Drukuj
Sierpień 2009 autor: Jarosław Kolasiński

Blikujący seks fotograficy Zuzanny

Pokój, sam w sobie, niczym szczególnym by się nie wyróżniał, gdyby nie fakt, że jego ściany szczelnie pokrywały fotografie najróżniejszych formatów, od pocztówkowego począwszy, na plakatowym skończywszy. A wszystkie w przaśnych drewnopodobnych ramkach.

Z sufitu zwisała lampa ni to ekstrawagancko-nowoczesna, ni to po prostu kiczowata. Opuszczone rolety jedynym źródłem światła czyniły telewizor. W fotelu naprzeciw niego tkwił nagi czterdziestoparoletni mężczyzna. W skotłowanej pościeli, dokładnie po przekątnej wersalki, wzrok wbijając w sufit spoczywała kobieta wyglądająca na jego rówieśniczkę. Jej zgięte w kolanach nogi zwisały ku dywanowi, a ugięte w łokciach ręce zastygły, z przedramionami sztywno uniesionymi w górę, jakby chciała ukryć twarz w dłoniach, ale wciąż jeszcze się wahała, czy to uczynić.

Mężczyzna nieco mniej był od kobiety statyczny. Ledwo dostrzegalnie wciskał guziki pilota: Formuła 1, Szkło kontaktowe, siódma woda po Emmanuelle i znów Kubica. Dźwięk w telewizorze był wyłączony, w pokoju panowała głucha cisza. Po podłodze walały się sfatygowana nocna koszula, kłąb zmiętoszonej kołdry, równie zmaltretowana poduszka oraz spłowiałe spodnie pasiastej męskiej piżamy.

***

Pobierając się w roku 1988, po prostu formalizowali, hucznie zresztą, wieloletni swój związek oparty na głębokim uczuciu, szerokich wspólnych zainteresowaniach, szczerej przyjaźni oraz mnóstwie obopólnej satysfakcji, jaką czerpali spod kołdry.
Zbrojni już potem w obrączki Zuzanna i Zenon, jakby od niechcenia, omijali czyhające na statystycznych polskich małżonków rafy. Znajomi zazdrośnie uważali ich za stadło wręcz wzorcowe: on nie przepijał wypłat i nie podnosił na nią ręki, ona zaś potrafiła przymknąć oczy i usta na nieistotne mężowskie wady, o które inne żony z uporem dardanelskich oślic toczą niekończące się batalie. Ponadto, a raczej przede wszystkim – Zuzanna doskonale antycypowała pojawianie się wszelkich źle wróżących ich małżeństwu wilczych dołów. Gdy tylko zamajaczyły gdzieś na horyzoncie, perfekcyjnie ich materializacji przeciwdziałała.

Właśnie to mając na względzie, wybrała taki a nie inny prezent na potencjalnie groźne czterdzieste urodziny męskiej połowy ich związku. Pierwotnie myślała o uspokajającej hormony wędce, ale zrezygnowała z niej, gdy zorientowała się, iż pośród wyznawców moczenia kija w wodzie nie brakuje kobiet. Również młodych. Zuzanna zdecydowała zatem, że nakłoni męża do uprawiania hobby typu domowo-stacjonarnego, tak na wszelki wypadek. Z tej to właśnie przyczyny czwarty krzyżyk stuknął Zenonowi, gdy czerwony z emocji sterczał przed monitorem nowiutkiego peceta. Odkąd żona prewencyjnie mu go podarowała, o ile tylko nie był przypadkiem w pracy, zapamiętale budował średniowieczne miasta i fortece, werbował i modernizował kuszników oraz ciężką jazdę, nie zapominając o pikinierskich milicjach i artylerii. Na zmianę to wyruszał na krucjaty, to wściekał się, że jakiś marny papieżyna ośmiela się go ekskomunikować za byle co. Odreagowywał natychmiast  – niósł pożogę dżihadu w Apeniny i, mrucząc Allah Akbar!, podrzynał gardła tabunom upierdliwych Namiestników Piotrowych. Kiedy Zenon przegrywał, lepiej go było omijać z daleka. Zuzanna wolała już jednak to, niż rozwodową katastrofę wywołaną skorodowaniem męża przez kryzys wieku średniego.

Kataklizmowi jednak nie udało się zapobiec. Wywołały go wszakże nie rozszalałe hormony Zenona, lecz upominek, jakim obdarował żonę w ramach przedklimakteryjnej profilaktyki – na urodziny kupił jej aparat fotograficzny. Żadne tam cudo techniki – standardowego kompaktowego cyfraka made in Korea. Niestety, nie potrafili dostrzec ponurego omenu, zapowiadającego dramatyczny zwrot w ich wspólnym życiu, a przecież już pierwszy ich kontakt z fotografią był złowieszczo pechowy!

Kiedy Zuzanna i Zenon brali ślub, postanowili to uwiecznić. Jak każdy. Mało jednak kto ma kolegę, o którym krąży fama, iż jest półzawodowym fotografem. Quasi-profesjonalista nadciągnął na ślub, a jakże, niczym wielbłąd obwieszony sprzętem. Przed, w trakcie i po ceremonii pełno go było w całym USC. Klękał, kucał, kładł się, stawał na palcach, brutalnie pracował łokciami, niewiele brakło, by wywrócił obciążonego tombakowym łańcuchem mistrza ceremonii. Zgromadzonych oślepiał fleszem, niestrudzenie ustawiał w przeróżne personalne konstelacje. Żądając ustawicznego szczerzenia zębów, w pocie czoła wytrzaskał pełne trzy rolki. Na weselu już się nie udzielał. Dwa kwadranse, jakich potrzebował, żeby z USC dotrzeć do wielkopłytowej kawalerki, w której Zuzanna i Zenon podejmowali weselników wystarczyły, aby sobie tylko znanym sposobem doprowadził się do stanu kompletnego upojenia alkoholowego. Aparat fachowca ułożonego w wannie do snu Zenon wręczył uradowanemu tym faktem szwagrowi, który z entuzjazmem wypstrykał dwa trzydziestosześcioklatkowe filmy.

Zaraz po powrocie z podróży poślubnej do Sobótki nowożeńcy przeżyli szok. Pierwsza z weselnych błon powędrowała do śmietnika, gdyż w aparacie "zawodowca" nawaliła synchronizacja lampy z migawką. Druga doszlusowała do pierwszej, ponieważ szwagier, któremu nieźle już dymiło się z czuba, uparł się, by wypróbować własną maszynę i zapomniał o konieczności zdjęcia osłony z obiektywu wysłużonej Smieny.

Strapieni małżonkowie pocieszali się, że ważniejsze są fotki z Urzędu, a te przecież robił fachowiec. Kiedy jednak listonosz przyniósł im odbitki (ostrożny kolega nie dostarczył ich osobiście) okazało się, że szerokokątny obiektyw w rękach partacza (a jednak!), to idealne narzędzie do klonowania podobizn żab szerokoustnych.

Być może właśnie dlatego, że sami przed sobą wstydzili się własnych ślubnych zdjęć, tak żarliwie pokochali nową cyfrówkę Zuzanny. Nawet Mediewal II poszedł w kąt, tak bardzo Zenonowi spodobało się fotografowanie. Dzięki niemu po długich latach samouwięzienia, nareszcie zaczęli zapędzać się dalej, niż na osiedlowy spacerniak, a samochód przestał wozić ich tylko i wyłącznie do pracy. W weekendy telepał się teraz po dziurawych szosach bliżej im dotąd nieznanego Dolnego Śląska, w tygodniu natomiast podwoził ich do wrocławskich parków, podmiejskich lasów, na obrzeża Starówki. Wreszcie poznawali miasto, w którym żyli już prawie od pół wieku, ale dotąd niejako mimochodem.

***

 Obudził go jakże znajomy łoskot – szykując się do pracy, coranne utrapienie Zenona w szpilkach kłusowało po mieszkaniu. Chwilę leżał nie otwierając oczu, aż wreszcie piętro wyżej trzasnęły drzwi wyjściowe.
– Bomba w górę – mruknął.
Na schodach sąsiadka tradycyjnie przeszła do galopu, łomocząc obcasami jeszcze głośniej. Zenon przewrócił się na bok i wtulił twarz w poduszkę, chcąc ponownie zasnąć. Nie udało się. Ktoś boso skradał się przez pokój.
– Zuza? – wymamrotał.
– Śpij, śpij! – padło w odpowiedzi.
– Akurat tam, śpij. Najpierw ta z góry kopytami wali, a teraz ty... Coś się tak zerwała?

