. Schron trzeba było skończyć do rana, a tu jeszcze należało boki i przód obsypać ziemią pozostawiając małe okienko do wglądu na przedpole. Takie pomieszczenie ciepłe nie było, ale dawało schronienie przed zawieruchami śnieżnymi, które już nadciągały.

Marzliśmy okropnie całymi dniami. Nocami wychodziliśmy na placówki, do kuchni, na dalsze roboty przy okopach. Te okopy budowaliśmy w specjalny sposób. Ściany okładaliśmy darnią, by się nie obsuwały. Od strony nieprzyjaciela obsypywaliśmy dodatkowo ziemią, wzmacniając je przed przestrzelaniem pociskami. Celem zamaskowania obsypywaliśmy śniegiem.
Okopy budowało się zygzakowato, z dużą ilością załamań, zmieniających ich kierunek. Zabezpieczało to częściowo przed masowym rażeniem przez wybuchający w rowie granat. W razie wybuchu  rażeni byli tylko ci żołnierze, którzy byli na tym właśnie odcinku okopu. Pozostałych chroniły trawersy, tj. poprzeczne odcinki rowu. Tak zbudowany okop, wysokości metrowej, nakrywaliśmy dachem z drągów obsypanych ziemią. Wyglądało to na jakąś szopę. Ciepła nie było, ale z góry nie lało. Wolną ścianę zakrywaliśmy płachtami namiotowymi. Czasami próbowaliśmy palić ogniska. Ciepła one nie dawały, tylko dym nas dusił.

Jako znającego język niemiecki wysyłano mnie do sąsiedniego oddziału z meldunkami. Był to szwadron kawalerzystów węgierskich. Konie zostawili z tyłu pod opieką kilku żołnierzy, a oni pełnili służbę na pierwszej linii.
Odległość między naszymi okopami wynosiła z pół kilometra. Była to przestrzeń pusta i niestrzeżona. Przechodząc tędy, zawsze obawiałem się spotkania z Moskalami. Komendantowi Węgrów składałem meldunek po niemiecku, że u nas nic nowego. On Węgier, ja Polak, ale jakoś w trzecim języku mogliśmy się porozumieć.

Zazdrościłem tym Węgrom. Mieli ciepłe ziemianki; siedzieli  w samych koszulach. Palili w piecyku i świecili świeczkami woskowymi. Okna mieli zwrócone na tyły, by nieprzyjaciel nie dojrzał światła.
Na tej wolnej przestrzeni, między naszymi stanowiskami, nocami koledzy partiami pełnili służbę wartowniczą na placówkach.
Jednego dnia zerwała się zadyma śnieżna. Wiało nam prosto do naszego schronienia od strony nie zamkniętej ściany. Mnie się chciało spać, a tu okropne zimno. Obok na pagóreczku był wykopany dołek na stanowisko strzeleckie. Przeniosłem się do niego. Wygrzebałem śnieg i wygodnie ułożyłem się w nim. Nakryłem się kocem, a po wierzchu płachtą namiotu. Wiatr nie dokuczał, bo przelatywał górą, ponad dołkiem. Schowałem się z głową i zrobiło mi się nawet ciepło.

Zasnąłem. Było to wcześnie rano. Naraz zerwałem się, bo ktoś wpadł na mnie  i krzyczy. Co się okazało? Śnieżyca zasypała mnie równo z ziemią. Na mnie wpadł przypadkowo kolega. Wracał z menażką z kuchni. Kiedy nie spodziewając się niczego nadepnął na mnie, ja się poruszyłem. To go przestraszyło. Zresztą w takie dołki ciągle się wpadało. Kopali je Moskale, kopaliśmy i my.
Jednej nocy wracałem z menażą. Wiał ostry, lodowaty wiatr. W jednej ręce niosłem zupę w menażce, w drugiej mięso. Nagle wpadłem do takiej właśnie jamy. Aby nie wylać zupy, ratowałem się drugą ręką, w której trzymałem mięso. Przy tym mięso wypadło mi z ręki. Ciemno dookoła. Macam po ziemi. Znalazłem. Wracam do naszego poddasza. Biorę się za jedzenia, ale na szczęście popatrzyłem. W słabym świetle dochodzącym skądś ujrzałem, że to nie jest mięso...
Ustępów na froncie nie było. Żołnierze korzystali z wszelkich możliwych dołków. Koledzy jak to zobaczyli, aż się pokładali ze śmiechu. Wróciłem i znalazłem moje prawdziwe mięso.

