Drukuj
Styczeń 2010 autor: Teresa Monika Rudzka

Ręcznik, czyli z pamiętnika bibliotekarki - odc. 1

Wszelkie postacie i wydarzenia opisane w  powieści są fikcyjne, a ich ewentualne podobieństwo do rzeczywistych jest całkowicie przypadkowe.


Prolog

Czas akcji: koniec pierwszej dekady XXI wieku.
Miejsce akcji : biblioteka w "mieście, którego nazwiska nie powiem, nic to albowiem do rzeczy nie przyda".


Dochodziła godzina dziewiętnasta i kierowniczka osiedlowej filii bibliotecznej powinna już dawno gotować w domu kolację dla męża. Niestety, siedziała w swoim, pożal się Boże gabinecie, gdzie liczyła przygotowane upomnienia dla czytelników zwlekających ze zwrotem książek. Jednocześnie pisała zaległe sprawozdanie.

– Wiecznie wszystko na wczoraj, wiecznie siedzę po godzinach. Pieniędzy za to nie będzie, tylko stary mnie opitoli za spóźnienie – warczała pod nosem.
Na progu pokoju stanął wysoki mężczyzna.
– Proszę wyjść. Biblioteka dla czytelników jest czynna do osiemnastej. Matko Święta, to znowu pan? Co się stało tym razem, panie poruczniku?
– Byłem przed chwilą w toalecie…
– Po co chodzi pan do naszej łazienki?
– Widzi pani? Mam mokre ręce. Nie było w co ich wytrzeć po umyciu. Ręcznik przy umywalce jest aż sztywny z brudu i śmierdzi. Miałem już w życiu do czynienia z różnym zapachami, lecz z czymś takim spotykam się pierwszy raz. Skandal.
– Proszę się nie zbliżać. Proszę, niech pan już idzie. Proszę… ja…
– Ma pani natychmiast powiesić czysty ręcznik w łazience. Jak nie, to mocno pani pożałuje.
– Panie poruczniku, niech pan się nie złości. Jutro rano powiem
w centrali, żeby przywieźli zapas czystych ręczników.
– Dopiero jutro? Niech chociaż pani nie zapomni. Do widzenia.
Przysunąwszy krzesło spod ściany z powrotem do biurka, roztrzęsiona kierowniczka nalała sobie wody do szklanki i wychyliła ją duszkiem.
– Boże, dlaczego? Przecież wszystko w porządku, co może się stać? – szeptała zdławionym z obawy głosem.

*

Główna osoba dramatu: Żywia Radzińska, szalenie miła i powabna blondynka w średnim wieku. Siedzi właśnie w kuchni przy stole i robi sobie makijaż. Dzienne światło wpadające przez okno jest doskonałe. Kosmetyki leżą obok, ułożone porządnie w wiklinowych koszyczkach.
   Żywia nakłada krem, podkład i cienie do oczu. Spogląda w lusterko; makijaż ma wyjść tak, jakby go nie było. Innymi słowy, musi jedynie ożywić porcelanową, nieco bladą cerę Żywii. Muśnięcie różem.

 

Dokonawszy starannych poprawek, zadowolona z siebie Żywia potrząsa wcześniej umytymi i ułożonymi włosami w kolorze popielatego blondu, z lekkim balejażem. Co chwila popija kawę z filiżanki Wedgwood. Patrzy na nią z przyjemnością, bo lubi, kiedy otaczają ją ładne przedmioty. Mieszkanie jest harmonijnie urządzone, posprzątane, a każda rzecz ma swoje miejsce. Ojej, puszka z herbatą krzywo stoi. Żywia ją poprawia i krytycznym okiem sprawdza, czy wszystko inne jest w porządku. Tak, dobrze.
   No, jogurt z płatkami zjedzony. Chyba producent dodał za dużo cukru. Ile to będzie kalorii? Ujdzie. Żywia ma ochotę strzelić sobie drinka, lecz będzie przecież prowadzić samochód. Jest jeszcze trochę czasu, można sobie doczytać Ptaki ukochanej pisarki Daphne du Maurier. Wieczorem Żywia planuje lekturę Przeklętej krwi tejże autorki. Wtedy będzie można wypić lampkę wina. Teraz trzeba sprawdzić pocztę.
   Przechodzi do pokoju, odpala stojący na staroświeckim biurku komputer. Hanka mogłaby już odpisać. A tę drugą warto pogonić, jej się nigdy nie spieszy. Nie to, co sumienna Żywia, która i korespondencję, i swoje życie stara się mieć zawsze "na bieżąco". Przy okazji zagląda na swoje ulubione forum. Wczoraj pewna dziewczyna opisała ze zgrozą i niesmakiem sytuację, gdy biorąca udział w jakimś telewizyjnym konkursie nauczycielka na pytanie, czy szybciej dojdzie na pierwsze piętro, czy na mansardę, odpowiedziała rozbrajająco, że nie ma pojęcia, co to jest "ten mansard". Żywia napisała prześmiewczy post, dworujący z ćwierćinteligentów. Oj, przybyło wypowiedzi. Niestety, dużo osób zarzuca i autorce wątku, i Żywii snobizm oraz brak tolerancji.
   Żywia wzrusza ramionami, gdyż wie swoje, a zresztą nie ma czasu i ochoty na awantury. Jest umówiona na rozmowę kwalifikacyjną w sprawie pracy w bibliotece. Trzeba się odpowiednio ubrać. Nie za frywolnie, nie jak stara ciotka. Garsonki odpadają, nowa bluzka ma za duży dekolt. Tak, najlepsze będą spodnie. Już nie najnowsze, lecz wyśmienicie się prezentują. Do tego błękitno - popielata bluzka z niewielkim wycięciem przy szyi. Srebrny, skromny naszyjnik. Swoje kosztował, ale za jakość się płaci, wiadomo. Pantofle, apaszka. Świetnie! Stylowo, elegancko. W sposób zwracający uwagę, ale nie wyzywający. 