Była już na balkonie. Szurała taboretami, stękała, coś mamrotała do siebie. Zenon odrzucił kołdrę i z trudem usiadł przy akompaniamencie strzykających stawów. Kiedy skończył kaszleć i przestało mu się kręcić w głowie, wstał. Na ramiona narzucił szlafrok i chwiejnie postąpił kilka kroków. Oparł się o framugę balkonowych drzwi i, drapiąc się po głowie, tępo przyglądał się żonie.
Wysuwając nogi między pręty balustrady, siedziała na kafelkach, naprzeciw taboretu ozdobionego doniczką z hibiskusem. Jedną ręką gorączkowo zmieniała ustawienia aparatu, w drugiej ściskała buteleczkę po Visine. Teraz była w niej woda, której krople Zuzanna precyzyjnie rozmieszczała na płatkach i listkach. Bez najmniejszego trudu rozpoznał pozującą roślinę – nie dalej jak przedwczoraj ofiarował ją żonie z okazji Dnia Kobiet. Ucieszyła się jak nigdy, co Zenona zaintrygowało. Wtedy nie spytał, teraz zrozumiał: nie wręczył żonie kwitnącego dowodu szacunku i miłości (jak niesłusznie mniemał stojąc w kwiaciarnianej kolejce), lecz modelkę. Kilkanaście godzin później, wczorajszego wieczoru, Zuzanna obdarowała się sama: kurier dostarczył zamówioną w Internecie nakładkę do makrofotografii. Uzbrojony w nią obiektyw Nikona wpijał się teraz w kielich kwiatu, równie żarłocznie, jak koszta nowonabytego akcesorium w portfel Zenona. Nie bez kozery „Redcoon” ceny swe reklamował jako „pikantne”.
– Wiesz, co?
– No? – ziewając, udał zainteresowanie.
– Coś mi tu nic nie wychodzi. Ten badyl jakiś nie taki. Chyba skiknę na działkę.
Zaskoczyła go. Mimo wielu już wspólnie przeżytych lat nadal jej się to udawało. Ostatnio nawet coraz częściej.
– Eee... Co będziesz jechać, lunie zaraz. Patrz na chmury.
– No, właśnie! Obejdzie się bez kroplomierza.

***

Koreańskim cyfrakiem pstrykali wspólnie i naprzemiennie, zrazu nawet więcej Zenon, niż Zuzanna, dopóki nie odwiedził ich przyjaciel ze Szczecina. Szeroko znanego fanatyka kuchni regionalnych  powitali na południowych kresach Ziem Odzyskanych przesiedloną tu po wojnie babką kartoflaną. Szczecinianin z apetytem spałaszował trzy przydzielone mu kawałki, a nie pogardził też porcją zbojkotowaną przez starszą córkę gospodarzy, która smażonego boczku nienawidziła. Jako że między kęsami Zuzanna raczyła przyjaciela swoimi fotografiami, ten – łakomie się oblizując – pochwalił dzieła gospodyni, maestrię zdjęć przyrównując do smakowych walorów babki. Z pełnymi ustami wymamlał niby to bezinteresownie:
– Zuza, ja już nie wiem, czy z ciebie lepszy fotograf, czy kuchmistrzyni!
Żarłoczny szczecinianin miał się za sprytnego i liczył, że w rewanżu Zuzanna wynagrodzi go kolejnym, już ostatnim na półmisku, kawałkiem. Tak z wdzięczności. Jako podwójnie pochwalona. Strzał padł jednak obok tarczy.
– Jak na faceta, radzę sobie w kuchni całkiem, całkiem – wycedził prawdziwy autor babki i porwał z półmiska pointę powitalnej kolacji. Zjadł ją z apetytem, w równym stopniu delektując się potrawą i klęską łakomego przyjaciela.

Zwycięstwo Zenona okazało się jednak pyrrusowe: komplement kulinarny Zuzanna puściła mimo uszu, ale w to, że ma wybitne kufotograficzne uzdolnienia – uwierzyła w mig. I tak się zaczęło. Niepostrzeżenie wzorcowa do tej pory małżeńska para wyewoluowała w trójkąt. Tym trzecim (ściślej rzecz biorąc – drugim) stał się aparat fotograficzny.

Zuzanna zrezygnowała z uprawiania sztuki ku uciesze domowej li tylko gawiedzi: czuła się par excelence artystką i jako taka łaknęła oklasków. Najpierw zagnieździła się na amatorskim, potem na quasi–profesjonalnym vortalu fotograficznym i szerokim frontem poczęła Zenona zdradzać z tłumem maniaków płci trzeciej. Trzeciej, gdyż dwubiegunowa klasyfikacja płci osobników, którym w najlepszym razie pieprzyć się mógł balans bieli, ewentualnie głębia ostrości – nie miała najmniejszego sensu. Tradycyjnie pojmowana płciowość nie posiadała i posiadać przecież nie mogła realnej wartości dla nowych znajomych Zuzanny, gdyż żywoty swe nie tyle wiedli, co im się one lepiej lub gorzej kadrowały.

Nowo nabytej manii żona Zenona uległa z przyjemnością i absolutnie bez walki, całą sobą oddając się fotografowaniu. Dzień począł się jej składać już nie tyle z godzin, co ujęć. Pory dnia i nocy ustąpiły pola typom oświetlenia, a rozmowy z mężem zamieniła na trzaski migawki oraz vortalowe tokowania pod zdjęciami. Co gorsza: dawne „nie mam w co się ubrać” rychło przeistoczyło się w „a co ja mogę zdziałać takim dziadowskim aparatem?” Już w okolicach piętnastego każdego miesiąca poczęli przestawiać się na makaron z białym serem, w najlepszym wypadku na gryczaną chrzczoną sosem z torebki, gdyż na czoło domowej listy wydatków awansowały fotograficzne torby, obiektywy, lampy błyskowe, statywy.

Właśnie na finansowo udeptanej ziemi doszło do karczemnej awantury, pierwszej w dziejach ich małżeństwa. Zenon eksplodował, kiedy żona w tajemnicy kupiła sobie cyfrową lustrzankę. Za trzy tysiące! Kolejna burda wybuchła miesiąc później, gdy w drzwiach stanął młodzian w uniformie DHL z teleobiektywem w ręce. To właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu Zenon uderzył kobietę. Zdołał się opanować choć na tyle, że poprzestał na zapamiętanej z podstawówki "blaszce w czółko". Nasiąknięte łzami poczucia winy przeprosiny Zuzanna przyjęła dopiero wówczas, gdy mąż dołączył do nich szerokokątną "szesnastkę".

***

Trzasnęły drzwi. W przedpokoju zatupotały kroki.
– Już?
– Gówno! Gówno! Gówno! – padło w odpowiedzi.
Ostatnio tylko sarkazm dawał Zenonowi namiastkę życiowej satysfakcji. Robił więc wszystko, by nie tracić żadnej ku temu okazji:
– Czyżbyś, kochanie, w coś wdepnęła?
– Nie! Nic nie sfociłam, cholera jasna.
– Ooo! – zmartwił się nieszczerze. – A cóż się stało takiego?
– Aaa… Nie dość, że nie popadało, to jeszcze pieprzona bateria mi się rozładowała. Przy dwunastej focie! – pożaliła się Zuzanna, pośpiesznie podłączając ładowarkę do kontaktu.
Nie zareagował na żonine żale – łzy, jakie pokazały mu się w oczach były kuchennej proweniencji – ocierając słone strużki z policzków, kroił cebulę do wątróbki.
Zuzanna podeszła do męża i przytuliła się. Poczuł jej ciepło na swoich plecach, potem delikatny pocałunek na karku. Po raz drugi tego dnia udało się jej go zaskoczyć.
– Kocham cię, Zeniu – szepnęła.
Już nie był zaskoczony. Po prostu osłupiał. Ostrożnie odłożył nóż i cuchnącymi cebulą palcami dotknął jej dłoni.
– Dużo ci jeszcze roboty z obiadkiem zostało? – spytała, a jemu aż ciarki przeszły po plecach. Córki wracały ze szkoły dopiero za kilka godzin.
– Z kwadransik jeszcze. Ale mogę – wykrztusił – mogę przerwać już teraz.
W myślach już rozpinał spodnie.
– Dziewczyny sobie odgrzeją...
Palcami wyobraźni szarpał się z jej bluzką. 
– W mikrofali odgrzeją... – resztką woli zmusił się do zgaszenia gazu pod patelnią, a w myślach zerwał z Zuzanny biustonosz. – A tymczasem my sobie... 
– ... tymczasem my sobie skoczymy na działeczkę – pisnęła Zuzanna.
– Co proszę?! – zesztywniał. – A po jaką cholerę?!
– Na godzinkę tylko!
–  Oszalałaś?!
– No, nie bądź taki, kotuś. Muszę te kropelki. Przecież wiesz... Wernisaż za dwa tygodnie, a z deszczu dzisiaj nici, więc sobie pomyślałam, że...
– Że niby co? – wysyczał.
– Że z konewki. Z konewki zrosiłbyś mi róże. Zrosisz, prawda?
Nie był w stanie wyksztusić ani słowa.
– No, raz, dwa. Czasu nie ma! – znów się przytuliła. – Kocham cię, kocham, kocham!
– Jasne, jasne – warknął.

***

Twierdzenie, że lawinowa eskalacja fotograficznej pasji Zuzanny wyeliminowała z ich życia wszelkie elementy normalności byłoby nadużyciem. Ilekroć bowiem zabrudziła matrycę aparatu paprochami i oddawała go do czyszczenia, wszystko wracało w przedfotograficzne koleiny. Czy działoby się tak, gdyby stać ich było na jeszcze ze dwie lustrzanki, dzięki którym nie musiałaby w plenerze zmieniać obiektywów? Zenon miał co do tego poważne wątpliwości, gdyż kiedy tylko czyściusieńka matryca powracała w spragnione ręce Zuzanny, ta znów bez reszty zespalała się z aparatem. Obserwował to w niemej złości, w duchu wymyślając jej od pół–bab, pół–lustrzanek.