Widząc, jak mieszkają Węgrzy, namówiłem kolegów do budowy takiej ziemianki. Z komendy przyniosłem kilofy i łopaty. Muszę tu wspomnieć, że na tyłach w lesie wybudowano osiedle. Zbudowano naprędce domy dla władz wojskowych, biura, magazyny prowiantowe i techniczne, ziemianki na kancelarie, stajnie dla koni tych ułanów, którzy stali w okopach. Jednym słowem małe miasteczko. Ludzie tam przebywający nie czuli wojny.
Wyznaczyłem miejsce na pagórku, aby było suszej. Wytyczyłem wymiary. Wzięliśmy się do roboty. Jedni kopali, inni znosili drewno. Kopać było trudno, bo ziemia zmarznięta. Ja poszedłem nosić drewno.

Poszliśmy do odległej może kilometr wsi, rozbierać zabudowania. Ja z kolegą Kustrą Piotrem z Rytej Górki nieśliśmy belkę z rozebranej ściany jakiejś chałupy. Kłóciliśmy się przy tym, bo obaj chcieliśmy nieść na tym samym ramieniu, co jest trudne, bo kloc zsuwa się i spada. Rzucaliśmy, to znów podnosili, ale w końcu donieśli. Przez noc nie dało się więcej, niż jeden raz obrócić do wsi.
W nocy we wsi widać było żołnierzy różnych formacji, rozbierających, zabudowania i wynoszących drewno na wszystkie strony. Wszyscy budowali ziemianki. Wkrótce cały Komarów został wyniesiony, nawet cerkiew rozebrano.

Kopacze nie za bardzo przykładali się do swej roboty, dlatego też prawie całą ziemiankę postawiliśmy nad powierzchnią ziemi. Nie mogła ona zbyt wysoko wystawać nad powierzchnię, toteż musieliśmy zbudować ją stosunkowo niską. Tak niską, że siedząc na plecaku dostawało się głową do powały.
Ziemianka była szeroka „na chłopa”. Leżąc, głowę opierało  się o jedną ścianę, a nogami dotykało drugiej. Wejście zasłoniliśmy płachtą namiotową. Któryś z kolegów przyniósł piecyk i było już cieplej. Zrobiło się ciaśniej od tego czasu, bo trzeba było zrobić miejsce do ustawienia tego piecyka.

Jednej nocy któryś  z dyżurujących podpalił mocniej, bo było bardzo zimno. Drzewo było suche i ogień strzelił kominkiem ponad dach. Moskale zobaczyli ogień i zaczęli strzelać. Celowali w widoczny ogień. Pociski przechodziły przez naszą ziemiankę na wylot. A wszystko to z powodu naszego lenistwa, bo nie chciało się nam całej ziemianki obsypać grubą warstwą ziemi. Części dachu nie obsypaliśmy w ogóle. Deski dachu nie stanowiły żadnej przeszkody dla pocisków. Leżeliśmy plackiem na ziemi, by nie oberwać. Cała przygoda zakończyła się szczęśliwie.
2 lutego 1916 roku był silny mróz. Koło południa zaświeciło słońce. Usiadłem za ziemianką, rozebrałem się i „tłukłem” wszy. Miałem okropnie zawszony kożuch i kamizelkę. Koledzy poradzili mi, że aby zlikwidować wszy, należy kożuch zakopać w ziemi wystawiając tylko rożek ponad ziemię. Na ten koniuszek wszystkie wszy wylezą. Zakopałem i codziennie zaglądałem czy wszy już wylazły na ten rożek. Nie wyłaziły. Kożuch zgnił i już go nawet nie wykopywałem. Pozostał razem ze wszami w ziemi. Nadeszły mrozy a ja pozostałem bez kożucha.

Jednego wieczoru, około dziesiątej, w czasie fasowania menażu z kuchni rozpoczęła się gwałtowna strzelanina. Padł rozkaz:
-  Wszyscy do okopów. Ognia.
My do karabinów, a tu żaden nie strzela. Zamki zardzewiały i nie dadzą się otworzyć. Ostatnia alarmowa sytuacja z koniecznością strzelania była dwa tygodnie temu. Była wtedy śnieżyca, sypało mokrym śniegiem. Karabiny zmokły, zimno. Nie było wtenczas ochoty, a i możliwości na czyszczenie. Karabiny położyliśmy na kupę i tak pomału rdzewiały, a my byliśmy zajęci budową ziemianki.

