Drukuj
Maj 2010 autor: Teresa Monika Rudzka

Ręcznik, czyli z pamiętnika bibliotekarki - odc. 4

 

Papiery, papiery*…


Skarga
Dyrekcja Miejskiej Biblioteki Publicznej
Dotyczy: filii nr 32

Niniejszym przedstawiam następujące fakty: dnia 7 maja 2008 udałem się do wspomnianej filii, celem pożyczenia książki Paulo Coelho "Pielgrzym", niezbędnej mojej córce licealistce do napisania wypracowania szkolnego. Zaznaczam, że zarówno ja, jak i moja córka Magda, jesteśmy czytelnikami filii od wielu lat. Wypożyczone książki oddawaliśmy zawsze w terminie i nie skarżyliśmy się na braki w ofercie bibliotecznej oraz zachowanie bibliotekarek. Nie jesteśmy ludźmi małostkowymi i rozumiemy rzeczywistość, jaka nas otacza i która, siłą rzeczy, ma wpływ na pracę ludzi zatrudnionych w podległej Dyrekcji jednostce. Niemniej, wspomnianego 7 maja w filii nr 32 miały miejsca zdarzenia, nad którymi nie można przejść łatwo do porządku dziennego. Zważywszy na to, że biblioteka utrzymywana jest z naszych podatków, prosimy szanowną Dyrekcję o ustosunkowanie się do wniesionej skargi. Chcę dodać, że moja córka nie mogła osobiście przyjść, będąc chora na zatoki.
Najpierw długo stałem w kolejce na schodach. Byłem zdziwiony, gdyż ostatni raz widziałem coś takiego w 1988 roku, w sklepie papierniczym, kiedy nadeszła dostawa papieru toaletowego. Szybko się zorientowałem, że sztuczny tłok powoduje bibliotekarka Tarankiewicz Izabela, śmiejąc się i flirtując z każdym kolejnym mężczyzną. Moje zdumienie minęło i przeszło w gniew. Tym bardziej, że bibliotekarka Tarankiewicz kilka razy odchodziła ze stanowiska pracy, celem zapalenia papierosa w toalecie. Po dłuższym czasie nadeszła moja kolej, więc poprosiłem panią Tarankiewicz o "Pielgrzyma" Paulo Coelho. Ta osoba wytrzeszczyła na mnie oczy i wrzasnęła: "nie ma, nie wiem, kiedy będzie". Jednocześnie lekceważąco rechotała. Pomijając kwestię niekulturalnego zachowania, usłyszałem ewidentną nieprawdę. Widziałem bowiem na własne oczy, jak Tarankiewicz Izabela wyciągnęła spod lady kilka egzemplarzy wspomnianej książki i wypożyczyła ją swoim znajomym. Nie po to walczyliśmy o wolność, żeby utrzymywać komunistyczne zwyczaje. Nie będę się zniżać do nawiązania bliższej znajomości z panią Tarankiewicz, kupowania jej prezentów i mówienia komplementów, żeby łaskawie raczyła wypożyczyć potrzebną książkę, co zarówno mnie, jak i mojej córce Magdzie, należy się jak psu zupa. Zaznaczam, że moja córka bierze udział w olimpiadzie polonistycznej, i pożyczanie książek nie jest dla niej kaprysem.
Oczekujemy odpowiedzi.

Z poważaniem
Ostrowski Zdzisław


W odpowiedzi na skargę Pana z dnia 7 maja 2008, Dyrekcja Miejskiej Biblioteki uprzejmie informuje, że podaż książki Paulo Coelho "Pielgrzym" jest mniejsza od popytu. Brakuje nam środków, żeby zakupić większą ilość egzemplarzy. Bibliotekarka Tarankiewicz Izabela wyjaśniła, że celem zaspokojenia potrzeb jak największej ilości czytelników, wprowadziła zapisy na pożyczanie owej książki. Osoby, które ją otrzymały na pańskich oczach, odczekały przedtem dłuższy czas w kolejce.
Takie postępowanie jest zgodne z obowiązującymi przepisami.
Odnośnie nie przestrzegania zasad kulturalnego zachowania się wobec Pana, zwrócono bibliotekarce Tarankiewicz Izabeli ostrą uwagę, z jednoczesnym ostrzeżeniem, że w przypadku powtórzenia się podobnych nieprawidłowości, zostaną wyciągnięte dalsze wnioski służbowe.