 – Impas musi minąć, po prostu musi. Przecież postanowiłam, że dostanę tę pracę. Trzeba myśleć pozytywnie. Nie takie rzeczy się robiło. W zasadzie, wszystko zawsze idzie po mojej myśli, nie mogę narzekać.
Żywia głaszcze kota i dosypuje mu karmy do miski, wspominając, jak zrobiła prawo jazdy. Kupiła samochód i postanowiła jeździć.
– Przedtem wzięłam prawie sto prywatnych lekcji, bo rzeczywiście, wrodzonych zdolności w tym kierunku nie mam. Pan Rysio kiwał głową, tłumaczył, że nie każdy musi być kierowcą. Żeby instruktor jazdy tak dezawuował człowieka? Nie ze mną takie numery. Skoro postanowiłam, że będę jeździć, to będę. Tyle pieniędzy poza tym wydałam, gdybym zrezygnowała, równałoby się to wyrzuceniu ich w błoto. Kto pieniędzy nie szanuje, ten nie jest ich wart. Wiedziałam, że na wszystko jest sposób. No i jeżdżę, choć mistrzem kierownicy nie jestem. Jeśli nikt nie trąbi, to nawet zaparkuję "w kopertę". Chyba od tamtego czasu nazywają mnie Terminator. Bardzo słusznie, to mi jedynie pochlebia.

Dzwoni telefon. Żywia odbiera, trochę zaniepokojona. Uff, sekretarka dyrektora biblioteki prosi o przybycie godzinę później. Wprawdzie Żywia bardzo nie lubi, gdy nie szanuje się jej czasu, lecz w porządku. Wszystko załatwiono kulturalnie, jak należy. Teraz się spokojnie pozmywa; okropnie wyglądają brudne gary w zlewie. Nie ma tego dużo, ale… Można też wypełnić ankietę… o, do licha! Żywia potyka się o stos nie rozpakowanych katalogów Quelle. Warto po drodze wywalić je na makulaturę.

– Kiedy studiowałam, Quelle było niczym biblia. No i jeszcze Brigitte. Ciekawe, czy jeszcze to wychodzi? Pamiętam, jak z koleżankami wyrywałyśmy sobie z rąk żurnale i wzdychałyśmy "ach, Zachód, Zachód…", niczym trzy siostry z dramatu Czechowa, pragnące wyjechać do Moskwy. Ja to miałam globusa, całkiem jak Emilia Korczyńska z Nad Niemnem. Tylko w owym kolorowym raju można żyć naprawdę. Wszystkie postanowiłyśmy wyemigrować, wszystkie szukałyśmy męża za granicą. Wszystkie sądziłyśmy, że dziewczyny z dobrego domu powinny mieć dyplom wyższej uczelni i męża, utrzymującego żonę na odpowiednim poziomie. Praca miała być gdzieś obok. Wprawdzie na tej swojej polonistyce pisywałam recenzje książek i filmów do różnych gazet, lecz tylko dlatego, żeby za uzyskane honoraria kupić dolary i wydawać je na perfumy w Peweksie.
   W praktyce różnie nam wyszło. Mnie się nie udało. Wróciłam do Polski. Och, jak się wściekałam, że nie zrealizowałam swojego planu. Hm… czy można tak twierdzić? W końcu moja wspaniała córka mieszka za granicą i dobrze sobie radzi. Strasznie byłam naiwna, no coś okropnego. To doświadczenie mnie nauczyło, że zanim się człowiek zaweźmie na jakiś cel, trzeba go przedtem rozważnie wybrać.
   Co ja potem robiłam? Wyjeżdżałam często za granicę. Nadal pisałam od czasu do czasu do gazet. Króciutko pozowałam do zdjęć w kalendarzach. Podstawowym zajęciem była posada w bibliotece uniwersyteckiej. Ach, szkoda gadać. Niewtajemniczonym kojarzy się to z ciszą, spokojem i twórczą pracą. Naprawdę królują w niej szarzyzna, przeciętność, plotki i intrygi. Zdecydowanie trzeba znać swoje miejsce w grupie. Niemniej pracowałam jak mróweczka. Jak coś robię, to porządnie. Owszem, chwalili mnie, tylko nie miało to przełożenia na wynagrodzenie. Utknęłam w biedzie i przeciętności. W rozwoju się cofałam, o! Potem powiał wiatr historii. Wzięłam się za biznes i pracowałam popołudniami jako agentka ubezpieczeniowa. Boże, ile ja wówczas zarabiałam… Cudownie jest mieć pieniądze! Byłam wreszcie niezależna. Za mąż omal wtedy znowu nie wyszłam. Ale ja już nie umiem być z kimś, chociaż próbowałam. Pomieszkiwaliśmy razem, a potem z ulgą wracałam do domu. Och, jak mi było dobrze, mogłam robić, co mi się podoba, nie oglądając się na nikogo. No tak, zastosowałam poradę rabina ze znanej anegdoty. Jak tamten Żyd brałam sobie kozę na głowę, a gdy się jej pozbyłam, doceniłam to, co mam. Zero związków, mogą mnie najwyżej adorować. Chcę żyć przyjemnie, ciekawie i bez trosk materialnych.
   Koleżanki z pracy zazdrościły mi sprytu i zaradności. Dopiekły mi o jeden raz za dużo, więc tak jak Jakubowska z telewizji, wyszłam z torebką z biblioteki, i nie wróciłam. Miałam co robić, ale nadszedł kryzys gospodarczy. Zdrowie mi już mocno siadło. Dzięki Bogu, dostałam wtedy cudowną posadę sekretarki na politechnice. Dlaczego cudowną? Atmosfera, atmosfera. Siedziałam sama w pokoju i wreszcie nie kisiłam się w babskim gnieździe. Szefem był mężczyzna, kolegów miałam kulturalnych, sympatycznych, w różnym wieku. Tyle, że pracowałam na umowę-zlecenie. Niestety, po trzech latach niemal z biura pojechałam na salę operacyjną. Potem na rentę. Znowu sprawy nie potoczyły się po mojej myśli i byłam strasznie wściekła. Jeszcze durna kuzynka mi powiedziała, że "renta to prawie jak etat". Bokiem mi wychodziło takie gadanie, jak również aluzje, ile zawdzięczam pieniądzom podatników. I że pewno sobie rentę załatwiłam. Chcę pracować. Jak to, dlaczego? Kasy mało, a w domu nudno. Chcę wyjść do ludzi i mieć cele życiowe. Lubię być ceniona. Uważam, że mam jeszcze w życiu dużo do zrobienia. W tym skansenie czuję się społecznie wykluczona! Liczą się ci, którzy mają umowę o pracę, najlepiej na czas nieokreślony, i zapłacony ZUS.

No, dość wspomnień i rozważań. Teraz wio, umyć zęby po tej kawie.
   Żywia przy okazji sprawdza, czy nie zaczął odkładać jej się kamień nazębny i czy w dziąsłach nie utkwiły płatki śniadaniowe. Odkłada Przeklętą krew na stolik przy łóżku, tuli kota do siebie, wreszcie zamyka drzwi wejściowe.
– Jeszcze kropla perfum za uszami, kilka drobiazgów do torebki, piękny uśmiech do wszystkich i w drogę!

*

– …
– Ciągle słyszymy, że ona się miota. Szuka czegoś nowego. Coś wam powiem. Osoba, która nie trzyma się jednej pracy i nie potrafi docenić tego, co ma, źle skończy.
– Dlaczego ona startuje do biblioteki? Po takich nieciekawych doświadczeniach?
– Cóż, jeżeli Żywia coś zaczyna, to kończy. Sprawy biblioteczne zostały kilka lat temu zawieszone, co ją bardzo męczy. Musi być jakiś porządek, ład i sensowne zakończenie.
– Czarno to widzę. Taka dama, jak Żywia? Odstawiona, zadbana. Nawet, kurczę, inteligentna. Książki czyta, do kina chodzi. Nie ukrywajmy, jest trochę wyniosła i zdystansowana. W bibliotece schrupią ją z kosteczkami.
– Wiecie, z tą biblioteką ona ma tak, jak z byłym narzeczonym. Musi, na wszelki wypadek, znowu dotknąć i spróbować. Wtedy będzie wiedziała, czy to dla niej, czy nie, czy zakończyła jakiś etap w życiu.
– Nie da rady, nie przyjmą jej tam. Założysz się?
– My z mężem już się założyliśmy.
– Że nie dostanie się do biblioteki?
– Że się dostanie.

 