Wezwano nas z tymi karabinami do batalionu. Przed ranem stawiliśmy się w komendzie, która znajdowała się 4 kilometry za frontem, w głębi lasu. Tam zwymyślali nas, ile wlazło, dali nafty i kazali czyścić. Na tej robocie zastał nas dzień i do okopów nie mogliśmy już wrócić. Czekaliśmy nocy. Wieczorem dali nam białe płaszcze z kapturami Schneemantle i jazda na front.
- Vorwärtz.
Tyralierą weszliśmy najpierw na zasypaną śniegiem łąkę, a potem na  lód. Moskale wyczuli nas i dali ognia. Cofnęliśmy się, bo na lodzie nie było gdzie się ukryć. W końcu rozbiegliśmy się na wszystkie strony, gdzie kto mógł. Ostrzeliwaliśmy się.
Zaczęło dnieć. Cofając się przeszliśmy okopy, ale nie naszego pułku. Tu nas zatrzymali aż do wieczora. Niektórzy koledzy trafili na nasz pułk i swoje okopy. Ja przeszedłem okopy Węgrów, do których chodziłem z meldunkami. W kompani mieli nas za straconych, bo sądzili, że wszyscy, którzy nie wrócili, zostali wybici do nogi. Wieczorem wróciliśmy do naszej kompani.

W tym dniu, gdy nie wróciłem, któryś z kolegów wysłał list do Wesołej z wiadomością, że zginąłem. Nie wiedząc o tym, napisałem normalny list. Po jakimś czasie dostałem kartkę, bym potwierdził, że naprawdę żyję. I dopiero teraz dowiedziałem się, że  zostałem  zabity, o czym ktoś napisał do domu. A tak na marginesie, to z ostatniej wyprawy wyjątkowo wszyscy wyszli szczęśliwie. Nikt nawet  nie był ranny. Pociski przenosiły, szły górą. Nie wiadomo po co nas wysłano na ten wypad, i to na rzekę nawet nie całkiem zamarzniętą, bo nawet patrole do przeciwległego brzegu podpływały łódkami. Przypuszczam, że to była kara za zaniedbanie karabinów.

Pod koniec lutego wyprowadzili nas z okopów celem zmiany frontu. Stanęliśmy na polanie w lesie. Rozkaz stawiania namiotów. Padał mokry śnieg. Postawiłem namiot sam, bo zdobyłem gdzieś drugą połowę. Nie musiałem szukać drugiego kolegi z drugą połową namiotu.
Namiot składało się z dwu połówek, na karabin nakładało bagnet a na niego specjalną pochwę. W płachtach była specjalnie okuta dziura, przez którą przekładało się bagnet. Karabin stanowił maszt podpierający namiot. Na koniec poły namiotu obsypywało się ziemią. Miałem zrobioną przez siebie lampkę. Była to mała buteleczka z naftą i knotem. Przywiązywałem do karabinu i świeciłem sobie w namiocie.
W nocy chwycił mróz. Rano mieliśmy trudności z rozebraniem namiotów. Płótno zmoczone mokrym śniegiem zamarzło i zesztywniało. Trudno było rozpiąć kołki. Naglili do pobrania kawy i wymarszu. Zwinąłem na sztywno płachty i tak niosłem. W południe słoneczko przygrzało, płachty zmiękły i z łatwością je zwinąłem.

Na noc stanęliśmy w jakiejś wsi. Domy były spalone. Zostały tylko dwie chałupy i prowizoryczna stajnia dla koni. Mróz robił się coraz bardziej siarczysty. Umieściłem się w jednej z chałup. Było ciepło. Aż tu przychodzi dowództwo na kwaterę i wypędzili nas z izby.
Ulokowałem się w sieni. Mróz szczypał w ręce i uszy. Znalazłem trochę słomy, podścieliłem sobie bluzę, spodnie i onuce. Rozebrałem się do bielizny. Koledzy śmiali się ze mnie, że rano wyniosą mnie skostniałego. Naciągnąłem czapkę na głowę i uszy. Nakryłem się z głową kocem  i płaszczem. Spałem do rana, było mi ciepło. Koledzy biegali po sieni, bo zmarzły im nogi. Teraz ja śmiałem się z nich, ubierając się spokojnie. Onuce mi wyschły. Najgorzej było spać w butach i ubraniu. Rano, jeszcze po ciemku wypiliśmy kawę i w drogę.