Z poważaniem,
dyrektor mgr Maksymilian Traciuk

 

*

Skarga
Dyrekcja Miejskiej Biblioteki Publicznej
Dotyczy: filii nr 32

Szanowny Panie Dyrektorze!
16 czerwca br., w filii nr 32, przy stanowisku obsługi czytelników byłam świadkiem, jak niejaka pani Żywia Radzińska wyśmiewała się z ludzi czytających – jej zdaniem – tandetę literacką. Wtórowała jej głośno pracownica Alicja Burczyk. Tym samym, w bardzo nietaktowny sposób dowiodły braku tolerancji, profesjonalizmu zawodowego i znajomości rzeczy. Jestem emerytowaną nauczycielką, grubo po osiemdziesiątce, na swoim koncie mam wiele osiągnięć zawodowych, w tym zasługi w tajnym nauczaniu z czasów okupacji. Pracowałam w oświacie już jako młodziutka dziewczyna. Pomagałam w organizowaniu szkolnictwa zaraz po wojnie. Te, w porównaniu ze mną, smarkule, nie powinny się zachować w opisany sposób. Nie jestem antysemitką, lecz sądząc z imienia, pani Radzińska jest wyznania mojżeszowego. Być może różnice kulturowe nie pozwalają jej na zrozumienie upodobań czytelniczych ludzi innej wiary i pochodzenia. Przy okazji nadmieniam, iż bibliotekarka Radzińska przedłuża obsługiwanie czytelników, wdając się z wieloma z nich w rozmowy na tematy literackie. Biblioteka to nie salon kulturalny. W obecnej epoce nikt nie grzeszy nadmiarem czasu; każdy chce prędko załatwić swoją sprawę i wyjść.
Muszę dodać, że i pani Żywia Radzińska, i pani Alicja Burczyk ubierają się ekscentrycznie i wyzywająco, a na domiar złego malują się i używają bardzo mocnych perfum. Nie licuje to z godnością zakładu pracy. Podczas moich ostatnich odwiedzin w filii nr 32, pani Burczyk miała w uszach, nosie i nad górną wargą metalowe kolczyki. Podobny wygląd przystoi najwyżej jakiejś ekstrawaganckiej piosenkarce, natomiast u bibliotekarki świadczy o lekceważeniu czytelników.
Czekam na wyjaśnienia.

Z poważaniem,
Helena Zaleska


W odpowiedzi na list szanownej Pani, opisującej sytuację, mającą miejsce w filii nr 32 16 czerwca 2008, Dyrekcja Miejskiej Biblioteki Publicznej wyjaśnia, co następuje:
– Paniom Alicji Burczyk i Żywii Radzińskiej polecono nie komentować upodobań czytelników.
– Pani Żywia Radzińska jest obywatelką Rzeczypospolitej Polskiej, a jej imię ma słowiańskie pochodzenie.
– Dyrekcja pochwaliła obie bibliotekarki za staranny wygląd, co świadczy o szacunku dla miejsca pracy. Jednocześnie dyrekcja poprosiła, żeby wymienione panie ubierały się i malowały w sposób bardziej stonowany, oraz zrezygnowały z perfum, mogących powodować alergie. Pani Burczyk z własnej inicjatywy wyrzekła się metalowych kolczyków, ponieważ – jak powiedziała – nie pasują do jej stylu.
– Dyrekcja uważa, że biblioteka powinna również pełnić rolę salonu literackiego, krzewić czytelnictwo i kulturę, co spontanicznie robi pani Radzińska. Do sprawowania wszechstronnych funkcji, niezbędny jest dodatkowy personel, a na jego zatrudnienie brak nam środków. W związku z tym, zalecono pani Żywii Radzińskiej skrócenie rozmów z czytelnikami, ewentualnie prowadzenie ich w warunkach, kiedy w filii przebywa niewiele osób.
Sądząc, że powyższe wyjaśnienia usatysfakcjonowały Panią, zapraszam do odwiedzania naszej biblioteki i pozostaję z poważaniem.