Sekretarka Ania

Poprzednia dyrektorka miała często złe humory. Zamykała się wtedy w gabinecie i prosiła, żeby jej nie przeszkadzać. Pani wicedyrektor Regina zachowywała się podobnie. Można było spokojnie pracować, czasem przejrzeć gazetę. Nowy dyrektor ma zagrania, że nie daj Boże. A Regina przy nim od razu zaczęła podskakiwać. Niechby robili, co im się podoba, byle tylko to nie zahaczało o mnie. Problem w tym, że właśnie zahacza. Pani Bożena, kiedy się z kimś umawiała, to na konkretny dzień i godzinę. Nie nawalała, zawsze przyjmowała petenta. Pan dyrektor, Maksymilian Traciuk, teoretycznie postępuje podobnie, a w praktyce wciąż świecę za niego oczami. Zapomniał, wyszedł albo kazał mówić, że wyszedł. Denerwują mnie takie osoby. Ludzie wysiadują w przedsionku, wygadują na dyrektora i mają pretensje do mnie. Przecież to nie moja wina! Opowiedziałam babci krótko o swoim zwierzchniku. Powiedziała dosadnie tylko jedno słowo: "chamuś".
– Ale – dodała – ciesz się, moje dziecko. Inni trafili gorzej. Ty dostałaś czystą pracę, za biurkiem. W państwowej firmie. Od wpół do czwartej masz czas na swoje życie.
– Babciu, czy po to kończyłam studia, żeby mieć do czynienia z cudakami? Żeby im parzyć kawę, kserować papiery i poprawiać po cichu błędy? Ja się w tej pracy nie realizuję. A pensja nie starcza mi nawet na kosmetyki.
– Wielu twoich kolegów siedzi w Tesco na kasie. Kto się dzisiaj w pracy realizuje? Wyjdziesz dobrze za mąż.
– Babciu, teraz się tak nie myśli…
– No i sama widzisz, co się dzieje. Realizacja, partnerstwo, a skutek taki, że coraz mniej mężczyzn poczuwa się do utrzymania rodziny i rynek pracy jest przepełniony. Kiedyś kobieta była szczęśliwa, że ma męża, który zapewnia jej życie na odpowiednim poziomie.
– Zwariuję, jeśli będę siedzieć w domu.
– Zatem chodź sobie do tej pracy, porozmawiaj w niej z ludźmi. Choćby dlatego, żebyś nabrała dystansu i mogła z chęcią zająć się po południu domem oraz własnymi sprawami. Szukaj porządnego męża, dobrze ci radzę.

Wściekałam się na babcię, lecz jej słowa przypominały mi się coraz częściej i natarczywie dzwoniły w uszach. Mogłam się wypchać swoim dyplomem z marketingu i zarządzania. Od rana a to dyrektor, a to wicedyrektorka wychylali głowy z gabinetów i wrzeszczeli: "Kawę proszę. Dwie herbaty proszę. Anka, weź zaparz kawy na pięć osób. Skocz do sklepu po jakieś herbatniki". Dzień w dzień to samo. Dyrektor pije plujkę, czyli kawę w szklance, zalaną wrzątkiem. Kiedy ma gości, żąda kawy rozpuszczalnej, w filiżankach. Wicedyrektorka lubi tylko Nescafe. Moim zdaniem, obrzydlistwo. W sekretariacie jest nawet porządny ekspres. Chciałam raz dogodzić dyrekcji i zaparzyłam w nim naprawdę dobrą kawę. W ogóle się nie poznali. Za mocna, dziwna w smaku, na serce można po niej paść. Kadrowa Kalinka się podśmiewała z mojej gorliwości. No, to się zawzięłam. Nie, to nie. Chcą pić kwaśne świństwo – niech piją, ich sprawa.

Traciuk jeszcze mnie jakoś traktuje. Nie dokucza zbytnio. Czasem lubi sobie wypić. Chyba nikt o tym nie wie, ja go przypadkiem podejrzałam. Jak się zbytnio nagrzeje, to stosuje trick Moryca Welta z Ziemi obiecanej. Palce głęboko w gardło, płukanie ust, mycie zębów, zimna woda z kranu na głowę. Od razu, tak jak Moryc, jest fertig.

Dyrekcja, a za nimi wielu pracowników, mówi mi po imieniu. Anka i Anka. Krów z nimi nie pasłam. Ale lepiej tematu nie poruszać. Jestem młoda, wiec myślą, że na wszystko można sobie pozwolić. Generalnie, w tym kraju, kobieta najpierw jest na wszystko za młoda, a potem od razu za stara. Przechlapane na starcie.
Naczelnego da się przeżyć, lecz wicedyrektorka Regina jest ciężka w pożyciu. Lubi się czepiać, ot, tak, sztuka dla sztuki. Kilka razy kawa była według niej a to za zimna, a to za słaba. Z pięć razy czasem do niej ganiam, żeby dogodzić. Pączki każe sobie kupować nie w sklepie obok, tylko kilka ulic dalej. Nie daj Boże, jak ich nie dowiozą. Muszę wtedy za godzinę pójść i sprawdzić, czy już są. Jeśli nadal nie ma, to za kolejną godzinę sytuacja się powtarza. Prywatnego gońca powinna zatrudnić, słowo daję. Siedzę cicho, pomna na to, iż pani Regina nie lubi kobiet, zwłaszcza młodych, ładnych i szczupłych. Niejednej z pracownic tak dała popalić, że zmieniły pracę. Weszła kiedyś do sekretariatu i zaczęła się słodko zachwycać:
– Anusiu, masz nowe tipsy? Piękne włosy, jakiej farby używasz?
– To moje prawdziwe paznokcie, a włosów nie farbuję. Nie siwieję, mam ładny kolor, więc po co?
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, a potem zaczęłam się gryźć. Tego samego dnia, przy najbliższej okazji, powiedziałam mimochodem do wicedyrektor, że jadłam kilka miesięcy tabletki ze skrzypem, dlatego mam niebrzydkie paznokcie. Włosy pewno będę wkrótce farbować, gdyż w naszej rodzinie kobiety wcześnie zaczynają siwieć. Regina uśmiechnęła się do mnie; odniosłam wrażenie, iż odetchnęła z ulgą. Wkrótce odkryłam, że kobieta lubi sporty ekstremalne. Kradnie. Szczególnie kosmetyki z torebek. Wróciłam kiedyś z toalety, a ta stała nachylona przy moim biurku.
– Anusiu, chciałam sprawdzić, jak idzie ci zestawienie.
Poszła, mnie coś tknęło i otworzyłam kosmetyczkę. Wściekłam się. Ta małpa zwinęła mi szminkę Chanel i nowy tusz do rzęs Max Factor. No, to już wiedziałam, dlaczego dziewczyny, idąc do toalety, zabierają torebki. Ale oficjalnie się o nałogu pani wicedyrektor nie mówi, gdzie tam.