Mieliśmy kłopot z kuchnią, bo koła jej pod wpływem ciężaru głęboko wtopiły się w lód, a następnie przymarzły, że w żaden sposób nie można było jej ruszyć.
Pod wieczór zajęliśmy okopy po zluzowanych jednostkach. Te okopy były wygodne, trawersy wysokie na chłopa. Można było swobodnie przechodzić. Nawet pewnego razu odwiedził nas minister wojny i przeszedł front na znacznej długości.
Na froncie panowała cisza. Ziemianki były ciepłe i wygodne. Mieliśmy składany z blach piecyk. Ziemianka miała okienko z jakąś szybką, a wejście zasłanialiśmy kocem. Do leżenia były zrobione prycze z drągów. Nie były wygodne, bo gniotły w plecy i biodra, ale przyzwyczailiśmy się. Obiady przynosili   w południe, a na śniadanie i kolację dawali kawę konserwową. Gotowaliśmy sobie na piecyku, oczywiście tylko w nocy, by nie było widać dymu.
Na froncie było spokojnie. Wcale nie mieliśmy wrażenia, że to wojna. Wyglądało to na jakiś obóz ćwiczebny.

Odwiedzaliśmy sąsiednie kompanie. Rowami strzeleckimi chodziliśmy do lasu po żerdzie brzozowe (bo tu tylko brzozowe lasy były) i rąbali na opał. Wokół każdej ziemianki było narąbane i ładnie poukładane drewno, jak przy dobrym gospodarstwie. Brzoza surowa paliła się bardzo dobrze. Nie zawsze chciało się nam nosić drzewo rowami, bo trzeba było pokonywać daleką drogę. Natomiast „na wprost” było najwyżej jedna trzecia drogi. Czekaliśmy do wieczora i szli na skróty.

Jednego razu, już pod wieczór, wybrałem się do lasu. Trochę się zamgliło, nie miałem cierpliwości czekać, aż się całkowicie ściemni. Wybrałem się z żerdzią na ramieniu w drogę powrotną  na wprost. Liczyłem na to, że Rosjanie mnie nie wypatrzą. Aż tu słyszę bzykanie koło mnie. Strzały było słychać bardzo słabo. Rzuciłem się na ziemię. Nic nie pomogło, kule nadal świszczą. Do okopów miałem ze 30 kroków. Zerwałem się z żerdzią na ramieniu i biegiem ile sił. Byłem już na nasypie rowu strzeleckiego, tylko się rzucić do rowu. Kulka bzyknęła mi koło ucha, poparzyła ucho i utkwiła w żerdzi. Ja w tym momencie wpadłem do okopu i leżę. Koledzy przybiegli, stanęli nade mną i mówią:
-  Chyba zabity?
Podniosłem się cały i zdrowy, ale dobrze przestraszony.
Przede wszystkim postawili mnie do raportu karnego za nieprzestrzeganie ostrożności. Nieprzyjaciel przecież mógł się zorientować, że tutaj znajduje się zgrupowanie żołnierzy i mógł zacząć strzelać granatami.

Obiad i cały fasunek był dostarczany rowami strzeleckimi. Często chodziłem po ten fasunek, bo po drodze można się było najeść sucharów lub chleba. Suchary i chleb brało się w płachtę namiotową i taki tłumok zarzucało na plecy. W drodze powrotnej jedną ręką przytrzymywałem bagaż, a drugą przez dziurę wyciągałem suchary lub skubałem chleb.
Pewnego razu wypadło mi nieść kocioł z zupą. Kocioł był duży, musiało go nieść dwóch żołnierzy. Przez uszy kotła przekładało się żelazny drąg. Przy niesieniu trzeba było często zmieniać ręce.  Aby skrócić sobie drogę i nie dźwigać tyle tego kotła postanowiliśmy pójść po odkrytym terenie na wprost. Kiedy odeszliśmy nieco od lasu, Rosjanie zaczęli bić do nas szrapnelami. Kulki dzwoniły po kotle, cudem omijając nas. Kocioł był ocynkowany i świecił w słońcu, co stanowiło dobry cel do strzelania. Prędko wycofaliśmy się do lasu i poszli rowem, jak to było nakazane. Naprawdę mieliśmy dużo szczęścia, że wyszliśmy z tego cało.

Pewnego razu przyszedł feldfebel (szef kompani) wybrać ochotników. Zgłosiłem się. Lubiłem chodzić na patrole, bo siedzenie w okopie bardzo niecierpliwiło mnie. Miałem wrażenie, że cały czas czeka się na granat. Wyjście na patrol było może niebezpieczne, ale dawało poczucie wolności.
Tymczasem to nie było na patrol. Kazał zabrać ze sobą wszystkie rzeczy i broń, i zgłosić do batalionu. Było nas wszystkich piętnastu żołnierzy z różnych kompani. Nic nie mówili, tylko wskazali ziemiankę i kazali przenocować. Rano zaprowadzono nas na tyły frontu na odległość kilku kilometrów, gdzie mieliśmy przejść przeszkolenie  w obchodzeniu się z granatami ręcznymi. Na kwaterę dali nam ziemiankę, gdzie było z pół metra wody. Na prycze skakaliśmy po drągach. Na posiłki chodziliśmy na polanę, gdzie miały postój podwody. Na polanie była wybudowana stajnia. Kuchnia, która należała do podwód karmiła i nas  kursantów. Było tu wesoło, jakby wojny nie było. Konie były dobrej kondycji, były nawet źrebięta.

Kurs trwał 5 dni. Na kursie uczono nas rzucania granatów ręką i wystrzeliwania z karabinów. Oczywiście granaty ćwiczebne były puste.
Sztuka rzucania ręką polegała na tym, by granat rzucić jak najdalej i jak najcelniej, i to w takim czasie by nie eksplodował on w ręku. Granat brało się do prawej ręki, lewą wyciągało się zawleczkę połączoną z zapalnikiem. Odliczało się wolno w równych odstępach: „21,22,23,24” i rzucało granatem, który winien wybuchnąć w chwili padania na ziemię. Jeśli liczyło się nerwowo, ze strachem, że granat wybuchnie w ręce i szybko wyrzucało, to przeciwnik mógł zdążyć odrzucić i porazić wybuchającym granatem tego, kto go wyrzucił.

Do wystrzeliwania granatu używało się specjalnego pręta stalowego i specjalnych naboi, ładowanych ekrazytem. Pręt wkładało się do lufy, tak głęboko, by padł na nabój ekrazytowy. Na drugi koniec pręta przykręcało się granat wielkości gęsiego jajka. Klękało się na prawe kolano, koło którego stawiało się tak załadowany karabin. Przy wystrzale wybuch wyrzucał wysoko pręt z granatem. Był do tego specjalny celownik, który nastawiało się na odpowiednią odległość. Spadający granat uderzał w ziemię i wybuchał. Ćwiczenia z granatami ostrymi, tj. wypełnionymi materiałem wybuchowym odbywały się przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności.

Z karabinem poszło mi jako tako, gorzej było z rzucaniem ręką. Do tego nie miałem zdolności. Nawet jako chłopiec nigdy nie rzucałem kamieniami, bo się jakoś wstydziłem. Rówieśnicy rzucali daleko.
Z granatem bojowym usadowiłem się w okopie. Wziąłem granat do prawej ręki. Lewą trzymałem za sznurek połączony z zapalnikiem. Kiedy szarpnąłem za sznurek, granat zaczął syczeć. Nastraszyłem się, że mi wybuchnie w ręku. Liczyłem szybko, bez odstępu czasu 21,22,23,24 i rzuciłem granat, ale niedaleko, przed okop. Prędko schowałem się i czekałem na wybuch. Coś to czekanie wydało mi się za długie. Już chciałem wychylić głowę z okopu i zobaczyć, czy może zgasł i nie wybuchnie, a tu wybuch. Obsypało mnie ziemią i ogłuszyło, bo granat padł nie dalej niż 10 kroków ode mnie. Dostałem naganę od instruktora, który mi wyjaśnił, że tak wcześnie rzucony granat nieprzyjaciel mógł odrzucić i pozabijać mnie i moich kolegów.

Kiedyś całą noc byłem na obchodzie i przyszedłem już nad ranem. Byłem głodny, więc przystąpiłem do gotowania kawy. Przed okopem od strony Moskali, w jakimś zagłębieniu na łące zbierała się woda. Jak to na wojnie, była dobra do gotowania. Do tej „studzienki” prowadziła linia nasypu powstała z wykopanego rowu. Chronić to miało przed wzrokiem nieprzyjaciela.
Zdawało mi się, że mnie Rosjanie nie dojrzą, bo był wczesny i mglisty ranek, więc wybiegłem na wolną przestrzeń po wodę. Kiedy byłem koło dołka, położyłem się na ziemi i zacząłem pić, bo miałem pragnienie. Aż tu naraz  zaczęły koło mnie bzykać kule. Moskale wypatrzyli mnie.

Nabrałem wody do menażki i uciekłem w bok do okopu. Rów dochodził do płaskiej łąki. Dalej do wody trzeba było iść nie osłoniętą przestrzenią. Moskale zmienili kierunek ostrzału tak, że pociski poczęły mnie doganiać. Już byłem   w rowie i zsuwałem się po pochyłości, gdy jedna kula przebiła mi menażkę, a druga uderzyła  w pierś. Upadłem tak, że nieprzyjaciel nie mógł mnie już dojrzeć.
Koledzy podsunęli się do mnie myśląc, że jestem zabity lub ciężko ranny. Ja także miałem takie uczucie. Zaciągnęli mnie do ziemianki i pytają, gdzie jestem ranny. Nie mogłem wykrztusić słowa i tylko pokazywałem na piersi. Szybko porozpinali mi bluzę, ale rany nie znaleźli. Natomiast znaleźli dziurę w płaszczu po wyrwanym z suknem guziku. Kula trafiła w ten guzik.
Dostała mi się dobra porcja reprymendy od starszych kolegów. Mówili, że ja mam zawsze jakieś ekstrawaganckie wyskoki. Moskale jeśli już strzelają, to strzelają tylko przeze mnie. Mówili, że jeszcze ściągnę jakieś nieszczęście na kompanię. Już mi się udało trzy razy uciec spod kul,  a może kiedyś się nie udać. Przyznałem im rację. Już do wieczora  z nerwów nic nie zjadłem.  Bo prawdę powiedziawszy, to naprawdę miałem szczęście, trzy razy uszedłem z życiem (nie licząc zagrożenia w walce).

Nie licząc drobnych incydentów, to można było powiedzieć, że na froncie panował spokój. Moskale nie dokuczali nam, a my im. Graliśmy w karty, śpiewali, bili wszy, a tych było moc. O wojnie nawet nie myśleliśmy. Odwiedzaliśmy ziemiankę obok. Zakwaterowana tam była druga połowa naszego plutonu, tj. dwie sekcje (drużyny). Komendantem tam był kapral jednoroczniak (kapral z cenzusem), student gimnazjalny, Austriak. Nie znał on kompletnie języka polskiego. Dla niego była osobna prycza. Stale na niej leżał, a że go gryzły wszy kazał się żołnierzom drapać. Wołał:
Sowa, komm her, kratzen, kratzen.
U Rosjan też było wesoło. Dochodziły nas śpiewy i głosy harmonijki.

Z powodu braku szarży, ja pełniłem funkcję Auffürera (rozprowadzającego). Byłem z mojej funkcji zadowolony, bo sam nie musiałem pełnić służby wartowniczej. Nie musiałem stać na posterunku przed okopami, koło zasieków z drutów kolczastych, a w dzień w samych okopach. Musiałem tylko uważać, by nie zasnąć, bo co godzinę była zmiana. Pogoda był zmienna; śnieżyca, wichry, deszcze, a ja na zmianę co godzinę rozprowadzałem i siadałem koło ciepłego pieca. Taką służbę pełniliśmy co drugi dzień na zmianę z sąsiednią ziemianką. Mieliśmy wyznaczony wspólny odcinek do pilnowania.

W nocy alarm. Służbę pełniła sąsiednia ziemianka. My zaspani, wybiegliśmy na swoje stanowiska, oznaczone tabliczkami z napisami. Jako rozprowadzający chodziłem i ustawiałem kolegów  za wałem ochronnym. Był on tak wysoki, że za nim nawet w dzień można było swobodnie chodzić.
Zaczęliśmy strzelać na pewnym odcinku. Przed nami coś się paliło, aż zrobiło się jasno. Poszła plotka, że Moskale atakują. Artyleria nasza zaczęła się odzywać, ale nad ranem ucichła. Pożar spowodowała rakieta świetlna. Pomiędzy liniami była rzeka Styr z brzegami porośniętymi trzcinami i trawami. To one zapaliły się od rakiety.

Jednego ranka ściągnąłem przednie posterunki, zmieniłem wartę wewnętrzną i położyłem się spać. Naraz strzelanina i alarm. Wybiegliśmy na swoje stanowiska. Co się okazało? Dwie sarny pędziły między liniami. Wartownicy do nich strzelali. Rosjanie także. Ale sarny miały szczęście. Przeskoczyły wał ochronny i pomknęły w las.

 
Odcinek poprzedni - cz. VII
Odcinek następny - cz. IX