Bizony w Kurozwękach

Polskie dróżki
 
   Do Kurozwęk ciągnęło nas z co najmniej dwóch powodów. Pierwszy, to chęć nacieszenia oczu pałacem, który już nie jest ruiną, a drugi, to... bizony. Raczej mało historyczne na naszych ziemiach, za to niezwykle ciekawe przyrodniczo. Zresztą, każdy powód jest dobry, by zobaczyć Kurozwęki. Wystarczy w odpowiednim momencie, mniej więcej w połowie drogi między Staszowem a Rakowem, skręcić w ich kierunku z drogi krajowej 757, nie licząc zbytnio na to, iż doprowadzą nas tam drogowskazy.


   Własnymi oczami zobaczyć następny kawałek tego, co zostawiła nam nasza trudna historia i za wszelką cenę nie dopuścić, by trafił nas potężny szlag... Z takim nastawieniem jechaliśmy w stronę Kurozwęk, zostawiając za sobą monumentalne ruiny zamku Krzyżtopór w Ujeździe, które wzbudziły w nas skrajne uczucia: niemego zachwytu i  głośnego lamentu nad jego zniszczeniem. Ruiny zwykle pobudzają naszą wyobraźnię, ale jak każdy stan upadku i zniszczenia, budzą również gorzką zadumę nad przemijaniem oraz  żal za minioną świetnością. Jak to ruiny. Których, nawiasem mówiąc, otrzymaliśmy wyjątkowo dużo w spadku po naszej burzliwej przeszłości. Tej bardzo dawnej, trochę bliższej, a nawet całkiem świeżej, niestety...

   Jak przystało na członków Towarzystwa Wszystko Chmielewskie, skupiającego, jak sama nazwa wskazuje, fanów Joanny Chmielewskiej, autorki nie tylko poczytnych "kryminałów z przymrużeniem oka", lecz także wielkiej znawczyni i miłośniczki naszej historii, postanowiliśmy wykorzystać spotkanie integracyjne na Ziemi Kielecko-Sandomierskiej krótko, lecz treściwie – organizując wycieczkę na jakże historycznej trasie: Ujazd – Kurozwęki – Szydłów,  zakończoną wypadem do Muzeum Zegarów w Jędrzejowie, gdzie miniony czas ma szczególny, można rzec – namacalny wymiar.

   Do Kurozwęk ciągnęło nas z co najmniej dwóch powodów. Pierwszy, to chęć nacieszenia oczu pałacem, który już nie jest ruiną, a drugi, to... bizony. Raczej mało historyczne na naszych ziemiach, za to niezwykle ciekawe przyrodniczo.
   Zresztą, każdy powód jest dobry, by zobaczyć Kurozwęki. Wystarczy w odpowiednim momencie, mniej więcej w połowie drogi między Staszowem a Rakowem, skręcić w ich kierunku z drogi krajowej 757, nie licząc zbytnio na to, iż doprowadzą nas tam drogowskazy. A i w samych Kurozwękach też należy uważać, by nie przegapić strzałki z odnośną informacją i trafić w bramę zespołu pałacowo-parkowego, położonego niżej niż reszta miasteczka, w dolinie rzeki Czarnej. Nam udało się to dopiero za drugim razem.

pałac w Kurozwękach

   Tuż po minięciu bramy wjazdowej otworzył się przed nami widok na rozległy teren zielony, czyli resztki XX-wiecznego parku, z którego ocalały jedynie dwa okazałe platany, oraz na cały zespół pałacowy, porywający oczy świeżym kolorem różu pompejańskiego na odnowionej, barokowo-klasycystycznej fasadzie górującej nad dziedzińcem i dwoma, równie pięknie odrestaurowanymi, pawilonami po jego bokach. To efekty niemal 15-letnich prac konserwatorskich, usiłujących przywrócić zabytkowi dawną świetność po nieszczęsnym, 47-letnim mecenacie władz PRL-u. Tak się bowiem złożyło, że tej rodzinnej posiadłości, która przez ponad 500 lat była dziedziczona lub wnoszona w posagu przez córki kolejnych rodów: Kurozwęckich, Lanckorońskich, Sołtyków i Popielów, nie zdołały zniszczyć żadne wojny, ani zawieruchy dziejowe. Do prawdziwej ruiny doprowadziło ją  dopiero pół wieku  władzy robotniczo-chłopskiej – od chwili wyrzucenia ostatniego właściciela, Marcina Popiela i upaństwowienia całego majątku w 1944 roku, do roku 1991, kiedy jego bratanek, Jan Marcin Popiel, odkupił od państwa ogołocony pałac i park. Dodajmy, że wcale nie za symboliczną złotówkę.

   Począwszy od XV wieku, kiedy powstał rycerski zamek o charakterze obronnym, aż do początków wieku XX, gdy był już rezydencją mieszkalną, pałac wciąż był rozbudowywany, modyfikowany i upiększany zgodnie z obowiązującymi kierunkami architektonicznymi. O ile ta ewolucja stylów zachowała się (mniej lub bardziej) w bryle głównej pałacu, to z wystroju wnętrz nie pozostało prawie nic. Potrzeba wielkiej wyobraźni, by zwiedzając pałac od piwnic poprzez odrestaurowane, ale zupełnie puste apartamenty: salę balową, jadalnię oraz salony: Zielony i Czerwony, wyobrazić sobie ich dawne, bogate piękno. Jedyna niezniszczona polichromia zachowała się w dawnej kaplicy tylko dlatego, że przechowywano w niej węgiel, który, jak wiadomo, był tak łakomym kąskiem, że trzymano go pod kluczem.
   Reszta ścian nie miała takiego szczęścia. Podobnie, jak meble, obrazy i tysiące innych drobiazgów, które znikły bez śladu, pozostając jedynie na nielicznych zdjęciach i rycinach. Świadomość bezpowrotnej utraty cennych dóbr, bezmyślnie lub z premedytacją zniszczonych przez rodaków,  to jedna z przyczyn, dlaczego o mało nie trafił nas, ten wspomniany na początku, potężny szlag...