Dyrektor mgr Maksymilian Traciuk

*

Skarga
Dyrekcja Miejskiej Biblioteki Publicznej
Dotyczy: filii nr 32

Z ubolewaniem muszę napisać o tym, co się dzieje w filii, do której uczęszcza cała moja rodzina. Jesteśmy, niestety, zmuszeni do przeniesienia się gdzie indziej. Od dłuższego czasu, a ściślej mówiąc, od marca tego roku, przed wejściem do filii siedzi duży pies. Wygląda na rottweilera i nie nosi kagańca. Ja sam, moje dzieci, i, jak zauważyłem, również inne dzieci boją się zaatakowania przez zwierzę. Wprawdzie pies zachowuje się przyjaźnie, merda ogonem i doprasza się głaskania, lecz wszyscy wiemy, jak nieobliczalne potrafią być rottweilery. Żadna z bibliotekarek zatrudnionych w filii nie przyznała się do jego posiadania. Pani Izabela Tarankiewicz stwierdziła jedynie, że skoro im pies nie przeszkadza, czytelnicy też nie powinni zwracać na niego uwagi. Tym bardziej, iż to łagodne stworzenie. Przepraszam, lecz skąd osoba zajmująca się na co dzień książkami może autorytatywnie wypowiadać się na tematy, będące domeną weterynarza? Kilka razy byłem świadkiem sceny, kiedy kierowniczka filii, mgr Gorzym Grażyna, karmiła psa kanapkami i szynką, zachęcając go tym samym do nieopuszczania tego miejsca. Usiłowałem porozmawiać na ten temat z mgr Gorzym, lecz kilkakrotnie zbyła mnie lekceważąco. Raz zetknąłem się z panią Gorzym na skwerku przed biblioteką. Niestety, nie dała mi dojść do słowa. Krzyknęła "innym razem", przyspieszyła kroku i wsiadła do jakiejś limuzyny. Jeżeli osoba, odpowiedzialna za powierzoną placówkę, nie dba o jej elementarne bezpieczeństwo, mogę jedynie prosić Dyrekcję o interwencję w tej sprawie, zanim nie będzie za późno. Wiadomo nam wszystkim, że dopiero, kiedy zdarzy się wypadek, na scenę wkracza policja, prokurator, gazety i telewizja.

Z poważaniem
mgr nauk historycznych Ryszard Dejdziuch


W odpowiedzi na pańską skargę, Dyrekcja Miejskiej Biblioteki Publicznej wnikliwie zbadała przedstawioną sytuację. Mgr Grażyna Gorzym jest naszym wieloletnim, sumiennym i kompetentnym pracownikiem. Wtedy, na skwerku, nie mogła poświęcić Panu uwagi, ponieważ spieszyła się na przegląd biblioteczny. Pies, istotnie rottweiler, należał do właściciela mieszczących się obok filii nr 32 delikatesów spożywczych "Przysmak". Ów człowiek, Marek Zając ma skłonność do alkoholu; wpada on nawet w tzw. pijackie "ciągi". Dowodem tego jest sprawa sprzed dwóch tygodni, kiedy Marek Zając był pijany do tego stopnia, iż zaspał. Pracownice delikatesów siedziały wtedy na schodkach, ponieważ Zając nie udostępnił im kluczy do sklepu. Nasze bibliotekarki zaprosiły je do filii, żeby dziewczyny mogły się ogrzać i wypić coś gorącego. Nic dziwnego, że Zając nie był i nie jest w stanie opiekować się psem, a ten postanowił sam o siebie zadbać. Rozumiem doskonale Pańskie racje; przekazałem je kierowniczce filii. Mgr Grażyna Gorzym przeprosi Pana za wszelkie niedogodności związane z obecnością psa. Z przyjemnością zawiadamiam, że rottweiler Caro jest obecnie jej własnością i przebywa u niej w domu. Pani Gorzym dawno chciała przygarnąć zwierzę, musiała jedynie załatwić to oficjalnie z jego poprzednim właścicielem, a także przekonać własnego męża o celowości tego kroku.

Z poważaniem,
dyrektor mgr Maksymilian Traciuk

*

Wniosek
Dyrekcja Miejskiej Biblioteki Publicznej
Dotyczy: filii nr 32

W związku z organizowaną w naszej szkole akademią na zakończenie roku, potrzebowaliśmy fragmentów książek, wierszy i piosenek w formie dźwiękowej. Udaliśmy się w tym celu do pani bibliotekarki Haliny Zaborek, prowadzącej w filii dział książki fonicznej. Nasza lista zawierała sporo pozycji i pani Zaborek miała przerażoną minę. Kazała nam przyjść za dwie godziny. Przekonani, iż, jak niemal wszystko w tym kraju, zamówienie okaże się niemożliwe do zrealizowania, albo będzie wykonane byle jak, doznaliśmy szoku. Bibliotekarka Halina Zaborek znalazła wszystko, o co prosiliśmy. Mało tego, zapakowała nam całość w dwa ogromne pudła. Nie należy to zapewne do jej obowiązków, nadto, ponieważ książki są nagrane głównie na starych, szpulowych, ciężkich i zajmujących dużo miejsca kasetach, stanowiło to problem czysto techniczny. Dlaczego właściwie biblioteka nie dysponuje nagraniami na płytach CD?
Pani Halina Zaborek życzyła nam udanej akademii i pomachała ręką na pożegnanie. Stwierdzamy, że taka obsługa powinna być wzorem dla innych bibliotek. Zaangażowanie i uprzejmość wspomnianej bibliotekarki, zasługują na pochwałę i podwyżkę. Dyrekcja Biblioteki powinna awansować panią Zaborek na wyższe stanowisko.
Serdecznie dziękujemy.

Przewodniczący Rady Rodziców Szkoły Podstawowej nr 67
mgr Jerzy Wiatrowski i in.


W odpowiedzi na państwa wniosek wyjaśniam, że pani Halina Zaborek została oficjalnie pochwalona przez Dyrekcję Biblioteki. Rozważa się jej awans, lecz niestety, na podwyższenie poborów nie mamy środków. Brakuje ich również na zakupienie księgozbioru nagranego na płyty CD, chociaż stopniowo i to realizujemy.
Dziękujemy za pozytywną ocenę naszej pracy.

Z poważaniem,
dyrektor mgr Maksymilian Traciuk


*

Do
Szanownego Pana Dyrektora Miejskiej Biblioteki Publicznej
Dotyczy: filii nr 32

Jako wieloletni czytelnik często bywam w filii nr 32. Zauważyłem, że budynek jest zaniedbany, ściany i sufit mają zacieki, będące, jak wyjaśniły bibliotekarki, wynikiem zalania biblioteki podczas wczesnej, gwałtownej, wiosennej ulewy. Tynk i elewacja zostały niemal całkowicie opanowane nie tylko przez wilgoć, lecz również pleśń i wyjątkowo dorodnego grzyba. Nie muszę chyba tłumaczyć, że stanowi to poważne zagrożenie dla ludzkiego zdrowia i zgromadzonego księgozbioru. Jestem właścicielem firmy "Antygrzyb", zajmującej się odgrzybianiem i usuwaniem pleśni. Osuszamy również ściany i mury. Zajmujemy się wszystkimi rodzajami podłoża, a dla bibliotek mamy indywidualne rozwiązania. Nasi specjaliści dokonują bezpłatnych oględzin i pomiarów, a na ich podstawie wyceniają koszty pracy. Zaznaczam, że dysponujemy doskonałymi fachowcami i najlepszymi środkami chemicznymi. Proponuję skorzystanie z usług mojej firmy za bardzo przystępną cenę. Sądzę zresztą, że jako ludzie rozsądni, na pewno się dogadamy.
Koszty będą jeszcze niższe, jeśli Dyrekcja zdecyduje się na kompleksowy remont budynku filii nr 32. Zalecam skorzystanie z pomocy mojego brata Stanisława, właściciela zakładu remontowo – budowlanego "Remstas".
Mam nadzieję, że zgodnie z polskim prawem Dyrekcja biblioteki przeprowadza deratyzację filii nr 32. Firma "Antymyszak", należąca do mojego syna Darka, zajmuje się profesjonalnym tępieniem gryzoni w pomieszczeniach użytkowych za pomocą środków chemicznych. Oprócz usuwania i utylizacji owych zwierząt, "Antymyszak" prowadzi w tym zakresie doradztwo techniczne. Naturalnie, zgodnie z aktualnymi standardami, stanem wiedzy i obowiązującym prawem.
Zachęcam gorąco do skorzystania z naszych usług. Jeszcze raz podkreślam, że cena za całość nie będzie wysoka. Zastosujemy specjalny rabat. To oferta tylko dla wybranych klientów!

