Moje codzienne życie w Misji

Moje codzienne życie w Misji
Misja w Kamerunie, część 4
w polu - fot. autory
   Dzwonek rozbrzmiewa o 5.30. Dzieci wstają, robią porządki, idą w pole. Uprawia się na nim maniok, banany, papaje, ananasy, trzcinę cukrową – podstawowe składniki żywienia dzieci. O 6.15 zbieramy sie w kaplicy misyjnej na krótką modlitwę. Jest jeszcze zmrok, komary tną niemiłosiernie, dookoła panuje cisza. Jest czas na skupienie i zastanowienie się. Później, do siódmej, mam czas na korespondencję.
   Jeśli mamy prąd, nie pada deszcz i wokół nie grzmi burza, kontaktuję się przez Internet ze światem. O siódmej jem z ojcem Darkiem wspólne śniadanie, dzieci szykują się w tym czasie do szkoły i przedszkola. Salome smaruje dla najmłodszych bagietki z masłem. Bagietki są w Kamerunie jedną z nielicznych rzeczy dotowanych przez państwo i tańszych niż... zboże. Wieśniakom opłaca się kupować gotowe pieczywo, aby... karmić nim świnie.
   Przenoszę się do biura misyjnego i do obiadu pracuję. Wszędzie umieszczone są wentylatory skierowane na komputery bez osłonek. Darek twierdzi, że kurz nigdy nie zaszkodził, ale wszechobecna wilgoć wykończyła mu już niejeden sprzęt.
   Pracuje się przyjemnie. Od czasu do czasu ktoś do mnie zagląda, pokazuje mi coś na migi. Komunikacja bez francuskiego udaje się znakomicie. W zasięgu ręki mam wielki kubol herbaty z cytryną, z którego przed upiciem łyka zgarniam jakieś insekty. Są wszędzie, więc szybko przyzwyczajam się do ich obecności. Po napiciu się należy kubek czymś przykryć, aby robactwo nie nalazło do środka. Skaczą na mnie piętnastocentymetrowe "koniki polne". Są przepiękne, mimo to boję się, że nabawię się jakiegoś tiku, spędzając i odganiając ciągle owady. Mam na sobie długie spodnie, koszulę z długimi rękawami, na szyi zawiązałam sobie chustę, stopy i twarz spryskałam autanem. Tak odstrojona mogę w miarę spokojnie papajapracować. Wkurzają mnie tylko termity, które uparcie przykrywają mi monitor komputera, lecąc do światła. 
   W południe jemy obiad, później udajemy się na popołudniową sjestę. Jest bardzo gorąco. Myślenie w tych warunkach jest bardzo trudne. Kładę się pod moskiterą i prawie natychmiast zasypiam.
   Po południu zasiadam znów przed komputerem i pracuję do kolacji. Zmrok zapada nagle i zawsze o te samej porze, ok.  godz. 18. O 21-ej idziemy spać.

10.03.2005
   Jest bardzo gorąco. Chodzę w zwolnionym tempie. Na obiad jemy mięso w sosie orzeszkowym, do tego świeżo utarty piment i gotowane banany. Pycha! A wieczorem...
A wieczorem boli mnie brzuch... i to tak na bardzo poważnie. Nie tracę nadziei, że to "tylko" od ostrego jedzenia. Mój europejski żołądek jest najwyraźniej zupełnie niedostosowany. Darek daje mi lokalne tabletki. Twierdzi, że po takiej dawce szybko mi przejdzie. Nie dopytuję się o składniki. Mniej wiem – lepiej śpię.
   Z Yaounde zadzwonił Massimo. Jest moja waliza! Lydia natychmiast udała się po nią do stolicy. Przy dobrych wiatrach wróci za dwa dni.
   Czuję się źle. Boli mnie gardło. Przyszedł czas odpokutować jazdę przy otwartym oknie...

11.03.2005
   Wstaję zasmarkana. Darek się śmieje, że przeziębiłam się w Afryce. W płucach mi rzęzi, z nosa leci, głowa pęka. Psy szczekały całą noc, a ja przestraszona opowieściami o napadach prawie nie zmrużyłam oka. Jestem zdecydowanie nie w humorze. Ale przyjechałam tu do pracy, a nie żeby mieć muchy w nosie, choć jedno wcale nie wyklucza drugiego...