   Tym większy podziw i szacunek wzbudził w nas obecny właściciel, który z uporem i pietyzmem rekonstruując przeszłość, także doskonale radzi sobie w naszej w rzeczywistości. Dla urodzonego w Belgii spadkobiercy rodu, słabo znającego nie tylko polskie realia, ale również język przodków, na pewno nie było to łatwe. Podobnie jak dla jego żony, która języka polskiego nie znała wcale. Po kilkunastu latach ciężkiej pracy oboje cieszą się wielkim uznaniem i szacunkiem całej okolicy, bowiem kontynuują chlubne tradycje Popielów: działanie na rzecz lokalnej społeczności oraz szeroko zakrojoną działalność gospodarczą, dzięki której w Kurozwękach ma pracę niemal każdy, kto chce i potrafi pracować. Obecnie to nie tylko hotelarstwo, gastronomia, rolnictwo, hodowla krów i koni, ale także to, co nas szalenie zaciekawiło: pierwsza w Polsce hodowla bizonów amerykańskich.
bizony w Kurozwękach
   Można je zobaczyć z bliska, bowiem pojazd, składający się z odkrytego wagonika ciągniętego przez traktor, wjeżdża na środek łąki, będącej całorocznym domem tych zwierząt. Wytrzymują one pod gołym niebem nawet najsroższą zimę (do –60°C), a wiosną każda samica rodzi jedno cielę, dzięki czemu stado z jednego, sprowadzonego sześć lat temu  z Belgii byka i 20 jałówek, rozrosło się  do 100 sztuk i wciąż się powiększa. W ciepłe, majowe popołudnie wcale nie przypominało tego z amerykańskich westernów, tętniącego i wzbijającego preriowy kurz. Wszystkie bizony, łącznie z  jednotonowym bykiem, leżały grzecznie, jak gigantyczne, brązowo-czarne kopce kretów na świeżej trawce i spokojnie ją przeżuwały, nie zwracając na nasz pojazd żadnej uwagi. A małe cielątka spały sobie słodko, bezwładnie rozciągnięte, jak miękkie, jasnopopielate szmatki.
   Żeby utrzymać się przy życiu, jeden bizon potrzebuje aż 1 hektara łąki, dlatego stado jest dokarmiane. Jest także kontrolowane weterynaryjnie, a również, co tu ukrywać, niektóre osobniki są odstrzeliwane i serwowane w postaci wykwintnych dań w czasie pałacowych przyjęć. Podobno stanowią prawdziwy rarytas dla mięsożerców, bowiem bizonina jest wyjątkowo chudą, smaczną i zdrową formą dzikiego białka. Nie kosztowaliśmy, uwierzyliśmy przewodnikowi na słowo.

warchlaczki   W drodze powrotnej z łąk pełnych cichych bizonów, nawołujących się czajek i dzwoniących skowronków, czekała nas jeszcze jedna kurozwęcka, zwierzęca atrakcja – mini zoo. Ze strusiami, świnkami wietnamskimi, drobiem ozdobnym, rodzimymi kozami, sarenkami i dzikami, których warchlaczki okazały się najzabawniejszymi maluchami pod wiosennym słońcem. A także z wielbłądem dwugarbnym, Tytusem, na którym można odbywać przejażdżki. Pewnie dlatego, że nie wyraziliśmy na nią ochoty, strasznie dziwnie na nas porykiwał... Niestety, nie poświęciliśmy mu należytej uwagi, bowiem zaintrygowało nas inne, dziwne zwierzę: wielkie, pokryte długą, gęstą, rudą sierścią, od kopyt po imponujące rogi, jakby żywcem wzięte z epoki lodowcowej. Okazało się przedstawicielem szkockiego bydła górskiego, czyli highlandem.

   Nie skorzystaliśmy również z innych, licznie nam oferowanych atrakcyjnych form wypoczynku, jak jazda konna lub bryczką, zjeżdżanie po linie, paintball do tarczy, czy bardziej kameralne – ognisko z zapleczem kuchennym lub bez, bowiem dzień zaczął się chylić już ku zachodowi, a na nas czekało następne historyczne miejsce – polskie Carcassone, czyli Szydłów. Pogłaskaliśmy więc aksamitny pień platana i oglądając się na niknący w oddali pompejański róż pałacu, skręciliśmy nie w tę drogę, co potrzeba. Szybko jednak zawróciliśmy i ruszyliśmy we właściwym kierunku. Wprost do Średniowiecza, które objawiło się naszym oczom w postaci wyrosłych nagle z zieleni białych murów i wież, ostro rysujących się na tle nieba. Które z każdą chwilą robiło się ciemniejsze od deszczowych chmur i sprawiło, że poznaliśmy Szydłów trochę inaczej, niż zamierzaliśmy.

   Ale to już zupełnie inna historia, na długie równie opowiadanie, którego, jeśli Szanowni Państwo pozwolą
c.d.n.


Kurozwęki w sieci

Zdjęcia z archiwum autory


Zwiedzaj z nami Kielecczyznę! Zapraszamy do:
zamku Krzyżtopór
Szydłowa
Sobkowa
Jędrzejowa
a na końcu do raju w Anatolce :)

Komentarze (2)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl