Lizbona - Azulejos, Saudade i fado

portugalskie wybrzeze Atlantyku

    Saudade to tęsknota, nostalgia, to coś nie do końca dającego się opisać. Jednym słowem, to tęsknota za czymś, czego się opisać nie da, za czymś, co odeszło, za czymś, czego nigdy nie było... Portugalczycy są nieco saudade, ale nie na co dzień. Na co dzień wydają się uśmiechnięci i zadowoleni. Saudade tkwi w ich duszach i odzywa się zapewne w różnych momentach ich życia...


Portugalia - przyjazd

    3 listopada 2003 w poniedziałek zaczyna się nasza, moja i mojego męża, przygoda z Portugalią, z Lizboną i jej okolicami. Wylatujemy z Warszawy wieczorem z półgodzinnym opóźnieniem, w związku z czym nie wiemy, czy zdążymy na lot łączony z Frankfurtu do Lizbony. Po sporej dawce nerwów na lotnisku po wylądowaniu (zmienili w międzyczasie numer wyjścia, do którego musimy pobiec), trafiamy tam gdzie trzeba w przekonaniu, że się spóźnimy, jednak ufff, co za ulga, okazuje się, że czas podany na bilecie nie był czasem wylotu samolotu do Lizbony, a czasem boardingu. Tak więc, w sumie z jednego pokładu samolotu przeskoczyliśmy na następny i w drogę!

    Już w samolocie poczyniłam pierwsze obserwacje: lecą z nami ludzie o zupełnie innym typie urody, widać, że to nie są Słowianie... i ten język, super! Po drodze ćwiczę sobie podstawowe zwroty, między innymi "dziękuję" - chyba trochę za głośno, bo dziewczyna obok popatruje na mnie z zainteresowaniem, więc wściubiam nos w rozmówki i udaję, że... to nie ja.

    Przed wyjazdem powiedziano nam, że w Lizbonie koniecznie trzeba mieć ze sobą kurtkę przeciwdeszczową i parasol, bo tam lubi sobie popadać i że często gęsto po prostu leje. Zaopatrzyliśmy się oczywiście w te sprzęty, jak również w odpowiednie buty.

    Wiedziałam, że pierwszy dzionek muszę sobie jakoś w większości sama zorganizować, więc najpierw udałam się na spacer po okolicy. Pierwszy dzień, wtorek, był, przynajmniej z rana, zimny. Dobrze, że miałam mój ciepły polarek, ale w pewnym momencie nawet pożałowałam, że nie mam rękawiczek. Pospacerowałam po okolicy i pogapiłam się na ludzi. Po południu zjedliśmy lunch i potem Piotr znowu wrócił na konferencję, a ja postanowiłam iść do Muzeum Gulbenkiana. Jest to prywatne muzeum. Może nie ma tam mnóstwa rzeczy, ale za to zbiory rzeczywiście są ciekawe, w tym bardzo interesujące zbiory sztuki antycznej. Tak więc posiedziałam sobie tam i porozkoszowałam się sztuką. Szczególnie sztuka japońska i chińska podobała mi się, więc tam w sumie najwięcej czasu spędziłam.

    Ile jednak można siedzieć w Muzeum? Po wyjściu i stwierdzeniu, że jeszcze mam trochę czasu, poszłam sobie zobaczyć centrum handlowe, które było niedaleko naszego hotelu.

    Wieczorem wybraliśmy się na kolacje do Bairro Alto. Jest to jedna z bardziej malowniczych dzielnic Lizbony, można tam wieczorami zjeść kolację w jednej z rodzinnych restauracji. I tu moja kolejna obserwacja z Lizbony - wieczorem życie wre!! Ludzie tłoczą się w restauracyjkach, i to nie tylko turyści. Tam po prostu wychodzi się jeść wieczorami, i taka biesiada zaczyna się o godzinie 20 i trwa do późnych godzin nocnych. Czy oni w ogóle sypiają?? I jeszcze jedno, młodzi, starsi, wszyscy razem, to też fajnie wygląda. Tam starsi ludzie nie zamykają się w czterech ścianach, ale dobrze bawią.

    Tego wieczoru zjedliśmy kolację, popijając ją dzbanem domowego wina w dobrej restauracji Bota Alta ("But z Cholewką"!). Stoliki ustawione są tam ciaśniutko, niemal możesz odwrócić się i skosztować czegoś z talerza sąsiada, za to porcje duże i jedzenie naprawdę dobre, a wino wyborne. My w Lizbonie kosztowaliśmy przede wszystkim ryb. Nie ma co, na ryby nastawialiśmy się najbardziej, bo wiadomo, że gdzie jak gdzie, ale tam są naj naj! Świeżutkie i pyszniutkie. Ja osobiście i tak zawsze jadałam filety, bo ja jestem osobą, która nawet w filecie ości znajdzie.

    I tak nam minął pierwszy dzień, a plany na następny dzień były takie, o jakich jeszcze nie tak dawno osobiście nawet bałam się pomarzyć – a mianowicie Pokaz Delfinów w ZOO lizbońskim.

Delfiny... i nie tylko

    Rano posnułam się po centrum handlowym. Jakże spodobał mi się styl ubierania Portugalek. Są to kobietki bardzo eleganckie, ale, uwaga!! Daleko im do idiotycznego wystrojenia się. Noszą na sobie rzeczy ładne i dobrze skrojone, widać, że z dobrych materiałów, ale nie są przestrojone. Poza tym – dla mnie bomba – starsze panie są baaardzo zadbane, prawie każda ma staranną fryzurkę, trwałą ondulację, do tego dobrze skrojony kostiumik czy żakiet, w każdym razie starość wygląda tam o wiele lepiej, niż to widziałam nawet w dużych miastach w Grecji, na przykład. Tam starsze panie wydają mi się mieć obowiązek wyglądania smutno i szaro, tu odwrotnie. Nie znaczy to, że noszą jakieś kolorowe wdzianka na wzór Amerykanek, ale są prostu bardzo zadbane i ładne. Przyjemnie popatrzeć.

    W centrum handlowym głównie sobie popatrzyłam i ze zdziwieniem odkryłam, że tam mają o wiele cieplejsze i praktyczniejsze ciuchy! U nas na tę porę roku proponuje się jakieś paletka wiatrem podszyte, a tam? Ciepłe płaszcze, fajne kurtki. To samo z butami, żadne tam czuby, buty wygodne, aż pożałowałam, że nie mam więcej kasy, bo może jakieś wygodne buty bym sobie nabyła.

    Po południu pojechaliśmy metrem do ZOO. Pokaz delfinów był na godzinę 15, ale chcieliśmy wcześniej zjeść jakiś lunch, co też w knajpce przy ZOO uczyniliśmy. Potem ruszyliśmy do delfinów. Dla wszystkich niezorientowanych, delfiny kocham i są to chyba moje ukochane zwierzęta i jednym z moich marzeń życiowych było zobaczenia ich na żywo!! I jak się okazuje, marzenia rzeczywiście się spełniają!!
    Podeszliśmy do zbiornika, ponieważ było jeszcze nieco przed początkiem pokazu, delfiny bawiły się w wodzie. Na powierzchni wody pływały liście zwiane tam z pobliskich drzew i delfiny wymyśliły sobie super zabawę. Widząc nasze zainteresowanie podpływały do liścia, łapały go pyszczkiem i... wyrzucały nam je ponad barierką zbiornika na głowy! Mogę wam przysiąc, że uśmiechały się przy tym, jakby wiedziały, że to jest rzeczywiście dobry kawał! Przyznam się jeszcze do czegoś: otóż, kiedy podpłynęły do mnie i zobaczyłam ich pyski po drugiej stronie szklanej tafli, to... łezki wzruszenia zakręciły mi się w oczach... A potem zaczął się pokaz. Okazało się, że nie tylko delfiny będą się przed nami popisywać, ale najpierw foki. Można powiedzieć, że mimo, iż był to pokaz prowadzony jedynie po portugalsku, to nie było z tym problemów.

    Foki wykonywały fajne sztuki: okręcały się, stawały na ogonie, a potem jedna z nich ze swoją opiekunką chodziła po widowni i każdemu dawała buzi, a pani obok robiła zdjęcie, które zresztą przy wyjściu z ZOO można było sobie nabyć. Powiem wam, że buzi foki pachnie rybą! Dobrze, że to było tylko buzi w policzek...