   Humor poprawia mi sie wyraźnie, gdy starszy mężczyzna z parafii przynosi mi prezent! Rozczulam się i dziękuję mu pięknie! Jest to zabita kura, z głową, piórami i skrępowanymi kończynami. Doceniam ten podarunek i daję dzieciom. Będą miały ucztę!
   Darek opowiada mi o swoim marzeniu. Marzy mu się piernik. Taki nasz, polski. No problem! Niezawodna mama przesyła mi przepis na taki trochę "oszukany" piernik. Marianne dokupiła parę koniecznych rzeczy i możemy zabrać się do dzieła.
 
pieczemy szarlotkę   Najpierw trzeba utłuc cukier, który w wilgotnym klimacie przypomina bryłę, za to margaryny nie trzeba roztapiać. Leje się sama. Dzieci się przyglądają i notują. Pachnie smakowicie i swojsko. Wszystkie łyżki, miski, kubki zostają wylizane. Śmiejemy się ze zdania mamy: "Wrzuć wszystko do miksera" – nie ma tu takiej możliwości, ale za to dużo rąk do kręcenia. Postanawiam zrobić jabłecznik. Zagniecenie ciasta kruchego jest prawie niemożliwe. Ciasto przelewa mi się przez palce. Dobrze, że jest lodówka. Odstoi swoje i po drodze krzyżowej pieczenia ciąg dalszy. Jabłka są tu bardzo drogie i ojciec mówi ze śmiechem, żebym sobie podgryzała papaję, a jemu zostawiła takie rarytasy.

ulewa   Duchota staje się nie do zniesienia, niebo pokryły czarne chmury. W panice wyłączamy komputery, zamykamy bramy przed rozszalałym wiatrem. Rzeczy rozwieszone fruną, łapiemy je w pośpiechu i nagle... lunęło! Chwytam za kamerę i filmuję ten huk i ścianę wody. Darek twierdzi, że do prawdziwego deszczu dużo mu brakuje. Musimy się przekrzykiwać. Nic nie słychać! Na mnie robi to mimo wszystko wrażenie. Wystawiamy na zewnątrz wszystkie naczynia, kotły i beczki. Wody nadal nie mamy, trzeba łapać okazję. Do pompy ma ktoś przyjść o 15-ej, ale jestem już doświadczoną Afrykanką i wiem, że gdy przyjdzie za tydzień, to dobrze.
 

Wieczorem
   Idziemy na Drogę Krzyżową. Wędrujemy przez cały cartier, procesja z wielkim krzyżem, jak się należy. Leje deszcz. Mam na sobie kurtkę z goreteksu i pocę się pod nią bardzo. Dzielę z Carolyn parasol. Rozkoszuję się tym spacerkiem! W czasie, gdy pada deszcz, jest tak orzeźwiająco! Wszechobecna zieleń spłukana z kurzu ukazuje swą krasę. Jest tak pięknie! Gdzieniegdzie lepianki, rozwalone chałupy, lecz, o dziwo, ludzie wygladaja na szczęśliwych. To nie Europa i nie ten standard. 

Droga Krzyżowa

     Po przyjściu do misji czeka mnie w moim pokoju niespodzianka. Moja waliza przyjechała! Nie mogę w to uwierzyć! Oklejona, zabezpieczona przez Massimo i ubłocona jak nieboskie stworzenie. Ale zawartość nienaruszona! Rzeczy pachną!Pachną tak swojsko, domowo i... czystością. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo śmierdzę. Wyciągam podkoszulek, który w domu przeznaczyłam do spania. Wlałam na niego odrobinę wody Axela. Jaki zapach! Ile mam rzeczy! Kiedy mam to nosić? Jestem bogata! Boże Narodzenie, urodziny i imieniny w jednym! Czuję się trochę jak osiołek, któremu w dwa żłoby dano i zdechł z głodu, bo nie mógł się zdecydować – tak i ja zamykam szczelnie walizkę. Niech sobie rzeczy popachną! Do moich brudnych spodni się przyzwyczaiłam. Chętnie zmienię tylko butwiejącą koszulkę.

upragniona waliza   Przynoszę z dworu wiadro pełne krystalicznie czystej deszczówki i namydlam się obficie. Płuczę się za pomocą kubeczka. Mycie się w pięciu litrach wody mam opanowane do perfekcji. Włosy wymyte taką wodą są mięciutkie w dotyku, a ja decyduję się jeszcze na zgolenie zbędnego owosienia tu i tam. No cóż, europejskie nawyki dają o sobie znać. Obcinam paznokcie. Tak, tak, obcinacz był w walizce, jak i maszynka. Co za skarby! Czuję się jak człowiek. Jak niewiele potrzeba mi do szczęścia... Dziewczyny śmieją się z ogolonych nóg. One dla odmiany golą sobie... głowę, a wszystko poza tym jest kaprysem i niemądre.
   Zanoszę do Darka lekarstwa, herbatę, ubrania dla dzieci i zabawki. Jest wniebowzięty. Wstawiam szarlotkę do pieca, smarujemy konfiturami piernik. Częstujemy dzieci, rozdaję zabawki. Jest dużo pisków i śmiechu! Co za radość! Prawdziwe święto! A przed spaniem... a przed spaniem pisałam to i wdychałam całymi, zaziębionymi płucami cudowny zapach mojego czystego podkoszulka! I am happy!


Zdjęcia autory

{jos_sb_discuss:19} 

 

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl