Drukuj
Styczeń 2010 autor: Jarosław Kolasiński

Było się wtrącać, panie Menzel!

operacja_dunaj Operacja Dunaj
prod. Czechy, Polska 2009
reż Jacek Głomb
występują: Jiri Menzel, Maciej Stuhr, Tomasz Kot, Zbigniew Zamachowski

 W odróżnieniu od swego polityczno-militarnego pierwowzoru z roku 1968, filmowa inwazja autorstwa Jacka Głomba okazała się fiaskiem. Reżyser popełnił Operację Dunaj, by do Czechów się uśmiechnąć, wyciągając jednocześnie rękę do porozumienia. Nie udało się ni jedno, ni drugie.

Tak się paskudnie składa, że 41 lat temu to nie nam, ale my udzieliliśmy braterskiej pomocy i z nagiego tego faktu wynika, że kręcenie o tym filmu jest stąpaniem po cienkiej linie. Jeśli zaś tworzy się komedię, lina staje się ledwie cienką nitką. By z niej nie spaść, albo trzeba sprokurować obraz wywołujący nieprzerwane salwy śmiechu, albo też (to bym wolał z uwagi na temat) z całą konsekwencją "pójść w komediodramat".

W gatunku tym nasi południowi sąsiedzi są mistrzami świata i wydawało mi się (aż do premiery), że czeskie "wsparcie ogniowe" dla Operacji… było na tyle znaczne, że powinno gwarantować sukces na wszystkich frontach. W końcu zaangażowano śmietankę czeskich aktorów oraz twórcę oskarowych Pociągów pod specjalnym nadzorem jako "opiekuna artystycznego". Okazało się wszakże, że albo najlepsze dni Jiří Menzel ma już za sobą, albo też faktycznie opiekował się filmem zaledwie "poniekąd", mało się w cokolwiek wtrącając, poprzestając na pilnowaniu czeskiej części. Tylko jak to się stało, że jego rodacy są w filmie tak stereotypowi, że aż zęby diváka bolą? Ba! Zamiast jak w komediach z górnej półki kpić ze stereotypów, film J. Głomba pielęgnuje je i utrwala. Po co? Czy koniecznie akurat w kinie trzeba utwierdzać się w "słusznym" przekonaniu, iż "pepiki" to jowialne piwożłopy, obywatele państwa pozbawionego bohaterskiego "mitu założycielskiego", że tchórze, że im się bić nie chce nawet o własną niepodległość, gdyż zakłóca to święty spokój i oberwać przy tym można, a na domiar złego piwo się wylewa na knedliki? Przecież my to "doskonale wiemy" i bez tego filmu… No, ale może to ofiara złożona na ołtarzu humoru?

Niestety p.o. komedii film Głomba nie śmieszy, a powinien. Mentalności obu pojawiających się w Operacji Dunaj nacji na tyle są odmienne, że sam ich kontrast to istny samograj, kopalnia bezpretensjonalnego ożywczego humoru. Jednakże twórcy Operacji Dunaj kopalni tej nie odwiedzili, w najlepszym razie – przechodzili nieopodal, zmierzając do koszar, z których to właśnie pochodzi (z wszelkimi tego konsekwencjami) humor ich dzieła. Nobilitowana w Psach "kurwa" na ścieżkach dźwiękowych w polskim kinie króluje. Wojskowy język to nie wykłady prof. Miodka, jednakże koszarowy humor z wyższej półki (istnieje, istnieje!) to coś więcej, niż bluzgi oraz rżnięcie w przepoconych mundurach na skrzynce z amunicją. Przyznającemu się do fascynacji czeskim kinem Głąbowi gorąco polecam Czołgowy batalion (wg Skvorecky’ego) – piękny przykład udanego czeskiego mariażu humoru wprawdzie koszarowo-przaśnego, lecz przyprawionego stosowną szczyptą refleksji, podanego w oparach erotyki w wydaniu nieodstręczającym. Szkoda, że tym tropem reżyser nie poszedł.

Wracając z polskich koszar do czeskiej gospody – nie można nie zauważyć, iż filmowi Czesi są mdli, "tacy jacyś nijacy". Winy za to nie da się zrzucić na znakomitych aktorów, znanych choćby z przejmującego (ale i pobudzającego do rechotu) Pupendo. Obawiam się, że zawinili scenariusz i jego "wykonawca" – o ile bowiem Eva Holubova mimo wszystko zdążyła pokazać pół lwiego pazura, to Bolek Polivka przemknął przez ekran zupełnie chyłkiem. Mam wrażenie, że na Czechów i pokazanie ich racji polskiej taśmy zabrakło. Nie musiało.

Twórcy filmu – jak wyjaśnia w rozmowie z red. Urbankiem – przyświecała maksyma: prawda nie może stać na drodze opowiedzeniu ciekawej historii. Wszystko co prawdopodobne (czyli jeśli "nie pojawiają się na przykład kosmici"), jest dozwolone. Słusznie. Sęk w tym, że w Operacji Dunaj kosmici przecież wylądowali: pani major LWP Grążlowa (skądinąd świetnie zagrana) oraz jej niższy stopniem małżonek (skądinąd zagrany słabiutko). Kobieta dowódcą czołgów w armii Układu Warszawskiego? Łatwiej jednak było wówczas spotkać ufoludka z zielonej krwi i takichże kości. Toporny mocno wątek erotyczno-służbowych potyczek tych państwa jest do filmu ni przypiął, ni przyłatał. Aż się boję, że miał ściągnąć do kin tę część kobiecej widowni, która na Lejdis zarykiwała się tym głośniej, im bardziej "samiec-jej wróg" okazywał się safandułą i im dosadniejszym językiem jakaś dzielna siostra to z ekranu komentowała. Może coś śmieszyć bardziej ? A jeszcze kiedy się po drodze uda "półzgwałcić" samca, a jak to "kurwą" na całe kobieco-wyemancypowane gardło szczerze i z porażającym wdziękiem ozdobić… Zabawa – palce lizać.

Taśmę zaoszczędzoną na wspomnianym wątku – bardziej wymagająca część kobiecej widowni doceniłaby to z pewnością – spokojnie można było oddać Holubovej i Polivce z wielką dla filmu korzyścią. Tymczasem w Operacji Dunaj Czesi gdzieś tam są, a jakoby ich nie było. Gdzieś zaginęli cywile, którzy w 1968 stawiali zawzięty opór bratnim armiom, pojawiają się zaledwie w 3 (słownie: trzech) scenkach: demontażu drogowskazu, obstrukcji  sklepowego ekspedienta oraz wtedy, gdy pod biwakiem polskich czołgów pojawia się milcząca pikieta. Widać ją tak krótko, że nie sposób odczytać transparentów, no ale przecież ważniejszy był pijany polski oficer oraz "ruchal" żrący szklankę. Filmowi Czesi nie potrafią nawet zmontować radiostacji, podczas gdy w rzeczywistości polowanie na mnogie nielegalne czeskie nadajniki było jednym z głównych zajęć naszych tam wtedy żołnierzy. Komedia nie jest oczywiście wykładem historii, ale jak się z Czechami jednać, marginalizując jednocześnie ich narodową traumę roku 1968?

Polsko-czeskie "kochajmy się" ma się w Operacji Dunaj jeszcze gorzej niż humor, choć do pojednania, a jakże, dochodzi i to ekspresowego (ponoć czeskiej widowni wątek ten "podoba się szczególnie"): młoda Czeszka powodowana eugenicznym przekonaniem, że "dziecko z cudzoziemcem jest zdrowsze",  z prędkością błyskawicy zabiera się za uprawianie seksu z okupantem. Ciekawa rzecz, Polki na naszych filmach z reguły są przez okupantów gwałcone, a tu proszę – jaka zabawna scenka. Jeśli "kino pojednaniowe" z czasem się rozpleni, to pewien jestem, że moi sąsiedzi z widowni wrocławskiego kina "Helios" pękać będą ze śmiechu również oglądając pojednawcze filmowe uśmiechy do Polaków kręcone przez Niemców, Rosjan i Ukraińców. Głowę dam, że brawurowe sceny erotyczne z udziałem "błyskawicznych" Polek oraz ogierów z Wehrmachtu, UPA i NKWD zrobią u nas furorę.

To banał, ale gdy ktoś chce kogoś przeprosić, najlepiej ocenić efekty po reakcjach strony przepraszanej. Tymczasem nawet pobieżna lektura czeskich recenzji internetowych (a jeszcze bardziej dyskusje pod nimi) stawia czytelnikowi włosy na głowie. Można na ich podstawie stworzyć czesko-polski słownik określeń recenzyjno-pejoratywnych: ubohé gagy, ploše napsané postavy hraničící s karykaturami; schematické a stereotypní wyobrazení […] až se člověku chce křičet DOST; humor primitivně sazí na vulgarismy létající z úst hvězd; nuda, zoufalství, bezzubost; neuvěřitelně naivní a hloupá agitka o míru. Stwierdza się też, że wielkie nazwiska nie uchroniły filmu od porażki i proponuje jednocześnie nominowanie (już w sierpniu!) Operacji Dunaj do nagrody dla najgorszego filmu roku. [warto poznać m. in. recenzje Kateriny Vitkovej z portalu www.koule.cz oraz Marigold z portalu http://film.moviezone.cz]

Jest pewne, że za film J. Głomba Czesi nas nie pokochają, zresztą nie kochali nigdy. Stosunki polsko-czeskie (również te nieoficjalne) mają to do siebie, że my ich traktujemy z pogardliwą często wyższością (co uważa się w Czechach za żałośnie bezpodstawne), oni zaś kompletnie nie są nami zainteresowani (co nas zdumiewa i irytuje). Jacek Głomb oczekiwał zapewne, że jego film sytuację tę leciutko choć zmieni.

I być może tak się stanie. Tylko, wbrew intencjom, wcale nie na lepsze. Chcieliśmy się z Czechami pośmiać i pojednać, a oni zamiast zarechotać i naszą wyciągniętą dłoń z wdzięcznością uścisnąć – drwią, kpią i wybrzydzają. Na szczęście – jeśli zajdzie taka konieczność – zawsze możemy się na nich obrazić. Tylko co nam z tego przyjdzie, skoro naszych dąsów nikt nad Wełtawą nie zauważy, bo i po co?