    A potem były delfiny... Tego nie da się opisać, to po prostu trzeba zobaczyć. Na pewno robią te popisy dla przyjemności, poza tym, oczywiście panie opiekunki cały czas ganiają z lodóweczkami podręcznymi, z których po każdej sztuce zwierzęta otrzymują smaczną rybę.

    Ostatnią częścią pokazu było pływanie z jedną opiekunką, która razem z nimi robiła fajne sztuki: na przykład była przez delfinki wyrzucana do góry ponad powierzchnię wody. Ja tam tej pani współczułam, bo jak dla mnie, to listopad nie jest porą do pływania, ale ona nie wyglądała na zmartwioną. Pokaz podobał nam się bardzo, w sumie trwało to godzinę, razem z pokazem foczek, więc naprawdę było na co popatrzeć.

    Dzień zakończyliśmy kolacją w uroczej knajpce na Bairro Alto. Nawet nie pamiętamy nazwy. Po prostu mała knajpeczka, oczywiście jednoizbowa, ze stłoczonymi stolikami i smacznym jedzonkiem.

    Acha, i na koniec tego opisu taka mała refleksja. Otóż, muszę powiedzieć, że może mieliśmy szczęście, a może to fakt, ale nam się wydała Lizbona bezpieczna. Nie zdarzyła nam się na szczęście żadna nieprzyjemna sytuacja. Może jednak o bezpieczeństwie powinny się wypowiedzieć osoby, które dłużej tam mieszkają i żyją.

Azulejos, saudade i Fado...

    Następnego dnia wyruszyliśmy na podbój Lizbony. Najpierw metrem i kolejką podmiejską dotarliśmy do Belem. Tak przy okazji, metro moim skromnym zdaniem wcale nie jest rewelacyjnie oznakowane, a już jeśli chodzi o angielski, to oj, powiem tak: przez cały pobyt ze zdziwieniem zauważaliśmy, że po angielsku nawet młodzi ludzie nie mówią za dobrze. Byliśmy tym zaskoczeni, skoro starają się do siebie ściągnąć turystów... U nas jednak dużo lepiej ze znajomością języka wśród młodych, naprawdę. W centrum handlowym dziewczyny z takiego sklepiku z sałatkami i makaronami ledwo co mówiły. No, ale dobrze, że zawsze można palcem pokazać.

    Wracając do Belem. Najpierw poszliśmy zwiedzić Klasztor Hieronimitów, w którym jest grobowiec Vasco da Gamy. Wnętrze jest monumentalne, z podpierającymi sklepienie kolumnami, przypominającymi palmy. Następnie dotarliśmy do wzniesionego w 1960 roku Pomnika Odkrywców. Ma on formę wypływającej w morze karaweli, a na czele grupy ludzi stoi Henryk Żeglarz. We wnętrzu jest winda, którą można dotrzeć na szczyt pomnika, skąd rozciąga się przepiękna panorama miasta, gdyż sam pomnik jest bardzo wysoki. Stamtąd dotarliśmy wzdłuż nabrzeża do Torre de Belem. Jest to dawna wieża strażnicza przy wejściu do portu. Wieża jest bardzo ładna choć nie jest duża. Jej architektura jest śliczna, ma wiele zdobień, mnóstwo wieżyczek i jak mówi przewodnik, jest to jedyna czysto manuelińska budowla w Portugalii. Widać tam fascynacje architekta architekturą mauretańską i jest to moim skromnym zdaniem cacuszko.