Przepoczwarzenie się Zuzanny w fotocentaurzycę zasadniczo zmieniło Zenonowi rozkład dnia, a to z tej przyczyny, że i samo fotografowanie, i obróbka zdjęć oraz pielęgnowanie ich internetowego bytu zajmowały artystce mnóstwo czasu. Siłą rzeczy mąż przejął ster rodzinnego okrętu wypuszczony z przyssanych do aparatu i klawiatury rąk żony. Tak oto dobiegła kresu era fotograficznie przypalanych ziemniaków, vortalowo rozgotowywanych klusek i photoshopowo wykipianych zup. Zaraz po spacerze z psem, przecierając zaspane oczy, Zenon szykował córkom kanapki do szkoły. W tym czasie ledwo przebudzona Zuzanna sprawdzała, czy ktoś w nocy skomentował jej zdjęcia wrzucone na vortal poprzedniego wieczora. Oddając się temu zajęciu, posilała się śniadaniem serwowanym jej przez męża, który raczył ją nim nie chcąc, by popadła w anoreksję. Sam przegryzał coś w biegu, szykując się do rajdu po sklepach. Na zakupy wyruszał w ramach finansowej prewencji – osobiście i solo kłusując pośród dyskontowych regałów nie ryzykował, że żona wyskoczy po chleb, a wróci z nowym filtrem polaryzacyjnym, lub kolejną z talii kart pamięci.

Babka kartoflana i owszem, ale prawie żadnych akceptowalnych walorów smakowych nie posiadały zenonowe twarde jak podeszwy naleśniki, ani też improwizowane zapiekanki czy zupy preparowane z torebek wietnamskich erzatzów. Na szczęście Zenon z czasem nauczył się od Makłowicza bigosu, łazanek i wątróbki. Z obiadami musiał się śpieszyć, gdyż coraz bardziej tracąc kontakt z mało fotogeniczną rzeczywistością, prócz kuchennej sfery rodzinnego pożycia Zuzanna wycofała się i z innych. Dla świętego spokoju parający się dotąd prasowaniem podczas igrzysk olimpijskich oraz wszelakich mistrzostw Europy i świata, teraz Zenon począł udzielać się z żelazkiem w dłoni również wówczas, gdy nikt niczego nie transmitował. Na szczęście zdopingowane brakiem czystych ciuchów córki wyręczały go w praniu. Podobnie w przygotowywaniu kolacyjek, co było podwójnie cenne, jako że wieczorami Zenon słaniał się już ze zmęczenia, a na Zuzannę liczyć przecież nie mogli – pora wieczornego posiłku nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności przypadała bowiem na czas, gdy nadodrzańskie zachody słońca aż prosiły się o uwiecznianie.

***

Deszczową chmurę imitował od prawie godziny i bolały go już ręce. Ciężką konewkę przekładał z jednej do drugiej.
– Zenek! Jak ty mi rosisz?!
– Jak to, jak?
– No, jak?
– Co tobie? Normalnie roszę.
– O, Boże... Lejże jak człowiek. Delikatnie. Jakby to mżaweczka była.
– Czy ja twoim zdaniem wyglądam na mżaweczkową chmurkę? – ponuro spytał Zenon. – Bardziej się czuję jak burzowa. O, właśnie! Z przyjemnością przypier... walnąłbym jakimś piorunem. Ciekawe, w kogo bym trafił, co?
Nie odrywając się do aparatu, Zuzanna zdobyła się na cierpką uwagę:
– Wiesz? Zmieniłeś się... Kiedyś nie byłeś chamski. Przed ślubem.
Zenon poczerwieniał. Sapnął, jak dobrze wytrenowany dyskobol zakręcił się w miejscu i szerokim łukiem posłał konewkę na działkę sąsiada. Trafił. Brudna altanowa szyba pękła i z brzękiem rozsypała się po betonowej ścieżce.
– A nie mówiłam? Z tobą jest bardzo niedobrze! – Zuzanna była wyraźnie urażona. – Nie potrafisz się opanować, twoja broszka. Tylko czemu ja mam za to płacić? Za darmo szyb w tym kraju jeszcze nie rozdają.
Wstała z karimaty. Aparat włożyła do torby, złożyła statywik i wepchnęła go do kieszeni kamizelki. Na zakłopotanego Zenona, który usiłował wydostać konewkę z altanki sąsiada, ani nie spojrzała. Dopiero gasząc papierosa w beczce z deszczówką spytała:
– Już? Dasz radę prowadzić? Skoczylibyśmy na Złotniki. Tam jest piękny mech.

***

Zenon zbyt późno dostrzegł, że z partnera stał się kulisem, ex definitione traktowanym czysto utylitarnie. Kiedy już się zorientował, by cokolwiek naprawić, czy choćby nieco odremontować – było zdecydowanie zbyt późno. Ale białej flagi nie wywieszał, nie! Walczył! Co jakiś czas szarpał wędziskiem i potrząsał jukami, przechodząc do kroków stanowczych, aczkolwiek frustrująco nieskutecznych.

Rozpoczęty pewnego ranka strajk okupacyjny w kuchni skończył się już w porze kolacji, kiedy to Zenon poddał się ubłagany przez zgłodniałe córki-łamistrajki. Parę tygodni później spróbował strajku włoskiego: nocną koszulę Zuzanny prasował przez ponad godzinę, ale kiedy stwierdził, że nawet nie zauważyła jego oryginalnego w formie protestu – skapitulował. Przyszło mu to tym łatwiej, że zasnął nad deską i oparzył się żelazkiem.

Targany rozpaczą, znużony bezskuteczną, w pojedynkę toczoną walką, postawił na sojusz z córkami. Obserwując, jak potencjalne aliantki cierpiały katusze, ilekroć  matka je portretowała, zmuszając do  przebieranek i wdziewania na twarze wykoncypowanych przez siebie grymasów – Zenon liczył na wiele. Paskudnie się jednak przeliczył – dla dziewcząt cenniejsze okazało się to, że fotomamusia nie ma głowy, by się czepiać o cokolwiek, a przytłoczonemu domowymi obowiązkami tatusiowi brakuje na to i czasu, i sił. Wyrodne córki zgodnie odmówiły współpracy.

Seryjnie ponoszone klęski doprowadziły Zenona do konkluzji, iż wojna jest przegrana. Zrywał się jeszcze do walki, ale już tylko atawistycznie i coraz rzadziej. Każda kolejna porażka minimalizowała chęć staczania bitew kolejnych. Coraz bardziej zamykał się w skorupie niemocy, poczucia klęski oraz braku nadziei. Z jednej strony nie spodziewał się już po żonie niczego dobrego, z drugiej jednak niezmiennie ją kochał i marzył, by jeszcze kiedyś do niego wróciła, by sobie o nim przypomniała. I doczekał się.

Pewnego dnia wyciągnęła do niego rękę: wystąpiła z propozycją, aby na jesiennym łonie pobliskiego Lasu Rędzińskiego pozował jej do serii aktów. Starając się ukryć wzruszenie, poprosił o kilka miesięcy zwłoki. Jako reumatyk bał się listopadowych temperatur, chciał też – o czym poinformował żonę, rumieniąc się ze wstydu – zrzucić paręnaście zbędnych kilogramów. Zuzanna brutalnie odarła męża ze złudzeń:
– Czyś ty z byka spadł? Żadnego mi odchudzania. O piękno brzydoty, kotuś, chodzi. Sesję trzasnę taką, jak Kozyra tym Madziarkom na basenie. Kąprenewu?


***

– Przyrodę trzeba troszku popraaawić – mruknęła Zuzanna zajmując pozycję na karimacie. – Weź no mi, Zeniu, liść sprzed tego fiołka.
Posłusznie wykonał polecenie, wciąż jeszcze trawiony poczuciem winy po zdemolowaniu altany sąsiada.
– A nie nastroszyłbyś mi tego meszku? Jakiś on taki klapnięty.
Nastroszył.
– Kurczę! Coś narobił?! – jęknęła.
– No, co? Nastroszyłem.
– A gdzie się podziały moje kropelki?
– A gdzie się podziały?
– To ja pytam. Delikatnie miałeś nastroszyć, a nie na chama.
Zenon machnął ręką. Nadzieję na to, że podporządkowując się manii żony doczeka się choć jednej sylaby dobrego słowa, porzucił już dawno.
– Przynieś wody ze strumyka – padło kolejne polecenie. – Ja jednak ten mech pokropię.
Wrócił po kilku minutach, w dłoniach niosąc odrobinę lodowatej wody.
– Nieee... No, nie w rękach, coś ty! Więcej mi trzeba. W kubku przynieś. Od termosu.
– Oszalałaś? Ta woda, to syfilis.
– W strumyczku? Czyściusieńka.
– To nie góry.
– I co z tego?
– A jak jakiś kmiot szczy do tego strumyka? Albo szambo spuszcza? W Polsce jesteśmy, szanowna pani. W Polsce. I ja mam potem pić z takiego kubka?
– Nie musisz. W ogóle nie... – urwała, zamierając bez ruchu. – A kto to jest?!
– Kto? – Zenon rozejrzał się dokoła.
– No, on. Ten, tutaj – zaaferowana wskazała mężowi liść dębu, który jej tak bardzo wcześniej przeszkadzał w sfotografowaniu mchu. Teraz już nie zawadzał w niczym – spacerowała po nim fauna, na którą Zuzanna przerzuciła się z flory.
– Ten, o? – upewnił się Zenon. – Co tu lezie?
– No!
– A ja wiem? – kucnął. – Żuczek, kurczę, jakiś. Nie znam. To ty byłaś w biolchemie. Cienko chyba zakuwałaś – chciał być złośliwy, ale Zuzanna już nie słuchała.
Pochłonięta komponowaniem kadru, zupełnie słusznie mając męża za laika, konsultowała się sama ze sobą.
– Psiakrew. Przy takim powiększeniu ostrość mi ucieka.
– Żuczek też – ucieszył się Zenon. – Popatrz!
– Jezu, zrób coś!
– A co, niby?
– Nagoń mi gnojka! Łap go!
– Stój, bo strzelam! Hände hoch! – ryknął Zenon i zatoczył się ze śmiechu.
– Nie durniej, błagam! Nagoń mi go patyczkiem – nie czekając, Zuzanna pstryknęła kilka zdjęć i niecierpliwie zerknęła w wizjer. – Gówno! Poruszone.
– A może ci tego żuczka nabić na igiełkę?
– Coś ty! – oburzyła się Zuzanna. – Mordować dla fotki nie wolno, to wbrew zasadom!
– Macie jakiś fotodekalog?
– A żebyś wiedział.
– Ok. Piąte – żuczków dla fotki nie zabijaj. I czego wam jeszcze nie wolno?
– Wielu rzeczy.
– Macie szlaban na wieprzowinę?
– Idiota – warknęła, z uporem usiłując "zdjąć" żuczka. – No, masz! On mi się teraz dupą odwraca!!! Zenek, zrób coś!
– Mam mu kazać warować, czy jak? – zarechotał. – Może nie posłuchać.
– W rękę go weź.
– Jeszcze czego.
– To na patyk.
Ten pomysł okazał się dobry. Owad wdrapał się na podstawioną przez Zenona gałązkę jesionu i znieruchomiał.
– Superrr! – cieszyła się Zuzanna. – Przysuń mi go bliżej. Co ci się tak ręka trzęsie? Piłeś coś wczoraj?
– Ja? Wczoraj? – zirytował się Zenon. – Kiedy ja ostatni raz miałem czas coś wypić, co? Chyba wodę z żelazka, kurde balans!
Patyczek z żuczkiem stuknął w soczewkę obiektywu.
– Ostrożnie! Teraz bokiem mi go daj. Albo nie. Mam tu jakieś mrówki.

Zenon odrzucił za plecy patyk z żuczkiem. Usiadł na pniaku i zapalił papierosa. Z rosnącym zniecierpliwieniem obserwował żonę. Z mrówek zrezygnowała dość szybko.
– Cholera, to wyższa szkoła jazdy. Rozłażą mi się – zmartwiła się. – Jedna tu, druga tam. Aaa! Tu! Tu mi lezie, franca! Nie, nie trzasnę jej, za szybka jest. O, do wody mi zwiewa!
– Może jej łódkę z papieru zrobię i strumykiem puszczę? Będzie ci się super kadrowało.
– I tam – zaaferowana Zuzanna nie wyczuła ironii. – Dobra, pies te durne mrówy drapał. Lepiej trzasnę sobie tę biedronkę… Albo nie. Ona jakaś nudna jest.
– Biedronka nudna? – zdziwił się Zenon.
– No, pewnie. Co by tu teraz... O! Patrz, no! Grzybek. I robaczek. Weź no mi go w dwa. W dwa patyczki, rozumiesz, i połóż mi na tego grzybka.
Zenon posłusznie pochwycił robaczka, by upozować go na wychylających się z mchu resztkach zeszłorocznej olszówki. Zbyt był jednak wściekły, aby się udało.
– Coś ty zrobił?! Jezu…
– Chyba za mocno ścisnąłem. Teraz masz dwa robaczki z jednego. Trochę zdechłe, ale przynajmniej nie zwieją – wycedził Zenon. – Nie będę ci ich musiał naganiać jak idiota!

 ***

Nie mogąc nie pamiętać o domowych obowiązkach, bez trudu i dość prędko zapomniał o seksie. Że z prokreacją już koniec, zgodnie zdecydowali jeszcze w erze przedfotograficznej, zaś o podkołdrzanym baraszkowaniu dla czystej przyjemności nie mogło już być mowy: za dnia brakowało ku temu sprzyjających warunków, wieczorami zaś i po nocach Zuzanna sterczała na balkonie, czatując na księżyc. Nic dziwnego, że plecy stały się tą częścią ciała żony, z którą Zenon obcował najczęściej.

Mógł się nimi delektować bez ograniczeń, gdy nurzając się w vortalowych odmętach całymi dniami tkwiła przed jego własnym pecetem. Mógł się nimi delektować także wtedy, kiedy buszowała po sklepach ze sprzętem, a on z miną katorżnika popychał wózek, z rezygnacją obliczając stan konta. Mógł się nimi delektować wreszcie wówczas, gdy stercząc za Zuzanną, gdy pląsała wokół statywu, czekając, aż nikonowska matryca wyssie odpowiednią dawkę światła z mroku spowijającego uśpione miasto.

Ustawiczna kontemplacja żoninego rewersu doprowadziła Zenona do ponurej konstatacji, że ona już w ogóle nie zauważa jego istnienia. Nie miał jednak racji, gdyż kiedy Zuzanna fotografowała (a nie oddawała się temu jedynie w pracy i we śnie) w pełni doceniała w małżonku kierowcę, wożącego ją od ujęcia do ujęcia. Często też mógł się realizować jako goryl, gdy uwieczniała tętniące toksycznym życiem meliniarskie enklawy Wrocławia. Przydawał się również jako tragarz sprzętu, którego z każdym miesiącem przybywało.

Przydawał się również jako tragarz sprzętu, którego z każdym miesiącem przybywało. Dźwigając plecak z przytroczonym doń statywem, Zenon wlókł się krok za krokiem i mozolił. Kolana i kręgosłup z każdą sesją coraz bardziej kategorycznie odmawiały mu posłuszeństwa, a na domiar złego czuł się jak towarzyszący himalaiście Szerpa nieznający angielskiego  –  kontaktu ze zleceniodawcą nie posiadał praktycznie żadnego. Mimo, iż nadal bardzo go kochał.

Jak było możliwe, że darzył żonę uczuciem niemniejszym, niż przed ofiarowaniem jej aparatu – nie pojmował. Rozwikłanie tej zagadki przekraczało jego intelektualne możliwości, a postronni nie mogli podsunąć rozwiązania, gdyż nikomu się nie zwierzał. Taki był. Od zawsze, aż po dzień, gdy wraz z żoną stanęli na skraju małżeńskiej fotoprzepaści.
W postawieniu kroków następnych dopomógł im Eugeniusz.

***

Na poboczu drogi krajowej nr 94 stał czerwony peugeot 106. Nieopodal niego sterczeli Zenon w pomarańczowym sztormiaku i Zuzanna w granatowym skafandrze. Oboje byli przemoczeni do suchej nitki, w odróżnieniu od zamontowanego na statywie aparatu. Był absolutnie suchy – Zenon parasolem osłaniał go przed ulewą, przeklinając w duchu internetową ekspertkę, która ten właśnie sposób poleciła Zuzannie jako znakomity na fotografowanie w deszczu. Genialna w swej prostocie metoda zapewniała pełnię artystycznego efektu przy zachowaniu całkowitego bezpieczeństwa sprzętu.

Lało coraz mocniej, obiektyw celował prosto w wyłaniającą się zza kurtyny deszczu wieżę kościółka w Świętem, Zuzanna pracowała koncepcyjnie nad ujęciem, a jej mężowi omdlewały ręce, w głowie zaś kłębiły mu się mordercze myśli:
Gdybym tak dorwał tę dziwkę od deszczowej fotografii, to bym ubił jak wesz! I każdy sąd by mnie uniewinnił!
Pośród strumieni deszczu najpierw z rzadka, potem zaś coraz częściej zaczęły się pojawiać lodowe kuleczki. Zrazu wielkości grochu, potem niewiele mniejsze od laskowych orzechów.
– Koniec tego dobrego. Jedziemy!
– Jeszcze dwie-trzy foty, kochanie – nieobecnym głosem rzuciła Zuzanna.
– A gówno! – wrzasnął. – Żadne kochanie! Jazda do samochodu, albo cię tu zostawię.
Gradowe bombardowanie ogłuszało Zenona na tyle, że z odpowiedzi Zuzanny nie dotarła do niego ani sylaba. Zupełnie zresztą nie był ciekaw, co wymamrotała. Jedyne, co go w tej chwili interesowało, to natychmiastowy powrót do domu. Miał dość.

Z lekka obrażona, ale też i zaniepokojona drugim już tego dnia mężowskim wybuchem Zuzanna usadowiła się w samochodzie, nie odrywając się jednak od aparatu. Grad postanowiła uczynić tłem, a samochodowe wycieraczki przeganiające z szyby strużki wody – obsadzić w roli pierwszoplanowej.

Widoczność spadła praktycznie do zera – przez Leśnicę Zenon przejechał na pamięć, podobnie na kredyt przeczłapał Pilczyce. Grad z impetem łomotał o karoserię peugeota, odbijał się od szyb. Asfaltu nie było już widać spod grubej gradowej kołdry zatykającej studzienki. Woda nie spływała z jezdni do kanałów, przez co ulica upodobniła się do gigantycznego drinka: uwięziona pomiędzy krawężnikami deszczówka udawała whisky, a grzechoczące w niej gradowe kuleczki – kostki lodu.

Mimo iż jechał bardzo wolno, peugeot Zenona wzbijał fontanny zmrożonej deszczówki. Tryskając jedna po drugiej, zalały w końcu gaźnik i silnik zgasł. Z chrzęstem miażdżąc kąpiący się w deszczówce grad, samochód stanął. Zenon zaklął na całe gardło. Kilkakrotne przekręcenie kluczyka nic nie pomogło. Grzmotnął pięścią w kierownicę.
– Przesiadaj się – ryknął do żony. – Ja popcham, a ty zapalaj!
Wyskoczył z samochodu, po kostki zanurzając się w lodowatej breji. Zuzanna przesiadła się za kierownicę.
– No to jazda! – krzyknął i naparł na mokry zad peugeota.
Samochód ani drgnął, dłonie Zenona ześlizgnęły się i stracił równowagę. Waląc czołem o zderzak padł na kolana, mrożąc je w topniejącym z wolna gradzie. Jęknął. Podniósł się i pokuśtykał do żony. Gwałtownie otworzył drzwi.
– Co ty do cholery wyprawiasz?! – wrzasnął. – Sprzęgło depnij, dwójkę wrzuć  i jak gnoja rozpędzę, to puszczaj pedał. Musi sukinsyn zapalić!
Zatrzasnął drzwi, dygocąc z zimna dopadł bagażnika i znów naparł z całych sił. Ciężko sapiąc i ślizgając się, zdołał ruszyć samochód z miejsca. Pchał wolno, potem szybciej, w końcu na tyle prędko, że prawie biegł. Siły tracił w tempie zastraszającym.
– Puszczaj!!!
Peugeotem szarpnęło i... stanął. Silnik na manewr Zuzanny nie zareagował, Zenon owszem.
– Znowu dwójka, sprzęgło i za chwilę puść! Jazda!
Zaparł się i ponownie rozpędził samochód. Nadaremno. Zrezygnowany i ledwo trzymając się na nogach podszedł do żony i wystękał:
– Zalało ciula kompletnie. Już nie mam siły.
– A nie możesz go zepchnąć na chodnik?
– Widzisz tu gdzieś chodnik? – warknął.
Ulica była w remoncie. Zamiast chodnikowych płytek, tuż za krawężnikami topniejący grad mieszał się z błotem, oblepiając porzucone przez robotników rury i zwoje kabli. Niczym lawa z wolna spływało do dołów czekających na nieobecne jeszcze latarnie.
– Nic nie wymyślimy. Luz i pilnuj kierownicy. Jedziemy do domu – zdecydował. – Już niedaleko. Może nie zdechnę.
Jeszcze kilkanaście miesięcy temu Zuzannie żal by się zrobiło umordowanego męża. Teraz współczuła samej sobie, gdyż z powodu awarii samochodu traciła doskonałą okazję "sfocenia" szaleństw marcowej aury.

***

Eugeniusza, znanego malarza abstrakcjonistę, który okresowo odpoczywając od pędzla z doskoku parał się fotografią, Zuzanna poznała na vortalu. Stało się to podczas "merytorycznej debaty" nad tym, czy "zdjęty" przez nią staruszek klęczący na tramwajowym przystanku jest zbyt "ciasny", czy też nie. Autorka była niezmiernie dumna ze swego dzieła i spodziewała się w pełni ją satysfakcjonującej porcji oklasków. Długo jednak trwało, bite dwie godziny, nim pojawił się pierwszy komentarz. Zuzanna czekała nań cierpliwie, nie niepokojąc się brakiem odzewu – jako rutynowany user doskonale wiedziała, iż nikt nie chce się wygłupić, nierozsądnie chwaląc lub ganiąc nierozdziewiczone komentarzowo dzieło. Tak było bezpieczniej.

Hipermegazajefajne! – padło nareszcie i momentalnie w ślady defloranta poszedł tłum naśladowców. Superrrowa fota!, gratki, very bdb, cud klimacik, kopara do ziemi opada – w mig zaroiło się od "recenzji" zwyczajowo bardziej odzwierciedlających stany emocjonalne komentatorów oraz ich daty urodzenia, niż głębsze refleksje.

Wpisów z każdym kwadransem przybywało, a Zuzanna z niezdrowym rumieńcem na twarzy skrzętnie odnotowywała, kto ze skomentowanych przez nią kiedyś userów uczciwie spłacał dług pod przystankowym staruszkiem, z kogo zaś wyłaziło niewdzięczne internetowe bydlę. Z wielkim zadowoleniem witała autorka wizyty vortalowych tuzów, którzy pełnymi dostojeństwa mruknięciami dawali do zrozumienia, że fota jest całkiem nawet. Pilnie obserwując słupki oglądalności oraz pulsujący wskaźnik ocen, Zuzanna pęczniała z dumy, rozdając komento– i ocenodawcom emotikonowe całuski i uśmieszki. Pozostawała jednak czujna, dygocąc z lęku przed tym, co pod zdjęciem, które miało tak wiele odsłon i jakże wysoką średnią ocen – prędzej czy później musiało nastąpić. I nastąpiło.

Na scenę wstąpił miejscowy Autorytet w osobie wspomnianego Eugeniusza. Wydrwił mało rzeczową dyskusję pod zdjęciem, poczym przeszedł do analizy poziomu IQ komentujących, a następnie zdrowo przyłożył administracji vortalu, która jego zdaniem powinna wybanować tak dyskutantów, jak nieudolną i bezkrytyczną wobec swoich gniotów autorkę zdjęcia. Eugeniusz jasno dał do zrozumienia, iż jego wypowiedź winna być traktowana jako istny dar niebios. Jako manna na pustyni dyletanctwa oraz pustosłowia, za którą należy być Mu głęboko wdzięcznym.

Nawiązując wprost do przedmiotu dyskusji, malarz stwierdził autorytatywnie, iż lewego skraju zdjęcia nie może stanowić przystankowy słupek. Zasugerował pozostawienie większej przestrzeni na lewo od niego, co likwidowałoby ewidentnie naganną ciasność. Ciasność – jak to bezkompromisowo skonstatował – adekwatną do artystycznych horyzontów autorki fotografii.

Komentujący nie podjęli najmniejszej próby polemiki z Eugeniuszem, celnie przewidując, iż groziłoby to podobnie bezkompromisową i dogłębną analizą ich własnych zdjęć. Zuzannie nie pozostało nic innego, jak z furią rannej lwicy kontratakować w pojedynkę. Brocząc internetową krwią upokorzonej artystki, stwierdziła dobitnie, że trzeba być kompletnym durniem, by nie rozumieć, iż od rzekomej "ciasności" ważniejsza jest symbolika słupka, będącego alegorią braku społecznego odzewu na modły dziadunia o choć chwilę uwagi. Ripostując, Eugeniusz zadrwił, iż Zuzanna czyni klęczącemu starowinie wielką krzywdę, narażając go na kpiny, ponieważ skadrowała go tak, że sprawia wrażenie "walącego barana" w sporny element przystankowej wiaty. A czyni to niewątpliwie po to, by uciec ze źle skomponowanego zdjęcia, ponieważ mu wstyd za fotografa. Odpierając brutalną napaść, autorka zdjęcia zdecydowanie podkreśliła, rosząc łzami klawiaturę, swoje zdumienie skalą tępoty Eugeniusza, który nie potrafił dostrzec, iż modlący się dziadunio o ile faktycznie usiłuje uciec, to jednak nie z fotografii, a kajdan krachu systemu emerytalnego, którego bezwzględne realia wyrzucają marne jestestwo staruszka na śmietnik historii. Wyjaśnienie to, jako post factum z brudnego palca wyssane Eugeniusz ze śmiechem odrzucił, a jego brawurowa krytyka najpierw ostudziła gorące głowy cmokierów, potem zapędziła ich w mysie dziury, by wreszcie kazać im zrozumieć komentatorskie omyłki. Zaowocowało to rychłym pojawieniem się, początkowo nieśmiałych samokrytyk twierdzących, iż poczęli właśnie zauważać "pewne wady klęczącego dziadka". Nic to nie pomogło, gdyż rozpalony wewnętrznym ogniem walki o prawdziwa sztukę Eugeniusz drwił z nich bez litości, absolutnie nie przyjmując do wiadomości, co też nowego mają do powiedzenia "po głębszym namyśle".

Na wieść, że pod zdjęciem Zuzanny zrobiło się gorąco, zbiegł się tam tłum żądnych krwi drapieżników. Część z nich błyskawicznie (na wszelki wypadek anonimowo) zaatakowała Eugeniusza zarzucając mu jałowe krytykanctwo, tani lans cudzym kosztem, oraz artystyczną ślepotę. Inni przeciwnie – nie kryjąc personaliów poparli jego krytyczne stanowisko, odsądzając Zuzannę od czci i wiary zarówno z powodu przystankowego zdjęcia, jak i kiczowatości cechującej ponoć całokształt jej fotograficznej twórczości. W tym momencie do akcji wkroczyli vortalowi sędziowie śledczy upajający się demaskowaniem (cudzych) Towarzystw Wzajemnej Adoracji zajmujących się, ich zdaniem, tylko i wyłącznie krzewieniem wzajemnej miłości własnej, miast podnoszeniem warsztatowych umiejętności userów oraz kształtowaniem fotograficznych gustów z najwyższej półki.

Z każdym nowym postem dyskusja odchodziła od pierwotnego przedmiotu rozważań. tym szybciej, że do pierwszych skrzypiec – w pełni tego słowa znaczeniu – „dorwał się” pewien tyle do obrzydzenia szczęśliwy, co namolny autor wydanego (własnym sumptem wespół z córką właściciela prowincjonalnej drukarni) albumiku makroportretów grasującej w jego ogródku działkowym muchy ścierwnicy. Na początek ograniczył się do kończenia pozornie merytorycznych wypowiedzi linkami do własnych entuzjastycznych recenzji swojego dzieła. Nie znajdując odzewu przeszedł do uprawiania pozostałych odmian autolansu: od nachalnego (Uwaga! Album zatytułowany „Martwica” już w księgarniach! Silne doznania – gwarantowane!), przez aluzyjny (Przystankowa wiata? A co często leży martwe blisko niej? Padłe gawrony? YES! A co nad nim krąży? NO?!) do podprogowego (bzzz... bzzz... bzzz...).

Arcymistrz muszego portretu nieproszony "odpowiadał" na wszystkie posty w sposób ekwilibrystyczny, wszędzie wpychając swą skrzydlatą modelkę. Brakiem pozytywnych reakcji nie zrażał się w najmniejszym nawet stopniu. Śmiało i bez skrępowania, a także bez jakiegokolwiek związku z tematem dyskusji stręczył swój albumik każdemu, kto tylko się pojawił pod fotografią Zuzanny. Nawet bezpardonowy cios Eugeniusza (– Te nużąco „lansjerskie” wypowiedzi tyleż są warte, ile ulubiony pokarm sportretowanej w albumiku modelki) nie zbił natręta z tropu.

Dalsza dyskusja potoczyła już pod nieobecność obojga najbardziej zainteresowanych. Po wymianie serii prywatnych postów. Zuzanna i Eugeniusz zakopali topór wojenny. Bez udziału portalowej publiczności (ściślej – dzięki owemu brakowi) uzgodnili artystyczne pryncypia, przedyskutowali kluczowe problemy współczesnej fotografii i – od słowa, do słowa – zaprzyjaźnili się nawet jak na internetową powierzchowną praktykę niezmiernie szybko. Oboje artyści przypadli sobie do gustu tak bardzo, że zamieszkały we wsi koło S. Eugeniusz zaproponował nowej koleżance wernisaż w tamtejszym domu kultury.    Wniebowzięta Zuzanna z dumą wyraziła zgodę.

Obrotny artysta bezzwłocznie zabrał się do pracy i już po kilku dniach przesłał informację, iż sala w MDK jest już zarezerwowana, darmowa reklama w lokalnych mediach pewna, a frekwencja gwarantowana. Nie uściślił przy tym, że tłumów na wernisażu spodziewać się można tylko i wyłącznie dlatego, że tubylcy widzieli w Eugeniuszu nie tyle malarza–abstrakcjonistę, co słynnego na całą gminę ekscentryka i skandalistę. Siłą rzeczy spodziewali się, iż lansowana przez niego artystka również będzie w stanie czymś ich zbulwersować. Szeregi chętnych skosztowania fotograficznych przysmaków Zuzanny uległy cudownemu pomnożeniu na wieść, iż oprawę muzyczną wernisażu zapewni wrocławska skrzypaczka Justyna (słynna z koncertowych piersi – wieść o tym rozpowszechnił Eugeniusz szeroko), a żywym słowem przyozdobi fotogramy pochodząca ze stolicy województwa poetka, w cywilu komornik sądowy.

Wernisażowa szansa wprawiła Zuzannę w amok, a trema, oblizując się ze smakiem, pożerała ją kęs po kęsie. Artystka doszła do wniosku, że żadne z dotąd wykonanych zdjęć nie nadaje się na poważną ekspozycję. – Rozumiesz, Zeniu. Dla jednej dobrej foty trzeba cyknąć setki złych – wyjaśniła mężowi, który i tak ledwo już dźwigał swój krzyż, teraz natomiast musiał wziąć bardziej aktywny udział w sesjach żony, ponieważ: – Jeśli naprawdę mnie kochasz, to mi pomożesz!
Kochał, więc pomagał. Zaczął od tego, że zawiózł Zuzannę nad Stawy Leśnickie, ofiarowując się, iż osobiście będzie jej w kadr naganiał rozleniwione wczesnowiosennym słońcem kaczki. Nurzając się w podmarzniętym błocie, przedzierał się przez nadbrzeżne zarośla. Klaskał, kwakał, szczekał, gwizdał – Zuzanny jednak nie zadowolił. Albo płoszył ptaki za wcześnie, albo zmuszał je do lotu w niewłaściwym kierunku. Z sesji wyszły nici. Kto zawinił? Zenon! Przynajmniej w druzgocącej ocenie Zuzanny.

Kolejne sesje również z reguły wieńczyło fiasko. Jak by się nie starał! Czego by nie robił, by przychylić Zuzannie fotograficznego nieba! Kichnął – poruszyła zdjęcie, kaszlnął – spłoszył czaplę pozującą w tataraku, w nieodpowiednim momencie się wysmarkał – "zdejmowana" pod Halą Targową Cyganka uciekła gdzie pieprz rośnie.

***

 W zamierającym gradzie, stopniowo z powrotem przechodzącym w ulewę, w ślimaczym tempie wlokło się ulicą kilkadziesiąt samochodów. Stawce przewodził czerwony peugeot mrugający awaryjnymi światłami, pchany przez  przemoczonego do suchej nitki i ledwo żywego Zenona. Zawalidrogi wyprzedzić się nie dawało – z przeciwka również posuwał się sznur pojazdów. O tym, by nieszczęśnikowi pomóc, nie myślał nikt. Poprzestawano na mruganiu światłami i klaksonach.

 Po kwadransie pozorowania głuchoty, symulowania, że kociej muzyki nie słyszy, udawania, że nie dostrzega złośliwie uśmiechniętych ryjów mijających go rodaków – Zenon dotarł do mety. Jakim cudem aż tak daleko udało mu się dopchać zdechłego peugeota – nie pojmował. Wiedział natomiast, że o własnych siłach nie zdoła postąpić już kroku. Ciężko klapnął na okalającym parking trawniku, usiłując złapać oddech. Zuzanna wychyliła się z samochodu:
– Co ty robisz? Zaziębisz się!
– Serio? Proszę, proszę! A myślałem, że gorzej być nie może.
– A co ze mną?
– Zasuwaj do domu – sapnął – I uważaj, żeby aparatu nie zamoczyć.
Na tyle był zmordowany, że nie uświadamiał sobie związku pomiędzy swoim aktualnym stanem, a hobby małżonki. Gdyby było inaczej, z pewnością nie troskałby się Nikonem – po prostu rozwaliłby w drobny mak wszystko, co tylko mogło fotografować.
– To ja lecę! – krzyknęła Zuzanna i wyskoczyła z samochodu. Kryjąc aparat pod kurtką,  pokłusowała w stronę bloku. – Puszczę ci wody do wanny, to się ogrzejesz!


***

Zenonowy aktywny udział w aktach twórczych żony z każdym dniem coraz bardziej obnażał prawdę o ich związku. Nomen omen nagą. Choć ze wszystkich sił starał się Zuzannie dopomóc w realizacji artystycznych zamierzeń, nic mu się nie udawało. Konsekwencjami tych sromotnych klęsk okazywały się coraz gwałtowniejsze pretensje małżonki, bywało jednak o wiele gorzej.

Pewnego razu, szukając żonie odpowiednio do uwiecznienia omszałych pniaków w Parku Południowym, wpadł Zenon w łapy obywatelskiego pospolitego ruszenia. Rozjuszeni mieszkańcy pobliskich osiedli dopadli go w ramach obławy na parkowego ekshibicjonistę.

Pojmany ledwo uniknął linczu, ale i tak przez kilka kolejnych dni robił furorę w Internecie, pięknie w sepii skadrowany pośród rozjuszonego tłumu. Ani przez sekundę nie myśląc o odbiciu ofiary z rąk oprawców, Zuzanna z zimną krwią trzasnęła kilkanaście zdjęć, ciesząc się chwilą, fantastyczną reporterską okazją, która przecież mogła się już nigdy nie powtórzyć. Fotografie przedstawiały dyszącą żądzą mordu hordę zgromadzoną nad powalonym na trawę i spętanym rajstopami jednej z ochotniczek Zenonem, któremu na wszelki wypadek przystawiono do gardła kuchenny tasak.

"Ekshibicjonista" prezentował się nad wyraz akuratnie: buty umazane gliną, jeansy mokre od rosy, włosy rozczochrane, naszpikowane świerkowymi igiełkami, czoło zlane potem, policzki czerwieńsze od owocków jarzębiny, pod którą leżał. Na niektórych zdjęciach dawało się nawet (za pomocą lupy) zauważyć, że z tylnej kieszeni wystaje mu zrolowany "świerszczyk", za pomocą którego ukradkiem zabijał nudę, gdy Zuzanna fotografowała. Na szczęście obława nie zrewidowała Zenonowi wiatrówki – w jednej z jej kieszeni spoczywała ulotka pewnej agencji towarzyskiej. Cóż, czterdziestodwuletni Zenon "jeszcze mógł" i bardzo, ale to bardzo chciał, lecz z Zuzanną nie było to przecież możliwe. Albo nie miała nastroju, albo czasu, bo coś akurat "zdejmowała".
I oczywiście wcale nie były to części garderoby.

***

Kiedy woda stygła, dolewał sobie gorącej. Po kwadransie przestał szczękać zębami i prawie w tej samej chwili się zdrzemnął. Obudził się po godzinie i – zakwasy pojawiły się w ekspresowym tempie – posykując z bólu wygramolił się z wanny. Pojękując, wytarł się własnoręcznie rano uprasowanym ręcznikiem. Trzymając się ścian, doczłapał do sypialni, gdzie bezwładnie padł na wersalkę. Kołdrę podciągnął sobie pod brodę i zamarł, gapiąc się w sufit. Po dłuższej chwili, czując błogosławione ciepło, powoli odwrócił głowę. Zuzanna przerzucała zdjęcia z aparatu na dysk. Wyglądała niezwykle inspirująco – jej ciało, za którym od miesięcy tak tęsknił, znacząco mrugało do niego spod prześwitującej nocnej koszuli. Zenonowi atawistycznie (z perspektywy wielu ostatnich miesięcy patrząc) zapłonęły uszy. Byli przecież w domu całkiem, ale to całkiem sami – przyłapane przez ulewę na drugim końcu miasta córki nocowały u koleżanki.
– Gaś to – rzekł spokojnie, wewnątrz jednak powoli przechodząc w stan wrzenia. – Gaś, ale to już.

***

Podczas reporterskiego polowania na "panienki" z Gwarnej o mało nie doszło do tragedii, gdy Zuzanna zmusiła Zenona do charakteryzacji, ponieważ dziwkowego klienta zupełnie nie przypominał.
– Idź, pogadaj z panią, a ja was cyknę! – poleciła, kryjąc się za węgłem komendy Straży Miejskiej.
Posłusznie poszedł i pogadał. Rozmowa z marzeniem Felliniego obutym w błyszczące zielone kozaki była krótka. Nim zażenowany "klient" zdążył się przywitać, jak spod ziemi wyrósł łysy kafar ze złotym łańcuchem na bykowatej szyi i wyrżnął go w szczękę. Kolejnych ciosów nie zadał z dwóch powodów: primo – ten pierwszy z naddatkiem wystarczył, by Zenon zwalił się na chodnik jak worek owsa, secundo – znokautowanemu odkleiły się wąsy. Bojąc się, że ogłuszył tajniaka z obyczajówki, alfons zbiegł w kierunku Dworcowej.

Trwające ledwie kilka sekund zajście cechowała ogromna dynamika. Kompletnie na to nieprzygotowana Zuzanna poruszyła wszystkie fotki, co bardzo ją to zdenerwowało. Cucąc męża mruczała, że wszystko diabli wzięli, bo nie ten czas ustawiła, co trzeba.
– A w ogóle, to gdybyś szczerze mi chciał pomóc, to upadałbyś wolniej!

***

Nie zgasiła. Nie słysząc, albo udając, że nie słyszy, czekając aż RAW–y przepełzną na dysk, by je potem skonwertować, odpaliła Internet i weszła na vortal. Zenona skręciło ze złości: Znowu? Znowu, cholera jasna, tam siedzi. Jak to ona mówi? "Komenci"? Taaa... "Komenci". Jak psia mać nie "foci", to "komenci". Albo na "komenty" odpowiada. Czyli, kurwa, co robi? "Odkomenca"? Paranoja.
 Postękując, wstał. Po drodze do ubikacji, w pokoju starszej z córek wyłączył router.
– No i masz! – posłyszał Zuzannę. – Zenek! Znowu Internet szlag trafił!
– Co ci poradzę? – odburknął. – Nie znam się.
Po powrocie do sypialni stwierdził, że niewiele osiągnął. Nie mogąc realizować się na vortalu, Zuzanna zajęła się obróbką zdjęć. I na to znalazł sposób – po kryjomu, znów drepcząc do wucetu, wyłączył stosowny bezpiecznik i prąd przestał dopływać do gniazdka. Z lubością wsłuchując się w złorzeczenia żony, skonstatował:
– Faza się pewnie pieprzyć poszła.
Z lisim uśmieszkiem na twarzy wślizgnął się pod kołdrę. Dobrze wiedział, że baterii w laptopie starczy najwyżej na kwadrans. Nie ekscytował się więc na darmo. Leżał i spokojnie czekał.

Jego cierpliwość została nagrodzona. Trzasnęła pokrywa laptopa, szurnęła szuflada, w której zniknął zewnętrzny dysk, a Nikon cicho stuknął o nocny stolik stojący tuż obok wersalki. Zaszurały kapcie – Zuzanna poszła do łazienki.

Zenon zgasił światło i znów czekał. Już mniej cierpliwie. Hormony coraz bardziej dawały o sobie znać. Kiedy już żona położyła się obok niego, nieomal się na nią rzucił!
– A tobie co strzeliło do głowy? Uspokój się, ja muszę spać!
– Nie musisz.
– Muszę. Ty też. Obiecałeś mi, że rano skoczymy na Szczytnicki, żebym...
– Nie! – przerwał jej z triumfem w głosie.
– Co znaczy – nie?! A wernisaż?!
– Zapomniałaś już, że naszą bryczkę diabli wzięli? – spytał, z trudem kryjąc satysfakcję.
– No, tak – zmartwiła się.

Wykorzystując chwilowy brak czujności żony, Zenon zaczął całować jej szyję. Zakwasy nie pozwalały mu na nadmierną aktywność – czuł ból we wszystkich mięśniach, więc gra wstępna szła mu jak po grudzie. Ale nie przestawał. W sposób, który z subtelnością nie miał nic wspólnego wpakował żonie dłoń pod koszulę. Zesztywniała, potem przeszła do aktywnej obrony. Zenon nie dawał za wygraną. Przypuszczał szturm za szturmem, Zuzanna broniła się z coraz mniejszym przekonaniem, aczkolwiek nadal skutecznie.
– Zuza – wymruczał tonem w założeniu stosunkogennym – Nie wygłupiaj się, kurczę. Ile razy dziś się dla ciebie poświęciłem? Mam przypomnieć?
– Nie, nie. Przecież pamiętam! Bardzo ci, kochanie, dziękuję!
– Jak bardzo, jak bardzo, jak bardzo? – zamruczał z nosem, sprawnym manewrem  wtulonym w jej piersi.
– No, bardzo, bardzo, – westchnęła.
– A jak mi podziękujesz, cooo?
– Ustnie. Uspokój się i niepotrzebnie się nie rozpędzaj. Ustnie ci, kotuś, podziękuję. Ustnie.
– Może być i ustnie – zachichotał. – Jak tam wolisz. W każdym razie za dzisiejszy dzień coś mi się od życia należy. Od ciebie, znaczy, a nie od życia.
– Jezu...
W głosie jej nie sposób było doszukać się śladu chęci na seks, ale nie zważał na to. Każdym pocałunkiem, gestem dotknięciem kategorycznie domagał się od niej aktywnej współpracy w rozładowywaniu jego libido. Nadal nie reflektowała.

Walczyli ze sobą przez dłuższą chwilę, w końcu Zuzanna skapitulowała.
– No, dobra – westchnęła, lekko rozsuwając kolana. – Chodź no tu!
– Nie żartuj. Nawet na boczek nie dam rady się przewrócić, a co dopiero na brzuch.
– W związku z tym...?
Szczypiąc ją w pośladek, wymamrotał:
– W związku z tym, no sama dobrze wiesz.
– Eee... Wiesz, że tak nie lubię.
– Trudno i darmo. Jak się nie ma, co się lubi...
– ...to się lubi, co się ma – bez entuzjazmu dokończyła Zuzanna, zdejmując nocną koszulę.
Odrzuciła kołdrę, uklękła obok niego.
– Na leniucha! – zażądał.
Zrazu postulat ten spełniać poczęła niemrawo, z ociąganiem. Potem już nieco chętniej. Potem jeszcze chętniej, wreszcie bardzo chętnie. Kilka chwil później – jeszcze chętniej, i jeszcze chętniej, i jeszcze! Zenon posykiwał z bólu, każdym włóknem każdego mięśnia pamiętając o nieszczęsnym samochodzie. Coś cicho stuknęło na nocnym stoliku, ale nie zarejestrował tego zupełnie. Wijąc się i posapując, rosnący seksualny zapał Zuzanny zapisywał na konto swego machismo.

Już prawie kończył, powieki z rozkoszy mocno zaciskając, ale błysk i tak przebił się do jego źrenic. Towarzyszył mu charakterystyczny dźwięk. Cichy trzask, który tak dobrze znał i tak serdecznie go zdążył znienawidzić. Zrozumiał. Znieruchomiał. Zesztywniał.

Znów błysk i znów ten dźwięk. Otworzył oczy.
– Zuza – jęknął. – Na litość bos...
– No, co jest z tym twoim czołem, Zeniu?! – spytała, biorąc pod uwagę okoliczności zaskakująco beznamiętnie.
– Czyś ty kompletnie... – zdołał wykrztusić.
– Masakrycznie spocone to czoło masz. Kurczę, cholernie mi blikuje! Zrób coś!
I zrobił.

***

Czy gdyby Zenon dał jej kilka chwil na pogłębioną refleksję, Zuzanna zrozumiałaby, że musiał, musiał ją zamordować? Może i tak. Patrząc na rzecz obiektywnie – nie mógł postąpić inaczej, ponieważ gdy błysk flesza oraz trzask migawki kazały mu odemknąć powieki, ujrzał ją wprawdzie nadal udzielającą się seksualnie, lecz przede wszystkim zajętą fotografowaniem.

Czy gdyby pozwolił jej spojrzeć na rzecz z dystansu, pojęłaby, że faktycznie jedyne, co mógł uczynić, to gwałtownym wyrzutem bioder zrzucić ją z siebie? Niewykluczone. Z pewnością jednak i w żadnym wypadku nie wybaczyłaby mu tego, że wyrwał jej z rąk lustrzankę i grzmotnął nią o ścianę.

Czy w wyniku ewentualnych przemyśleń mniej przeraziłby Zuzannę nikonowski pasek w rękach Zenona? Nie. Po prostu leżałaby jak sparaliżowana, z kołaczącym się w mózgu przeczuciem nadciągającego kresu.

Czy mając czas na pogłębioną refleksję, gdy odrzucił pasek i pochwycił statyw, na jego pytanie: – chciałabyś, co? – zdołałaby wykrztusić cokolwiek w odpowiedzi? Wątpliwe. Zresztą on sam sobie bezzwłocznie odpowiedział:
– A gówno! Niech ci się nie marzy, że statywem... Ni hu hu!

Czy istotnie, gdy Zenon zamienił statyw na poduszkę, jedynym, co mogła Zuzanna uczynić, to skulić się i błagalnie spleść dłonie? A cóż innego jej pozostało, skoro już poznała dokładną datę swego zgonu? Nic. Owszem, mogła jeszcze przez kilka chwil orać ramiona mordercy łamiącymi się paznokciami, próbować wyrżnąć go kolanem w krocze i wydawać tłumione poduszką wściekło–błagalne wrzaski. Ale nic ponadto.

Mało komfortowego położenia, w jakim się Zuzanna znalazła, w niczym nie mógł też zmienić fakt, że Zenon realizował swe zamiary na zimno, że nie odczuwał jakże charakterystycznej radości mszczącego się za doznane krzywdy i upokorzenia. Bo i co z tego, że mordowana wie, iż mord nie sprawia oprawcy przyjemności? Jakie znaczenie ma fakt, iż jest to duszenie tylko i wyłącznie instynktowo–samozachowawcze? Żadne.

Poślubiając Zuzannę w roku 1988, Zenon związał się z kobietą najzupełniej normalną.

Równe dwadzieścia lat później zamordował fotograficę.

***

Kiedy wreszcie znieruchomiała, wstał. Pot z czoła otarł sobie poduszką i upuścił ją na podłogę. Beznamiętnie spojrzał na zastygłą w grymasie przerażenia twarz byłej już małżonki. W skotłowanej pościeli leżała dokładnie po przekątnej wersalki, wzrok wbijając w sufit. Zgięte w kolanach nogi zwisały ku dywanowi. Jej ręce zastygły, z przedramionami sztywno uniesionymi w górę, jakby chciała ukryć twarz w dłoniach, ale wciąż jeszcze się wahała, czy to uczynić. Na jej połamanych paznokciach czerwieniła się zakrzepła krew. Jego krew. Mordercy.

Zenon potarł pięścią podbródek. Odwrócił się i depcząc walające się po podłodze nocną koszulę, kłąb kołdry oraz spodnie swojej własnej piżamy, dotarł do fotela i ciężko w nim usiadł. Pilotem włączył telewizor: bolid BMW–Sauber ryknął z całą mocą, sekundę później, niewiele ciszej w kaloryfer załomotała sąsiadka. Wyłączył dźwięk i zmienił Kubicę na Miecugowa, potem na Kristę Allen. Była naga. Nie mógł na nią patrzeć. Wrócił do początku, ale Polak zjeżdżał już do boksu. Zenon zgasił telewizor. Powolnym ruchem odwrócił głowę i spojrzał na martwą żonę.

Dłuższą chwilę patrzył na nią, mrużąc oczy i marszcząc czoło. Wyraźnie nad czymś się zastanawiał. W końcu przeniósł wzrok na leżącą pod ścianą lustrzankę, którą dopiero co jakże brutalnie potraktował. Potem znów zwrócił się ku zwłokom i z oczu popłynęły mu łzy. Otarł je wierzchem dłoni.
– Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem… – wyszeptał.
Szloch gwałtownie wstrząsnął jego ramionami.
– Co ja najlepszego…
Płakał bezgłośnie, kilka łez przecisnęło się przez rozczapierzone palce dłoni, w których skrył twarz.
– I co ja teraz zrobię?! – spytał nieswoim głosem, odrywając dłonie od twarzy i zwijając je w pięści. – Co ja…
Urwał, na stole dostrzegając feralną cyfrówkę z Korei. W mgnieniu oka jego  zapłakaną twarz rozjaśnił uśmiech szczęścia.
Zerwał się na równe nogi i jednym susem znalazł się przy meblach.
– Światło stałe, to podstawa, drodzy państwo – zamruczał pod nosem i, trzaskając drzwiczkami wyciągnął z szafy panelową lampę tegoż światła. Łajając się w duchu, że kiedyś zrobił Zuzannie awanturę, kiedy wydała na nią tysiąc złotych z hakiem – ustawił ją u wezgłowia wersalki.
Fiat, kurczę, lux!
Wetknął wtyczkę do gniazdka i sypialnię zalało jasne światło.
– Dobra jest! – ucieszył się i wybiegł z pomieszczenia.
Po dłuższej chwili powrócił, niosąc pokojowy wentylator. Idealne dla niego miejsce znalazł na nocnym stoliku. Pstryknął włącznikiem i łopatki uwięzionego w drucianej klatce wirnika zawirowały, delikatnie rozwiewając włosy nieboszczki Zuzanny. Zenon cofnął się pod ścianę i aż cmoknął z podziwu:
– Ech, śliczności ty moje!
Kilkoma  sprawnymi ruchami rozstawił statyw i dokręcił do niego cyfraka.
– No, tak – sapnął – a gdzie ta dziwka blenda?
Chwilę zastanawiał się, na koniec plasnął się otwartą dłonią w czoło:
– Alzheimer pieprzony. Przecież Gienek sobie pożyczył. Panelówka nam musi wystarczyć. Mówi się, trudno. Tylko wrota poustawiam, raz dwa.

Zaraz potem zabrał się za ustawienia aparatu, lecz z braku wprawy szło mu jak po grudzie. Przypomniał sobie! Doskoczył do regału i pospiesznie przejechał palcem po grzbietach książek.
– Dederko? Gdzieś ty mi się schował, co? Wyłaź z rękami do góry, jesteś otoczony!
Znalazł. Już z poradnikiem w ręku znów zajął się aparatem. Pracował szybko i niezwykle jak na niego intensywnie – po każdym strzelonym zdjęciu zerkając na wyświetlacz. To uśmiechał się z satysfakcją, to z dezaprobatą kręcił głową, po czym znów kartkował Dederkę. Wytrwale zapełniał kartę pamięci aparatu tłumem martwych Zuzann.
– Jak cię tu, żabciu, najlepiej zdjąć, co? – spytał nieboszczkę.
Nie odpowiedziała.
– No, jak? BW? Na czarno-biało chcesz? Hmmm… A może na hadeerka reflektujesz? Nie, nie. Taniego efekciarstwa nie lubimy. Niech już będzie sepia, póki co. No, bo w kolorkach – zerknął na zegarek – to nie. Jeszcze nie. Za jakieś dwie–trzy godzinki dopiero. Nie ma lekko, kochana. Na opadowe ozdóbki trzeba troszku poczekać. Ale jak już będą... No! Kurczę... Jak się nam wszystko uda, to jutro... Jutro się wstrzelimy na TOP–Day!... Co ty na to, kochanie? Bo dla mnie bomba!

 

Wrocław, marzec 2009