Z poważaniem
Kazimierz Szurek, "Antygrzyb"


W odpowiedzi na Pański list i przedstawioną w nim ofertę, serdecznie dziękuję za troskę oraz wszelkie propozycje. Pańskie spostrzeżenia są słuszne. Niestety, w tym roku nie skorzystamy z poleconych usług, gdyż brakuje nam środków finansowych. Sądzę, że możemy wrócić do tematu dopiero po Nowym Roku. Pragnę w tym miejscu przypomnieć, iż zgodnie z obowiązującymi przepisami, firmy, mające zamiar poprawić stan techniczny filii nr 32, a może nawet innych obiektów bibliotecznych, muszą najpierw wziąć udział w przetargu. Mam nadzieję, że będzie miał Pan to na uwadze i wyciągnie stosowne wnioski.
Dodam jeszcze, że nie zauważyliśmy obecności gryzoni w filii nr 32. Duża w tym zasługa pani sprzątającej budynek, która przynosi profilaktycznie do pracy, parę razy w miesiącu, na kilka godzin, swoją kotkę.

Z poważaniem,
dyrektor mgr Maksymilian Traciuk

*

Skarga
Dyrekcja Miejskiej Biblioteki Publicznej
Dotyczy: filii nr 32

W filii nr 32, którą, jako czytelnicy, często odwiedzamy, od dłuższego czasu sprzedają wełnianą pościel. W holu na półpiętrze przedstawiciele firmy "Prawdziwe Merynosy" ustawili sobie na dwa tygodnie, ławę i kilka krzeseł. Skuszeni ofertą, nabyliśmy za 2000 zł (słownie: dwa tysiące złotych) komplet składający się z dwóch poduszek i dużej kołdry. Pokazaliśmy ten zakup dzieciom, które wyśmiały naszą naiwność. Taką samą pościel można kupić w hurtowni lub na Allegro za 1365 zł (słownie: jeden tysiąc trzysta sześćdziesiąt pięć złotych). Nie dość, że musieliśmy wysłuchać narzekań dzieci na rozrzutność i głupie wyrzucanie pieniędzy, przekonaliśmy się, iż zakupione rzeczy mają dużą domieszkę poliestru. Nie tylko przepłaciliśmy, lecz kupiliśmy ordynarną podróbkę. Zostaliśmy oszukani. Jesteśmy biednymi emerytami i nie stać nas na to. W związku z tym, uprzejmie prosimy Dyrekcję Biblioteki o zwrot pieniędzy w wysokości 2000 zł (słownie: dwa tysiące złotych).
Prosimy o szybkie załatwienie sprawy.

Z poważaniem,
Maria i Henryk Zielińscy


W odpowiedzi na Państwa list głęboko ubolewam, że padli Państwo ofiarą oszustwa. Niestety, Dyrekcja Biblioteki nie może zwrócić żądanych przez Państwo pieniędzy. Ludzie reprezentujący firmę "Prawdziwe Merynosy" nie są pracownikami biblioteki. Handlowali samowolnie w budynku filii nr 32, a Państwo dokonaliście zakupu na własną odpowiedzialność. Ponieważ wszelka akwizycja i handel są w bibliotece zabronione, o czym przypominają stosowne wywieszki na ścianach, zwrócimy uwagę kierowniczce filii nr 32, żeby, pod żadnym pozorem, nie wpuszczała na teren placówki akwizytorów. Takie przypomnienie zostanie również wystosowane do kierowników naszych pozostałych obiektów.

Z poważaniem,
dyrektor mgr Maksymilian Traciuk

*

List Jarka Mikosa z Zakładu Karnego w Strzelcach Opolskich do bibliotekarek z filii nr 32

Kochana pani Grażynko, najsłodsza Izabelo i Wy inne piękne dziewczyny! W pierwszych słowach mojego listu zapytuję o Wasze zdrowie. Ja jestem zdrowy ale załamany. Chcę Was wszystkie przeprosić ponieważ nie oddałem w terminie pożyczonych książek. Przerzywam to bardzo. Kiedy znajdę się na wolności przyniosę wszystko, co wzionem. Nie jestem jakimś pospolitym złodziejem. W tej chwili "Potop" Henryka Sienkiewicza, "Dzieci z Bullerbyn", "O psie ktury jeździł koleją", jak ruwnież "Żegnaj, laleczko" znajdują się na najwyższej półce regału w moim mieszkanku kture zostawiła mi w spadku mamusia. Widzicie same, że książki są bezpieczne, tylko musicie na nie poczekać. Siedzę już dłuższy czas, więc myślę stąd wyjść za dobre sprawowanie pod koniec roku. Na wolności będziemy mogli szczerze porozmawiać. Nie myślałem, że tak łatwo dostać się do więzienia. Zasadniczo jego bramy są cały czas szeroko otwarte. Dobrze, że mam możność skontaktowania się z Wami. To Wy dziewczyny kochane radziłyście mi rzyć uczciwie. Prubowałem ale dałem się namówić do zrobienia wielkiej głupoty. Tatusia nie znam, mamusia niedawno umarła. Z rozpaczy wpadłem w złe towarzystwo chłopaków z osiedla. Okradaliśmy staruszków w parku, zwijaliśmy alkochol w sklepach. Policja miała nas na oku ale jak co do czego pszyszło, tamci się wyłgali a ja dostałem kóratora. Przystosowałem się do jego zaleceń a wkrutce skończyłem osiemnaście lat, jakoś tak wyszło, że spotkałem starych kumpli, wruciłem do ich towarzystwa, i z tej racji znalazłem się w więzieniu.
Koledzy namówili mnie, żebym wzioł udział w numerze, po kturym będę użądzony do końca mojego rzycia. Mieli namiary na jednego starego strupla, śpiącego na wielkiej kasie. O umówionej dacie zrobiliśmy włam do jego mieszkania. Chcieliśmy wynieść wszystkie wartościowe żeczy, sprzedać je i rzyć uczciwie. Niestety dziadek poniekąd sam zawinił ponieważ nie miało go być w domu, a był. Takich żeczy się ludziom nie robi. Wpadliśmy w panikę, i zamiast brać kasę i biżuterię, kłuciliśmy się ze struplem. Od słowa do słowa, i poszło. Wzionem laskę z przedpokoju, i zacząłem okładać nią dziadka po głowie. Kumple zwiali czy to jest koleżeńska solidarność? Przyjechała policja. Tyle się mówi o znieczulicy i obojętności a jednak sąsiedzi zadzwonili po psy. Osadzili mnie w areszcie, a potem tutaj. Ludzie czekają latami na rozprawę i miejsce w więzieniu, tymczasem ze mną załatwiono sprawę błyskawicznie. Nie rozumiem dlaczego, ale morze to i lepiej. Szybciej opuszczę to miejsce. Co do dziadka, to odniusł poważne obrażenia, lecz uszedł z rzyciem.
Kochane dziewczyny bibliotekarki! Kumple się mnie oczywiście wyparli. Mam nadzieję, że chociaż Wy tego nie zrobicie. Pamiętacie jak przynosiłem ciastka do biblioteki? I całe skrzynki koka – koli? Pani Izo jak wyjdę, będę znowu rąbać drzewo na pani działce, co to go pani potrzebuje na ognisko lub do palenia w kominku. Pani Alicjo w jesieni i zimie zgłaszam się chętnie do czyszczenia Pani pantofelków. Jest Pani elegancką kobietą, i nie morze Pani wyglądać byle jak tylko dlatego że na dworze panuje chlapa. U Halinki zamawiam kołysanki na tych kasetach, co to Pani wie gdzie leżą. Przysięgam, że zostanę pożądnym człowiekiem, tylko się mnie nie wyżekajcie. Pani kierowniczko dopraszam się wyrozumiałości. Jestem człowiekiem słownym i zwrucę wszystkie książki.
Do nużek upadam, wszystkie panie pięknie pozdrawiam!
Pozdrowienia serdeczne, papatki i ogromna bóźka!

Zawsze wasz Mikos Jarosław

*

List czytelniczki, Marzeny Sznycel, przebywającej na turnusie rehabilitacyjnym w Sudetach, do bibliotekarek z filii nr 32

Kochane dziewczyny, serdecznie Was pozdrawiam! Na początku miałam zamiar nie pisać, ponieważ przebywam w Tatrach, ze swoich okien widzę Giewont i Kasprowy. Nie chciałam robić Wam przykrości. Ja wypoczywam w pięknym otoczeniu, a Wy musicie tyrać w bibliotece za takie marne grosze. Książki, które u Was pożyczyłam, nie zmieściły się do walizki. Na szczęście, tutaj w Tatrach dysponuję królewską biblioteką, jakiej nie widziałyście nawet na filmach. Personel tego budynku mówi, że jesteśmy w Sudetach, ale kłamie. Albo też został omamiony. Przed chwilą zajrzała do mnie pielęgniarka i też nachrzaniła o tych Sudetach. Wściekli się, czy co?
Moja podróż przebiegła pomyślnie, chociaż w pociągu otaczały mnie cierpienia, przeszkody, a przede wszystkim źli ludzie. Zachowywali się jak dzikie zwierzęta, a nawet gorzej, bo cały czas mówili okropne rzeczy na mój temat. Byłam grzeczna i miła, gdyż, poczuwszy się samotna i smutna, chciałam mieć nowych przyjaciół. Odpychali mnie groźnym wzrokiem i stekiem okropnych wyzwisk. Nazwali mnie nawet kurwą i wywłoką! Ja myślę, że oni się domyślili, kim jestem naprawdę. Specjalnie się przecież z niczym nie ukrywam. Wreszcie męczarnie się skończyły, kiedy znalazłam się w moich ukochanych Tatrach. Mieszkam teraz w pięknym pałacu, mam apartament z łazienką i tarasem. Co prawda, zaraz po przyjeździe się zdenerwowałam, gdyż pościel na łóżku była wilgotna i pocerowana. Zorientowałam się, że wszędzie mnie wytropią i nie pominą okazji, żeby zrobić bodaj małą przykrość. Muszę się mieć na baczności, ponieważ ich celem jest unicestwienie mnie. Dlatego nigdy nie zaczynam pierwsza jeść podczas posiłków w jadalni. Na wszelki wypadek częstuję również potrawami z moich talerzy sąsiadów. Uważam, że jedzenie ma dziwny posmak. Inni mówią to samo, i przypisują winę nadmiernemu stosowaniu chemii przy produkcji żywności. Skoro tak, oni mają ułatwione zadanie.
Staram się z niczym nie zdradzać, lecz nie jest to łatwe, gdyż mam z natury szczery i otwarty charakter. Wkrótce wszyscy się dowiedzą, iż jestem wielką księżną, żoną księcia Luksemburg. Czekam na przybycie męża. Dlatego chcą mnie zabić, żeby omotać mojego ukochanego, podsunąć mu inną dziewczynę i zawładnąć jego fortuną. Nie od dzisiaj wiadomo, że dla pieniędzy ludzie są gotowi na wszystko. Wprawdzie przebrałam się za Fionę z filmu "Shrek", tę grubą, już po przemianie, chociaż naprawdę jestem Fioną wysoką, piękną i zgrabną. Lecz ten kamuflaż nie zmylił tych najsprytniejszych. W związku z tym, staram się jak najmniej wychodzić ze swojego pokoju. Z okien i tarasu dobiega woń kwiatów, a ptactwo upojnie śpiewa. No i ten widok na Giewont, coś wspaniałego. Te bezczelne osobniki usiłowały mi namącić w głowie, wmawiając, że nie jestem w Tatrach, lecz w Sudetach. Za kogo oni uważają siebie i mnie?! Dla niepoznaki przysunęli i postawili inną górę obok Giewontu. Są zdolni do wszystkiego, ale ja się nie dam. Jeszcze trochę muszę zaczekać, to wszystko.
Dziewczyny, pamiętajcie, że zawsze pożyczam u was dwanaście książek. Naszykujcie mi coś ładnego, dobra? Chyba się nie gniewacie za to, że przed wyjazdem w Tatry biegałam po całej filii z krzykiem i ściągnęłam zasłony z okien? Ukryli się za nimi moi prześladowcy.
Ściskam!

Wasza, na razie, Marzena Sznycel, a już niedługo Fiona, księżna Luksemburg.

 

-------------------------------------------
* W korespondencji zachowano oryginalną, nie zawsze poprawną pisownię, która odzwierciedla temperament, wykształcenie i środowisko autorów.


Wszelkie postacie i wydarzenia opisane w  powieści są fikcyjne, a ich ewentualne podobieństwo do rzeczywistych jest całkowicie przypadkowe.

 Książka (pod tytułem "Bibliotekarki") ukazała się nakładem wydawnictwa "Skrzat"

Zobacz: W odcinkach


Ilustrowała Dorota Thiel/pinezka.pl