Szybko się nauczyłam niczego głośno nie komentować, wykonywać posłusznie polecenia i nie przejmować się zbytnio. Wyzerować zaangażowanie emocjonalne na te osiem godzin. Nabierałam dystansu, zalecanego przez babcię. Kalina pracuje dłużej ode mnie, a nie pojęła, że tak jest najlepiej. Wciąż się z czymś wyrywa, wciąż tłumaczy, co jest źle i niezgodnie z przepisami. Co z tego, że ma rację? Dyrekcja jej nie lubi.

 

Mnóstwo ludzi składa podania o pracę. Naiwni! Wiadomo, jakim sposobem wchodzi się do takiej instytucji. Mnie poleciła w swoim czasie córka koleżanki babci. Ta kobietka, pani Żywia, mnie zafrapowała, już przez to, że się oryginalnie nazywa. Używa porządnych kosmetyków. Jest miła, grzeczna i można z nią o wszystkim porozmawiać. Kilka razy obgadałyśmy trendy w modzie, książki, filmy i co zrobić, żeby jak najszybciej zdać egzamin na prawo jazdy. Szkoda jej do biblioteki, lecz skoro chce tutaj pracować… Zrobię, co się da. Tylko, co ja, biedna, mogę? Co zależy ode mnie, to ślub. Pomału i po cichu – bo po co ma taka Regina zazdrościć – szykuję tę imprezę razem z Michałem. Babcia dobrze przepowiedziała. Michał zajmuje się tworzeniem oprogramowania komputerowego i to jego robota szuka, a nie on jej. Plan jest taki, że po ślubie urodzę szybko dziecko. Jakie szczęście, że mam umowę o pracę na czas nieokreślony. Na macierzyńskim odpocznę od firmy i zacznę się powoli rozglądać za inną czystą robotą. Za większe pieniądze. I tam, gdzie pracuje przynajmniej dwadzieścia pięć procent mężczyzn. Duża grupa kobiet wpływa na mnie niekorzystnie.

Telefon. Znowu dzwoni pani Żywia.

 

Pamiętnik bibliotekarki – polowanie na dyrektora

3 września 2007
Moje podanie o pracę w bibliotece od ponad roku nabiera mocy urzędowej. Dość tego, czas działać.
   Telefonuję. Mizdrzę się do sekretarki. Jestem namolna. Wreszcie… idę na rozmowę kwalifikacyjną do dyrektora, Maksymiliana Traciuka. W korytarzu snują się istoty płci żeńskiej, ubrane w powyciągane swetry. Na nogach mają beżowe podkolanówki i plastikowe klapki. Ten swojski widok raptownie mi o czymś przypomina. Nagle widzę obok siebie dziwny cień i czuję przez moment przeraźliwe zimno w środku. "Uciekaj, Żywia, uciekaj" – słyszę skądsiś. Co za bzdury. Rozsądek podpowiada, że nie wolno brać pod uwagę głosu niekontrolowanych emocji. Jeśli się coś zaczęło, trzeba skończyć. Jeśli postanowiłam, że będę tu pracować, to będę.

Trochę znienacka wpadam do dyrektorskiego gabinetu. Na biurku zdjęcia żony i dzieci, w domu, na wakacjach, na działce i w knajpie. Ze trzy durnostojki w charakterze popielniczek. Z gipsu? Mahoniu? Brązu? E tam, pewno wszystkie made in China. Ściana obwieszona dyplomami uznania i podziękowaniami z ratusza. Pan Maks Te. przegląda jednocześnie Gazetę Wyborczą, Dziennik i Nie. Wertuje też wiadomości Onetu w laptopie. Na mój widok usiłuje go szybko zamknąć. Przytrzaskuje przy tym koronkę nylonowej serwetki, jaką jest nakryta pokrywa laptopa.
– Pani wybaczy zamieszanie, właśnie miałem trochę posprzątać.
Bierze do ręki podanie, patrzy na mnie.
– Pan Kamil Raczyński? Coś nie pasuje.
– Bo ja nie jestem Kamil, tylko Żywia Radzińska.
– Co mi ta Anka dała? Prosiłem wyraźnie o pani dokumenty. Ankaa!
– Panie dyrektorze, chyba niechcący wrzucił pan wszystko do niszczarki, razem z tymi papierami, co to wie pan…
– Bardzo panią przepraszam, mogłem przypadkowo tak zrobić. Tyle człowiek ma spraw na głowie . Teraz ja mam kłopot, pani też.
– Proszę, mam CV i list motywacyjny na CD. Wystarczy je wydrukować.
– Ania, weź się tym zajmij. Mogę zapytać, czy pani jest Żydówką? Tak dziwnie się pani nazywa. To bardzo interesujące.
– Nic mi o tym nie wiadomo. Moje imię jest słowiańskie. Żywia to jedna z bohaterek Starej baśni Kraszewskiego.
– Taaak? Niesamowite. Teraz ludzie rzadko sięgają po książki tego pisarza. Chwali się pani gruntowne oczytanie. Ja, na ten przykład, czasu mam niewiele, ale wykorzystuję go na lekturę różnych wspomnień i pamiętników. Świetnie, niech będzie. Pani Krystyno… Pani Krysiu… Kryśka! Chono… no proszę, chodź, Krysiu. Idź z tą panią, pamiętasz, mówiłem ci o niej.
   Krysia to kierowniczka działu gromadzenia. Robi mi test z Excela – wypada dobrze.
– Za kilka dni dyrekcja skontaktuje się z panią. Co prawda, mamy na razie mało komputerów w dziale, więc będzie pani dzielić jeden z koleżanką.

7 września 2007
Czekam, cała w skowronkach. Już, już pracuję. Raz nieznana koleżanka, raz ja. Trwa niepokojąca cisza.
 
10 września 2007

Telefonuję. Zakłopotana Ania tłumaczy:
– Głupio wyszło. Wróciła nagle z urlopu wychowawczego dziewczyna, na której stanowisku miała pani pracować. Pan dyrektor powiedział, że na siłę wyższą nie ma rady.
   Kobieta widocznie się przestraszyła utraty stanowiska. Znowu jadę do biblioteki i proszę o rozmowę z dyrektorem.
– Boże, nie można nawet spokojnie przeczytać gazety. No dobra, dawać ją! Proszę, niech pani wejdzie. Anka, napisałaś sprawozdanie?
– Przecież nie przekazał mi pan danych.
– Oj, nudna jesteś, mogłaś coś wymyślić. Masz, masz wszystkie namiary. Weź, szybko zrób, bo to na wczoraj. Proszę, proszę, pani sobie usiądzie tutaj. Nadal chce się u nas pracować? Przepraszam, właściwie ile pani ma lat?
– Ach, panie dyrektorze, nie muszę się chwalić swoim wiekiem. W każdym razie mam już dorosłą córkę.
– Doskonale. Podoba mi się pani jako przyszły pracownik. Ma pani doświadczenie w zawodzie bibliotekarskim. No i czyta pani dużo, zupełnie jak ja. Zresztą trzeba pomagać pięknym i dowcipnym kobietom. Ja panią przyjmę do roboty, bo tak chcę.
– Mam również orzeczenie o niepełnosprawności. Zatrudniając taką osobę, pracodawca może się ubiegać o dofinansowanie jej stanowiska pracy z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.
– Czyli jeszcze kasę mi za panią zapłacą? Żartuję, niech pani mnie źle nie zrozumie, ale świetnie się składa. Z pieniędzmi u nas, niestety, krucho. Zatrudnię panią na pewno, tylko nie potrafię powiedzieć, kiedy. Nie wszystko zależy ode mnie. Proszę się za miesiąc przypomnieć.
   Dyrektor jest niski i szczupły; zaraz mi się przypomina, co o małych facetach sądzi pisarka Krystyna Nepomucka1. Ale co tam! Człowiek gada konkretnie i robi dobre wrażenie.

11 października 2007
Wyjeżdżam na trzy tygodnie do córki, do Anglii.

5 listopada 2007

Telefonuję. Pan Maks mówi, że być może jeszcze w tym roku sprawy ułożą się dla mnie pomyślnie, i każe zadzwonić za miesiąc.

5 grudnia 2007
Pan dyrektor MT prosi o telefon w okresie między świętami a Nowym Rokiem. Oczywiście, dzwonię.

4 stycznia 2008
Idę, po uprzednim telefonie, na rozmowę. Pan szef, rozpromieniony, prawie okręca się wokół własnej osi:
– Szczęśliwego Nowego Roku! Udało się. Proszę nie wyjeżdżać z miasta, ponieważ lada dzień odezwę się do pani z bardzo pomyślną nowiną. Niech zostawi pani swoje namiary!
Zapisuje sobie numery telefonów na karteluszku, kładzie go na biurku.

25 stycznia 2008
Od trzech tygodni nic się nie dzieje. Ponownie dzwonię – wciąż nic nie wiadomo, boss obiecuje się odezwać.
– Niech pani tak nie wisi na drucie! Szkoda pieniędzy.

14 lutego 2008
Maks Te. przekazuje przez sekretarkę, że nie ma dla mnie żadnej nowiny, muszę nadal czekać. Czuję się, jakbym dostała w twarz. Postanawiam dać sobie spokój.

6 marca 2008
Telefonuję jednak. Do pana dyrektora nigdy się człowiek nie dodzwoni za pierwszym razem. Zawsze albo go nie ma, albo jest zajęty. Wreszcie się udaje. Maksymilian Traciuk każe mi przyjść.
– Po świętach wielkanocnych niech się pani zgłosi po skierowanie na badania, do lekarza medycyny pracy. Na początku kwietnia zacznie się robota. Do tego czasu proszę załatwić wszystkie swoje sprawy.

26–28 marca 2008
Telefony, telefony…

2 kwietnia 2008
Dostaję skierowanie na badania.



3 kwietnia 2008
Pani doktor zezwoliła mi jedynie na pracę siedzącą, przypomniawszy jednocześnie o zakazie dźwigania, schylania się i zbyt długiego chodzenia. Zawożę wyniki do kadr. Dyrektor każe mi się zjawić w poniedziałek. Lecz na początku tygodnia nie ma go w gabinecie. Hm, patrzę pod biurko. Łypią na mnie gniewne oczka pana dyrektora, zwiniętego w kunsztowny kłębek. Udaję, że nic się nie stało, i wychodzę, trochę wściekła, trochę rozbawiona.

9 kwietnia 2008
Sekretarka przekazuje informację, że muszę cierpliwie czekać w domu na wiadomość od szefa.
– Pani Aniu, w toalecie wisi lep na muchy.
– Paskudny, prawda?
– No i przecież jeszcze sezon na muchy się nie zaczął.
– Dobrze się pani przyjrzała? W tym budynku zawsze lata jakieś świństwo. Nawet przewodami wentylacyjnymi. Poza tym, ubikacja jest przy wejściu. Oprócz pracowników, korzystają z niej ludzie z ulicy. Od kiedy wisi lep, przychodzi mniej takich klientów. Brzydzą się.
– A goście oficjalni?
– Dla takich, no i dla siebie, dyrekcja dysponuje eleganckim przybytkiem obok gabinetu.
– Eeee.. pani Aniu, widziałam niedawno pana dyrektora pod biurkiem, albo może mi się zdawało?
– Nic się pani nie zdawało. Pan dyrektor pewnie medytował. Mówi, że ma tak mało czasu dla siebie, że korzysta z każdej wolnej chwili.

16 kwietnia 2008
Jestem cierpliwa. Cierpliwa. Cierpliwa.

29 kwietnia 2008
Dzwonię.
– Proszę przyjść koniecznie 5 maja rano, po długim weekendzie.

5 maja 2008
Przychodzę. Dyrektor przy mnie dzwoni do kogoś i pyta: "kiedy będziesz mógł przygarnąć panią Radzińską?". Kiwa głową, odkłada słuchawkę. Mówi z uśmiechem, że dostanę umowę o pracę od 12 maja. Powinnam po nią przyjechać w piątek, 9 maja.

9 maja 2008
Właśnie otwierałam garaż, kiedy zadzwoniła komórka. Odzywa się pani z działu instrukcyjno-metodycznego biblioteki.
– Przepraszam w imieniu dyrektora – musiał wziąć urlop, zapomniał o całej sprawie, ale prosi o kontakt w poniedziałek.
– Przecież od poniedziałku miałam pracować w filii na Fantazego.
– Nic nie wiem na ten temat.

11 maja 2008
Cały weekend do bani.

12 maja 2008
08.30 – waruję pod gabinetem Maksymiliana Traciuka. Pani sekretarka informuje, że pan dyrektor nie ma czasu, prosi, żebym zadzwoniła po dwunastej. Wstałam o 5.30, lecz mówi się trudno.
12.15 – szef zajęty, jest na spotkaniu.
12.50 – wyszedł, ale wróci.
13.50 – Ania przekazuje mi wiadomość od dyrektora, abym przyszła we czwartek. Nieeeeeeee!!!!!!!!! We czwartek powie mi, że w następny poniedziałek. Przecież dzisiaj miałam już pracować!

15 maja 2008
Pan dyrektor Traciuk oznajmia, że idę do pracy 2 czerwca. Będę najprawdopodobniej w filii numer trzydzieści dwa. Każe mi przyjść do siebie za dwa tygodnie, 29 maja, po umowę o pracę.
– Na pewno?
– Pani kochana! Ojej, przepraszam za zdenerwowanie, lecz po co bym w takim razie wydawał pieniądze na pani badania?

29 maja 2008
Sekretarka informuje, że szef jest chory i nie będzie go w pracy, może nawet miesiąc. Ona i kadrowa radzą mi nie odpuszczać sprawy i dowiadywać się, na wszelki wypadek, jak wygląda sytuacja.

30 maja 2008
Dzwonię do biblioteki.. Okazuje się, że dyrektor przyszedł, tylko otwiera jakąś wystawę. Nie wiadomo, kiedy będzie dostępny. Przyjeżdżam około czternastej. Sekretarka Ania idzie do gabinetu szefa i przekazuje mi, iż pan dyrektor gorąco przeprasza, lecz teraz jest szalenie zajęty. Prosi, abym przyszła we wtorek, 3 czerwca.
   Labirynt, dzień świstaka i niekończąca się opowieść, tymczasem na telefony i na dojazdy do biblioteki wydałam przynajmniej jedną pensję, którą bym w niej zarobiła. Podliczam również straty moralne. Gdyby miały przełożenie na pieniądze, mogłabym za nie kupić pół Titanica, przed zatonięciem, rzecz jasna. Przyjaciele i znajomi współczują i dodają mi otuchy. Wieszają psy na dyrektorze. Tylko jedna z koleżanek, Maryla, ma odmienne zdanie.
– Żywia, posłuchaj. Jeżeli tyle czasu dobijasz się do tych drzwi, a one się nie otwierają, to znaczy, że tak ma być. Los daje ci wyraźny znak, że ta droga nie jest dla ciebie. Szukaj innej.
– Marylko, poświęciłam tej sprawie mnóstwo chęci, czasu i energii. Nie zrezygnuję.
– Wszystko, co robisz, nadaje sens twojemu życiu. Efekty twojego działania powodują, że czujesz się potrzebna sobie i innym. Masz jedną wadę: nie wiesz, kiedy trzeba odpuścić.
– To słowo dawno nie istnieje w moim języku. Nigdy się nie poddaję.
– I tutaj popełniasz błąd. Sądziłam, że jesteś mądrzejsza.
   Jeżeli wszystko działoby się w innej rzeczywistości, pewnie posłuchałabym koleżeńskiej rady. Lecz w Polsce pracę zdobywa się w pocie, łzach i znoju. Moje przejścia stanowią normalny element układanki.

5 czerwca 2008
Przyjeżdżam wściekła, z zamiarem zażądania wypłacenia mi rekompensaty pieniężnej za niespełnione obietnice. Albo podam pana dyrektora do sądu.
Cud, dostaję od ręki umowę o pracę. Na pół roku. Niedostępny do tej pory szef, prosi mnie do gabinetu chyba pięć razy. Podsuwa mi fotel, proponuje kawę lub herbatę. Przedstawia mnie pani wicedyrektor, Reginie Frąk. Tleniona, tęgawa kobieta po pięćdziesiątce wita się ze mną wylewnie.
– Nareszcie dołączyła pani do zespołu. A jak się pani podoba nasza strona internetowa?
– Wspaniała. Mapka bardzo przejrzysta. Od razu się zorientowałam, gdzie znajduje się moja filia i jak tam dojechać.
– Lubię takich zaangażowanych pracowników, którzy czytają o nas w Internecie – mówi dyrektor z uśmiechem. – Proszę się starać, będzie jeszcze pani pracowała w centrali.
– Jasne, pan dyrektor jest dla nas jak rodzony ojciec – wtrąca lekkim tonem i od niechcenia pani wicedyrektor.

Cukier, miód i orzeszki. Tak oto, po miesiącach pętania się przy pańskich drzwiach i całowania pańskiej klamki, mam pracę. Mam pracę! Dopięłam swego celu.

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.2


Po załatwieniu wszystkich papierkowych formalności otrzymuję polecenie, żebym jechała już do swojej filii, usytuowanej na drugim końcu miasta. W gierkowskim, ciemnawym klocku, niesamowicie dusznym i zagraconym, otacza mnie wianuszek kobitek, bardzo zaskoczonych, bo o tym, że dostaną nowego pracownika, dowiedziały się pół godziny temu.
   Przedstawiają się kolejno, rzucając mi zaciekawione spojrzenia.

Elegancka i szykowna, szczupła, sympatyczna i miła w obejściu, dobrze po czterdziestce. Kierowniczka, pani Grażyna.
Halina. Postawna, powolna, tęgawa, z ciemnymi, tłustymi włosami. Odziana na czarno, zaniedbana. Liczy sobie pięćdziesiąt parę lat.
Iza, jak się potem okaże, kolorowa eminencja filii. Równa pięćdziesiątka. Drobna, szczupła brunetka, w typie Geraldine Chaplin. Bardzo efektowna, o oryginalnych rysach twarzy. Ubrana zawsze ciekawie i wyzywająco, na czarno lub biało, podzwaniająca srebrnymi bransoletkami i wielkimi kolczykami.
Gruba, roześmiana Ala po trzydziestce. Ładna, seksowna, świetne ciuchy, wąskie okulary.
Pulchny i pucułowaty Pimpuś – stażystka Kasia, dwadzieścia pięć lat, magister psychologii. Opony na brzuchu, za to długie, zgrabne nogi. Miła buzia, gładka cera.
Sprzątaczka, pani Stenia, lat czterdzieści dziewięć. Filigranowa brunetka, w typie Meksykanki.
Rozwiane włosy do pasa i śliczny uśmiech należą do Elżbietki, prowadzącej zajęcia pedagogiczne.
– A…. pani?
– Mam na imię Żywia.
– ???

cdn.

-----------------------------------
1 Otóż wymieniona autorka, w swoim wspaniałym cyklu powieściowym Małżeństwo niedoskonałe, wiele razy twierdzi i udowadnia, iż niski mężczyzna "moczy serce w gównie". Takiemu osobnikowi nie można ufać. Należy mieć się przed nim dobrze na baczności.

2 Tę piosenkę wykonywał subiekt z Lalki Bolesława Prusa, pan Ignacy Rzecki. W chwilach, gdy ogarniał go świetny, wiosenny humor.




Ilustracje na podstawie zdjęć z serwisów iStockphoto i SXC.hu


Książka (pt. "Bibliotekarki") ukazała się nakładem wydawnictwa "Skrzat".