Drukuj
Wrzesień 2008 autor: Alex Żuławski

Wycieczka na Sycylię

Pan Wacek z sąsiedztwa oznajmił mi, że planuje jechać na wakacje za granicę. Ponieważ moja żona już od dawna wyrażała chęć zwiedzenia ciekawych krajów, poszliśmy razem do biura podróży. Wacek poprosił miłą urzędniczkę, by nam coś poleciła. Z uśmiechem zapytała, czy już byliśmy na Sycylii. – Czy to w Europie? – spytał Wacek.

Nie tylko w Europie, ale to tak piękne miejsce, że każdemu można się pochwalić, gdzie się było i znajomi umrą z zazdrości.

– Ile bulniemy? – zapytał Wacek.
Zimno mi się zrobiło, kiedy usłyszałem cenę poznania świata. Wacek bez wahania powiedział, że jedzie z żoną. On jest wspólnikiem w komisie samochodowym, pieniędzy mu nie brakuje. Ale u mnie jest trochę krucho z forsą.
Zapytałem, dlaczego ta wyspa jest taka droga? Mafii trzeba płacić, żeby przejechać autobusem przez miasta?
– Samolotem trzeba dolecieć do Rzymu i to drogo kosztuje – powiedziała urzędniczka. – Turyści mafii nie przeszkadzają. Odwrotnie, przynoszą jej dochody.
Nie mam pojęcia, jak turyści przynoszą dochody mafii, ale to już inna sprawa. Zadzwoniłem do żony i wyjaśniłem, że taka wycieczka to bardzo drogi interes.
– Wackowa zgodziła się? – zapytała.
– On się jej nawet nie pytał. Zadecydował sam.
– No to i my jedziemy – oświadczyła żona.

Przelot był bez zastrzeżeń. Jedzenie było dobre. Wacek kupił w samolocie butelkę finlandzkiej, bo to bez cła i w hotelu będzie można spokojnie spędzić deszczowy wieczór z kieliszkiem. Nie wiedział, niestety, że na Sycylii latem nie pada deszcz. Nikomu nie zginęły walizki, choć pan Zacny twierdził, że zawsze giną.

W Rzymie czekał na nas autobus. Całkiem nowoczesny. Pojechaliśmy do Pompejów. Pilot powiedział, że to miejsce ma specjalny urok. Że tam są burdele. Rzeczywiście to bardzo stara ruina. Wacek był bardzo zawiedziony. Były burdele, ale nie było w nich panienek, więc to nic ciekawego. Jutro jedziemy na Etnę.

Pompeje – burdel

Nie wiem, po jaką cholerę wożą ludzi na ten wulkan. I to jeszcze za nasze pieniądze.
Autobusiki zawiozły nas na górę. Upchali nas w nich jak sardynki w pudełku. Na górze tylko lawa i nic więcej tam nie widać. Z krateru wydobywała się jakaś chmurka i śmierdziało siarką. Nawet jednego kwiatka tam nie ma. Chociaż właściwie był – pani Nowakowa, rozwódka. Ma może 35 lat.
Etna
Chmurka nad Etną

Wackowa zapytała, czy żywi wrócimy do domu. Cały czas się modliła, bo pani Wężyk powiedziała jej, że tak wygląda piekło. Wacek wyjął z kieszeni płaską buteleczkę i łyknął dla kurażu. Też mu się ten interes nie podobał. Zacny powiedział, że zawsze ktoś się gubi na Etnie i są problemy z dojechaniem na czas do hotelu.
Nikt się nie zgubił. Ale w drodze powrotnej wysiadło nam koło w autobusie. Szofer zamówił pomoc drogową. Inteligent. Sam powinien zabrać się do roboty! Na pomoc czekaliśmy półtorej godziny.
Do hotelu przyjechaliśmy za późno. Grupa sąsiadów zza naszej granicy, nie powiem kto, bo to nieładnie, zżarła całą naszą kolację. Panie strasznie biadoliły. Choć według mnie wszystkie powinny być od dawna na diecie, prócz pani Nowakowej. Ona miała piękną figurę. Codziennie ukazywała się w coraz krótszej spódniczce. Wydaje mi się, że przez część wycieczki panowie przyglądali się jej, a nie krajobrazowi, który wcale nie był ciekawy.

Rano wstaliśmy wcześnie, bo czekała nas długa podróż. W czasie jazdy nasz pilot otrzymał telefon od właściciela hotelu, w którym nocowaliśmy, że turyści zza naszej granicy chcą go zlinczować, bo wynieśliśmy z hotelu wszystkie bułeczki i dla jego gości nic nie zostało. Będzie żądał odszkodowania od naszego biura podróży za cierpienie, które przeżył. Nasze żony nie są głupie. Każda wyniosła przynajmniej dwa sandwicze z kiełbasą. Kto wie, czy nie będziemy głodować w następnym hotelu, jak nam znowu koło nawali w autobusie?

Od czasu do czasu autobus zatrzymywał się, żeby można było skorzystać z ubikacji.
Tym razem to było na małej stacji benzynowej, w miejscu zapomnianym przez świat. Nie wiem, kto tam kupuje paliwo, bo żadne auto tam się nie zatrzymało w tym czasie. Panie jak zwykle zawładnęły naszą ubikacją i musieliśmy iść w krzaki, żeby posiusiać. Później piliśmy cappuccino.

Pompeje. Wskazówka, dokąd mieli iść mężczyźni

Wreszcie po wielu przygodach dojechaliśmy do Palermo, stolicy Sycylii. Wacek uśmiał się jak nigdy. Na ulicach pełno było Smartów – to takie mini autko. Wacek sprzedaje używane Mercedesy, które mają po kilka metrów długości. A tu, w stolicy kraju, którym ma rządzić mafia, jeździ się takimi mikrobami! Pilot powiedział, że tu nie ma miejsc na parkowanie i to jest przyczyną dużej ilości tych Smartów.
Skuterów też było bez liku.

Zawieźli nas do jakiegoś klasztoru Kapucynów. Zwiedzaliśmy katakumby z kilkoma tysiącami zabalsamowanych zwłok. To balsamowanie czasami wychodziło im bardzo źle, bo widać było gołe gnaty pochowanych. Tylko po co nas tam sprowadzili? Żebyśmy mieli większy apetyt na kolację?
Pani Lis szła tam prawie na ślepo, żeby nie oglądać tego widowiska. Pani Nowakowa stwierdziła, że jeden z kościotrupów uśmiechał się do niej. Dziwne.
Katakumby
Kościotrupy w katakumbach (skan z widokówki)

Wieczorem dojechaliśmy do promu, który miał zawieść nas do Neapolu. Ogromny okręt. Nawet windy w nim były.
Myślałem, że nie zasnę jak będzie bujać na falach. Okręt jednak płynął tak, jakby nie było fal. Rano nasz pilot wstał bardzo zmęczony. Mówił, że przez to kołysanie okrętu nie mógł zasnąć. Pani Nowak też była niewyspana. Dziwne... bo myśmy spali bardzo dobrze.

Mieliśmy płynąć na wyspę Capri wodolotem. Po wyjściu z portu wodolot zaczął tańczyć na falach. Załoga była przygotowana na to, co się stanie i dwóch marynarzy stało przy nas z torebkami na wymioty. Co chwila latali do kogoś podać taką torbę. Wackowa również była w złym stanie. Zużyła dwie torby. Pani Franik chyba wydobyła z siebie obiad z poprzedniego dnia. Prawie wszyscy chorowali. Źle było z panią Nowakową. Jak wychodziliśmy z wodolotu to nasz pilot musiał ją wynieść na rękach, bo prawie zemdlała. Nawet nie skarżył się, że mu było ciężko!

Capri, uliczka portowa

Małymi autobusikami zawieźli nas na Anna Capri. To była podróż! Same zakręty i przepaść, a szofer pędził jak zwariowany. Żona powiedziała mi, że za żadne skarby nie wybrałaby się na tę wycieczkę, gdyby wiedziała jak tu się jeździ po szosach. Najgorzej było z panią Nowakową. Znowu zemdlała i pilot musiał ją reanimować. Jednak nie metodą usta-usta, tylko naciskał ręką na jej pierś. Szczęście, że udało mu się ją wyratować! Bo z wycieczki przywieźć trupa do kraju, to żadna przyjemność.
Ale to jeszcze nic. Mieliśmy jechać wyciągiem na szczyt góry. Krzesełko na jedną osobę i nic więcej. Można spaść w przepaść i kto trupa tam znajdzie. Myśmy zrezygnowali. Wackowie nie. Ona cały czas darła się ze strachu podczas jazdy. Wacek krzyczał, żeby mocno trzymała się rury, na której zawieszone było krzesełko.
Jakoś szczęśliwie wszyscy dojechali do górnego przystanku.

W drodze powrotnej było tak samo. Większość pań miała zamknięte oczy podczas jazdy do portu, żeby nie widzieć wyczynów kierowcy. W powrotnej drodze już nie było silnych fal i wodolot prawie się nie kołysał. Jednak nasz pilot całą drogę trzymał w objęciach panią Nowakową, żeby jej się nic nie stało.

Wróciliśmy do kraju. Jedyna walizka, która zaginęła, była własnością pana Zacnego. Miał rację, że walizki giną na lotniskach.
Ktoś mówił żonie, że Nowakowa pytała się pilota, dokąd jedzie z wycieczką następnym razem.
Żona z panią Wackową chodzą do znajomych i opowiadają im jak wygląda piekło oraz jak w ciągu sekundy można stracić życie spadając z autem w przepaść w drodze na Anna Capri.

Myślę, że warto było jechać na Sycylię.


Zdjęcia autora