    Nogi nas już bolały, więc po wizycie w porcie postanowiliśmy, że teraz czas na lunch. Po południu zaś ruszyliśmy do najstarszej dzielnicy Lizbony jaką jest Alfama. Jest to niezwykła dzielnica, w której uliczki są wąskie, tak jak zresztą wszędzie w Lizbonie. Jest położona na wzgórzach, więc uliczki prowadzą ciągle pod górę lub w dół. Uliczki, a raczej zaułki, są wąskie, kręte i uważaj wędrowcze, abyś się pośród wędrówki swej tam nie zgubił. Kamienice są stare i pokryte azulejos. Tu dochodzę do skarbu Portugalii, jakim są owe ceramiczne płytki, kafelki o mauretańskim rodowodzie. Sztuka ta rozwinęła tu swoje skrzydła, że się tak wyrażę. W Portugalii widać je na zewnątrz budowli, wewnątrz, także na sufitach i podłogach. W Lizbonie jest Muzeum Azulejos, szkoda, że czasu nam zabrakło aby odwiedzić to muzeum, bo powiem szczerze, że miałam na to wielką ochotę. W Alfamie wiele kamieniczek ma ściany zewnętrzne pokryte owymi płytkami i wygląda to naprawdę bardzo malowniczo.
     Wędrując po Alfamie przyglądaliśmy się z zaciekawieniem owym wąskim uliczkom, stłoczonym domom, na zewnątrz okien często wywieszona jest klatka z kanarkiem lub papużką, a bardzo często wisi też całkiem pokaźne pranie: ręczniki, ubrania, koszule itd.

    Wzdłuż Alfamy, docierając do Bairro Alto, a i chyba dalej, ciągną się tory zabytkowego stareńkiego, żółtego tramwaju, który niespiesznie tocząc się, ujawnia podróżującym wszystkie zakamarki Lizbony. Przejechaliśmy się nim kawałek. Wciąż i wciąż idąc pod górę dotarliśmy do Katedry Se, a stamtąd dalej pod górę do Zamku Świętego Jerzego. Sam zamek jest w większości odrestaurowany, ale bardzo piękny. Dochodząc do niego można z terenu podzamcza podziwiać piękną panoramę. Widać też, że jest to obowiązkowe miejsce pierwszych randek młodych Lizbończyków. Widać dużo wtulonych w siebie parek przechadzających się lub po prostu siedzących gdzieś w przytulnym zakamarku i wsłuchanych w siebie. Podobno panorama z podzamcza należy do jednych z najpiękniejszych w Lizbonie i trzeba przyznać, że to prawda.
    Niezapomniane widoki, a ponadto nasuwa się pytanie: "Ojej, weszliśmy aż tu? Na górę? A z dołu wydawało się, że to tak wysoko". I rzeczywiście jest wysoko!

    Kiedy weszliśmy na teren samego zamku, usłyszeliśmy dźwięki gitary. To siedzący na murku mężczyzna dawał taki swój prywatny koncert, przy tej okazji starając się sprzedać swoje CD. Bardzo ładnie zresztą grał, a muzyka wyrażała ten portugalski słynny nastrój zwany saudade. Saudade, to tęsknota, nostalgia, to coś nie do końca dającego się opisać. Jednym słowem, to tęsknota za czymś, czego się opisać nie da, za czymś, co odeszło, za czymś, czego nigdy nie było... Portugalczycy są nieco saudade, ale nie na co dzień. Na co dzień wydają się uśmiechnięci i zadowoleni. Saudade tkwi w ich duszach i odzywa się zapewne w różnych momentach ich życia... Czy to nie trochę polskie?? Zastanawiało mnie to odkąd, usłyszałam o saudade. Czy nam Polakom nie jest to nieco znane i bliskie? Taka jakaś tęsknota za czymś, co było i odeszło, za czymś czego może nie było, czymś nieokreślonym?? Do rozważenia...

    Wieczorem wybraliśmy się do lokalu z muzyką fado. Jeszcze przed wyjazdem obiecaliśmy sobie tę muzykę usłyszeć. Fado ma rodowód właśnie w Lizbonie, wyraża saudade. Śpiewacy śpiewają ją przy akompaniamencie gitar. Podczas występu w lokalu śpiewały dwie panie i dwóch panów, a w tle grało im dwóch starszych panów.

    W każdym razie muzyka jest cudowna. Wraz z rozpoczęciem śpiewu milkną rozmowy i brzęk sztućców a wszyscy zasłuchują się w tę śpiewaną opowieść i naprawdę w tym momencie nie jest ważne, że nie zna się portugalskiego. Po prostu trzeba oprzeć brodę na złożonych rękach, zasłuchać się w ten śpiew i... marzyć... My poprosiliśmy jedną ze śpiewaczek o wspólne zdjęcie i zgodziła się, mamy więc taka miłą pamiątkę z Lizbony.
    Osoby, które oglądały Lizbon Story Wima Wendersa, mogły wysłuchać swojego pierwszego koncertu muzyki fado, zespołu Madredeus. Ja gorąco polecam jeszcze innych wykonawców, takich jak Misia, Mariza oraz, dla osób pragnących wysłuchać najbardziej klasyczne fado, płyty Amalii Rodrigues.

 Futurystyczna Lizbona

    Odespaliśmy wieczór muzyki fado i następnego dnia wybraliśmy się, aby zobaczyć zupełnie inne oblicze Lizbony. Do tej pory widzieliśmy Lizbonę - leciwą staruszkę a teraz przyszło nam zobaczyć Lizbonę - młodą, nowoczesną kobietę, a więc Lizbonę futurystyczną. Pojechaliśmy tam przede wszystkim do Oceanarium, ale przy okazji zrobiliśmy sobie wycieczkę po Lizbonie futurystycznej, a więc wokół Parque das Nacoes, dawnych terenów wystawy Expo' 98. Oceanarium Lizbońskie jest największym w Europie a drugim co do wielkości na świecie. Najpierw więc (...) spędziliśmy tam dwie godziny z nosami przylepionymi do szyby. Spotkać w nim można mnóstwo kolorowych ryb, zwierzaków i stworzeń morskich, takich, między innymi, jak moje ukochane koniki morskie czy mątwy. Wędrując tam czuliśmy się jakbyśmy sami nurkowali, tym bardziej, że listopadowa Lizbona ma w sobie to COŚ, czym jest brak tłumu turystów!! Co nie znaczy, że ich w ogóle nie ma o tej porze roku.

    Po wyjściu z Oceanarium postanowiliśmy odbyć krótką wycieczkę w chmurach, a mianowicie przejechać się kolejką linową, z której podziwiać można Park i tereny futurystyczne. Nie zwiedziliśmy wszystkich tamtejszych budynków, choć na pewno warto, są tam bowiem takie cuda jak Pawilon Rzeczywistości Wirtualnej. No i podziwialiśmy Most Vasco da Gamy wiszący nad Tagiem. Nie chce się wierzyć, że most może mieć 18 kilometrów długości, a ten tyle ma.

    W sobotę z rana nieudana wyprawa - postanowiliśmy odwiedzić Muzeum Narodowe. I tu porażka, o co mam też pretensje do wszystkich przewodników jakie kupiliśmy. Nikt tam nie napisał, że w godzinach otwarcia muzeum nie zawsze dostępne są wszystkie ekspozycje. Oj, byliśmy zawiedzeni bo w sumie nie zobaczyliśmy wielu interesujących kolekcji. Atmosfera tam była dość podobna do tej w naszym Muzeum Narodowym. Osobiście wolę mniejsze muzea, takie, jak nawet wspomniane przeze mnie Muzeum Gulbenkiana, muzeum prywatne. Szczerze mówiąc, teraz nie mogę odżałować, że zamiast tłuc się do Narodowego, w którym i tak nic, oprócz jednego obrazu Boscha Kuszenie Świętego Antoniego, nas nie zainteresowało, nie odwiedziliśmy na przykład Muzeum Azulejos. W Narodowym są też i inne perełki, ale najciekawsze części Muzeum, poświęcone meblom, tkaninom i sztuce orientalnej, były zamknięte.

    Z Muzeum odbywamy spacer przez całą dzielnicą Bairro Alto. Teraz za dnia widzimy to, co do tej pory oglądaliśmy głównie wieczorami, kiedy trafialiśmy tam na kolacyjki. I teraz życie gastronomiczne wre, otwarte są głównie małe restauracyjki na lunch, za to te, które wieczorami będą czynne, na razie zamknięte są na cztery spusty... W końcu w jednej z nich zjadamy dobry posiłek i nabieramy sił na popołudnie. Tego dnia po południu odbywamy jeszcze jedna wyprawę do Alfamy i Zamku Świętego Jerzego, a gdy wracamy, zdarza się mój mały wypadek. Lizbona położona jest na wzgórzach i wymaga ciągłego wspinania się pod górę i schodzenia w dół. Schodząc w dół z Alfamy niestety przewracam się i mocno tłukę kolano.

Na końcu Europy...

    Następnego dnia wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy do Sintry, gdzie są cudeńka architektury, gdzie jest kilka wspaniałych zamków i Pałaców. Jeden z nich to Palacio da Pena, który wygląda zupełnie bajkowo.

    Niestety, w ten jeden jedyny dzień Portugalia pokazała nam, że padać to tam naprawdę może silnie. Padało - nie, nie padało, lało już od rana i to tak, że kiedy prawie dojechaliśmy do Sinatry, musieliśmy stanąć na godzinę przy drodze, bo jechać się nie dało i nie było nic widać na odległość kilku metrów, a po ulicach płynęły dosłownie strumienie wody. Kiedy wreszcie dotarliśmy do Sintry, w pierwszym Palacio National dowiedzieliśmy się od pani w kasie, że z powodu wielkiej ulewy wysiadł prąd i do żadnych obiektów dziś nie wpuszczają. Zamknięte i koniec! No, ładnie, myślimy sobie, ale pech, no, ale co robić, przecież szturmować nie będziemy, więc wsiadamy do samochodu i ruszamy dalej, aby odwiedzić Cabo da Roca. To najbardziej na zachód wysunięty punkt Europy na lądzie stałym i nabywamy nawet certyfikat, który poświadcza, że owszem, byliśmy i widzieliśmy. Punkt widokowy jest wspaniały: stoimy na stromym, wysokim klifie, a w dole o skały rozbijają się z hukiem fale Oceanu Atlantyckiego. Poszarpane skały zmagają się z bezmiarem otaczającego Oceanu, a nad klifem góruje latarnia morska. Warto to było zobaczyć. I choć w przewodnikach to miejsce traktuje się raczej po macoszemu, ja osobiście jestem szczęśliwa, że mogłam to miejsce zobaczyć i poczuć, że jestem na... końcu Europy.

    W poniedziałek od rana czuję wyjątkowo mocno nastrój saudade, to już ostatni dzień pobytu w Portugalii, i choć jeszcze cały dzień przed nami, to... już za nią tęsknię. Spodobał mi się ten kraj, tym bardziej, że widzę, że mamy tu jeszcze mnóstwo rzeczy do obejrzenia następnym razem. Wracając z Copa da Roca widziałam urocze nadmorskie miasteczka, jest też mnóstwo zieleni i starych zamków oraz wspaniałych klasztorów, jak choćby Batalha.

    My natomiast spełniamy nasze wielkie osobiste marzenie, już od dawna, a mianowicie jedziemy do Fatimy. Choć ja po moim upadku mocno kuleję i noga boli (co wykluczy właśnie zwiedzanie Batalhy, ale spokojnie, to na następny raz), to wiem, że być tam chcę i będę!
    I jestem. Wchodzimy na wielki plac przed Bazyliką. Przed chwila padał deszcz, ale kiedy wchodzimy na plac wychodzi słońce...ale na ziemi ciągle jest woda.Widzimy dwie osoby, które na kolanach powoli suną w kierunku miejsca Objawień, obie to kobiety, podtrzymywane za rękę przez ich mężczyzn. Jedna z nich, co widzę po dojściu bliżej, to dziewczyna w mocno zaawansowanej ciąży... Łzy wzruszenia stają mi w oczach.

    Potem wracamy do hotelu, pakujemy się, bo już jutro o 5 rano wstać trzeba, a wieczorkiem kolacyjka w naszej ukochanej restauracyjce... Szkoda wyjeżdżać, żal ściska mnie za gardło, tyle jeszcze nie widziałam, tyle by się chciało.

    Jeszcze ostatnia rozmowa z kelnerem, pamiętał nas i wiedział, co lubimy jeść. Choć po angielsku rozumiał niewiele, to jakoś udało nam przekazać mu, że podobało nam się w jego mieście, i że, jestem tego teraz pewna, obiecujemy ci to Lizbono, WRÓCIMY TU JESZCZE.


Zdjęcia wykonane przez męża Chiary


---- 

Tekst ukazał się w pinezce.pl dzieki uprzejmości Autory, która udostępniła nam swoje wspomnienia z Portugalii opublikowane na jej blogu.

Komentarze (6)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl